Miniona noc pod znakiem 35mm.online. Pozwoliło się urządzić mały maraton i zapoznać się z kurzącymi się do niedawna na półkach wyrobami.
Pajęczarki (1993)
Dżizas. Mietczyński miałby co robić przy tym dziele, gdyby kiedyś znalazło się ono w jego zasięgu. Co jest jego problemem? Łatwiej napisać, co nie jest, czyli na pewno duecik Pakulnis i Biedrzyńskiej, który fajnie współgra ze sobą i zasługuje na ciekawszą produkcję. Niezłą też ma to wartość jako kapsuła czasu Warszawy i NYC Anno Domini 1993 - można sobie okazjonalnie porównać jaka przepaść między nami, a Wielkim Jabłkiem (no, nawrzucali tych ujęć z WTC :P). Na tym kończą się plusiki.
A reszta? Realizacja to sama w sobie istna padaka. Kto pisał te dialogi? Czemu one są tak nienaturalne? Czemu powierzyli komponowanie muzyki Rubikowi i Górniak? Reżyserka serio uznała, że to takie wielkie talenty, które bankowo uszlachetnią jej historię? Czemu postsynchrony wręcz na odpierdol? Dla przykładu scena, gdy Jan Nowicki wygląda przez okno - coś mamrocze, ale ślepy zauważy, że nie rusza ustami. Film ponadto straszliwie się dłuży i jest za bardzo przeładowany wątkami, przez co robi się tylko masywniejszy burdel. Taki flagowy reprezentant polskiego kiczu w pierwszych latach po obaleniu komuny.
3/10
Na wylot (1972)
Jest w tym mocno zapomnianym filmie coś hipnotyzującego. Coś co nie pozwalało mi odwrócić wzroku od ekranu. Historia właściwie o wzajemnym uczuciu małżeństwa, które popełnia przestępstwo i musi za nie odpowiedzieć, ale przedstawione to jednak w formie istnego majndfaka. Klimat wręcz jakby oglądało się Lyncha lub Bergmana.
Jak na ówczesne polskie warunki, to film błyszczy realizacją. Zdjęcia, montaż, a nawet i dźwięk to wyższa półka. Wrażenie robi przede wszystkim mastershot z ręki - wpierw widzimy bohaterów na parterze, później kamerzysta wchodzi do windy i filmuje z niej widok na kondygnację, wychodzi z niej i przemierza piętro, wchodzi do kolejnej i wraca na dół, gdzie bohater kończy rozmowę z kierownikiem :) Wiele scen właściwie jest tutaj niemych i obraz ma zastępować dialogi. Sprzyja fakt, że aktorzy, mimo że żadne gwiazdy to są bardzo naturalni w swych rolach i da się uwierzyć w tą subtelnie przedstawioną miłość między bohaterami. Końcowe sceny w sądzie elektryzują.
Wielu pewnie kręciłoby nosem i w sumie nie dziwiłbym się, ale mnie jako fana takich zrypanych doświadczeń audiowizualnych to absolutnie ujęło.
9/10
Krakowskie wesele (1956)
Krótki metraż, to i będzie krótko. Po prostu pokaz tańca ludowego, ale przedstawiony z rozmachem. Uwiecznione to w kolorze i na szerokim ekranie, co w Polszy tamtego okresu było niespotykane. Bankowo musiało robić to wrażenie na ówczesnych Kowalskich. Oceny nie wystawiam takim rzeczom, ale szanuję.
Manhattan (1974) i Impas (1975)
Dwie króciutkie animki rozgrywające się w nowojorskiej betonowej dżungli. Obydwa mogą się pochwalić konkretnym pomysłem i wyróżniającymi się stylami animacji. Pierwsza o tym, że każdy mieszczuch potrzebuje spokoju od miejskiego harmidru, a druga to z kolei postapokaliptyczna wizja, w której ktoś na moment odciął prąd :) Mocno na czasie te produkcje. Animacja szczególnie w tym drugim daje czadu (te neony skąpane w świetle Księżyca - klasa!)
Obydwa po 7/10
Pani Twardowska (1955)
Ponownie kilkuminutowa projekcja. Wow! Jestem w szoku, że nasi animatorzy jak chcieli to potrafili być jak Amerykany. Podobno miała to być rękawica rzucona Disneyowi i powiem, że gdyby nie głosy to absolutnie nie poznałbym, że to polska robota. Znakomita płynność animacji, która posiada ten vibe nie tyle bliski starym produkcjom Walta, co także kreskówkom Fleischera. Jest niestety i druga strona medalu - widać, że cały budżet poszedł na animatorów, bo voice acting marny i nawet nie usprawiedliwia go mocno wątpliwa jakość dźwięku.
