Wczoraj Stephen King i jego Creepshow, dzisiaj Edgar Allan Poe i jego:
Maska Czerwonego Moru (1964) - zachciało mi się zerknąć na jedną z adaptacji Poego od Rogera Cormana, zważywszy na zaskakująco pochlebne opinie. To padło na ów tytuł. Jestem mile zaskoczony przyzwoitym wyglądem. Jak na robiony po taniości film (bo to Corman) to naprawdę dobrze wygląda począwszy od kostiumów z epoki (niech Mental ogląda, bo to film dziejący się w średniowieczu, gdzie noszą bardzo kolorowe ciuszki) po scenografię. Oczywiście można domyśleć niektórych trików - np. jak kolo w czerwonym habicie zmienia kolor róży, to wiadomo, że kamera dostała czerwony filtr, ale efekt przekonywujący ponieważ owa róża była na czerwonym tle. Karły zaś ewidentnie są dubbingowane.
Jak tak jak oglądałem z początku dziwiłem się, że Polska nie sprowadziła tego filmu do kin (jak to zrobiła np. z Krukiem tego samego pana), bo temat nośny w komunie - zdemoralizowani bogacze palący wieśniaków, gore mało, na podst. uznanych klasyków... Dobra, sporo jest o Bogu i bad guye są satanistami, ale podejrzewam że nawet kacykowie też nie przepadali za takimi osobnikami. Potem oglądałem film i jak Juliana zostaje zadziobana przez orła. No, juchy od cholery i trochę. I potem jak w finale wszyscy są pokryci czerwoną posoką - no... musiało to robić wrażenie / wzbudzać obrzydzenie. Serio, nie spodziewałem tyle krwi w filmie z tamtego okresu.
Vincent Price znakomity jako okrutny władca zabijający dla własnego rozbawienia. Ale potrzebna jest równowaga we wszechświecie. I aktorka grająca Francescę... O jeny, ale drewno. Jeszcze mówi swe kwestie z takim tonem jękliwej nastolatki. Podobnie jak jej gach urwany rodem z bajki o Jasiu i łodydze fasoli, który zaskakująco ma mało do roboty w finale.
Scenariusz zawiera trafnych spostrzeżeń. Że Bóg niekoniecznie musi być sprawiedliwy, a także że często nie masz wpływu na wielkie rzeczy.
7,5/10
Maska Czerwonego Moru (1964) - zachciało mi się zerknąć na jedną z adaptacji Poego od Rogera Cormana, zważywszy na zaskakująco pochlebne opinie. To padło na ów tytuł. Jestem mile zaskoczony przyzwoitym wyglądem. Jak na robiony po taniości film (bo to Corman) to naprawdę dobrze wygląda począwszy od kostiumów z epoki (niech Mental ogląda, bo to film dziejący się w średniowieczu, gdzie noszą bardzo kolorowe ciuszki) po scenografię. Oczywiście można domyśleć niektórych trików - np. jak kolo w czerwonym habicie zmienia kolor róży, to wiadomo, że kamera dostała czerwony filtr, ale efekt przekonywujący ponieważ owa róża była na czerwonym tle. Karły zaś ewidentnie są dubbingowane.
Jak tak jak oglądałem z początku dziwiłem się, że Polska nie sprowadziła tego filmu do kin (jak to zrobiła np. z Krukiem tego samego pana), bo temat nośny w komunie - zdemoralizowani bogacze palący wieśniaków, gore mało, na podst. uznanych klasyków... Dobra, sporo jest o Bogu i bad guye są satanistami, ale podejrzewam że nawet kacykowie też nie przepadali za takimi osobnikami. Potem oglądałem film i jak Juliana zostaje zadziobana przez orła. No, juchy od cholery i trochę