7/10
Pajęczarki (1993)
Dżizas. Mietczyński miałby co robić przy tym dziele, gdyby kiedyś znalazło się ono w jego zasięgu. Co jest jego problemem? Łatwiej napisać, co nie jest, czyli na pewno duecik Pakulnis i Biedrzyńskiej, który fajnie współgra ze sobą i zasługuje na ciekawszą produkcję. Niezłą też ma to wartość jako kapsuła czasu Warszawy i NYC Anno Domini 1993 - można sobie okazjonalnie porównać jaka przepaść między nami, a Wielkim Jabłkiem (no, nawrzucali tych ujęć z WTC :P). Na tym kończą się plusiki.
A reszta? Realizacja to sama w sobie istna padaka. Kto pisał te dialogi? Czemu one są tak nienaturalne? Czemu powierzyli komponowanie muzyki Rubikowi i Górniak? Reżyserka serio uznała, że to takie wielkie talenty, które bankowo uszlachetnią jej historię? Czemu postsynchrony wręcz na odpierdol? Dla przykładu scena, gdy Jan Nowicki wygląda przez okno - coś mamrocze, ale ślepy zauważy, że nie rusza ustami. Film ponadto straszliwie się dłuży i jest za bardzo przeładowany wątkami, przez co robi się tylko masywniejszy burdel. Taki flagowy reprezentant polskiego kiczu w pierwszych latach po obaleniu komuny.
3/10
Na wylot (1972)
Jest w tym mocno zapomnianym filmie coś hipnotyzującego. Coś co nie pozwalało mi odwrócić wzroku od ekranu. Historia właściwie o wzajemnym uczuciu małżeństwa, które popełnia przestępstwo i musi za nie odpowiedzieć, ale przedstawione to jednak w formie istnego majndfaka. Klimat wręcz jakby oglądało się Lyncha lub Bergmana.
Jak na ówczesne polskie warunki, to film błyszczy realizacją. Zdjęcia, montaż, a nawet i dźwięk to wyższa półka. Wrażenie robi przede wszystkim mastershot z ręki - wpierw widzimy bohaterów na parterze, później kamerzysta wchodzi do windy i filmuje z niej widok na kondygnację, wychodzi z niej i przemierza piętro, wchodzi do kolejnej i wraca na dół, gdzie bohater kończy rozmowę z kierownikiem :) Wiele scen właściwie jest tutaj niemych i obraz ma zastępować dialogi. Sprzyja fakt, że aktorzy, mimo że żadne gwiazdy to są bardzo naturalni w swych rolach i da się uwierzyć w tą subtelnie przedstawioną miłość między bohaterami. Końcowe sceny w sądzie elektryzują.
Wielu pewnie kręciłoby nosem i w sumie nie dziwiłbym się, ale mnie jako fana takich zrypanych doświadczeń audiowizualnych to absolutnie ujęło.
9/10
Krakowskie wesele (1956)
Krótki metraż, to i będzie krótko. Po prostu pokaz tańca ludowego, ale przedstawiony z rozmachem. Uwiecznione to w kolorze i na szerokim ekranie, co w Polszy tamtego okresu było niespotykane. Bankowo musiało robić to wrażenie na ówczesnych Kowalskich. Oceny nie wystawiam takim rzeczom, ale szanuję.
Manhattan (1974) i Impas (1975)
Dwie króciutkie animki rozgrywające się w nowojorskiej betonowej dżungli. Obydwa mogą się pochwalić konkretnym pomysłem i wyróżniającymi się stylami animacji. Pierwsza o tym, że każdy mieszczuch potrzebuje spokoju od miejskiego harmidru, a druga to z kolei postapokaliptyczna wizja, w której ktoś na moment odciął prąd :) Mocno na czasie te produkcje. Animacja szczególnie w tym drugim daje czadu (te neony skąpane w świetle Księżyca - klasa!)
Obydwa po 7/10
Pani Twardowska (1955)
Ponownie kilkuminutowa projekcja. Wow! Jestem w szoku, że nasi animatorzy jak chcieli to potrafili być jak Amerykany. Podobno miała to być rękawica rzucona Disneyowi i powiem, że gdyby nie głosy to absolutnie nie poznałbym, że to polska robota. Znakomita płynność animacji, która posiada ten vibe nie tyle bliski starym produkcjom Walta, co także kreskówkom Fleischera. Jest niestety i druga strona medalu - widać, że cały budżet poszedł na animatorów, bo voice acting marny i nawet nie usprawiedliwia go mocno wątpliwa jakość dźwięku.
7/10
08-10-2022, 09:50 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09-10-2022, 12:43 przez Kryst_007.)





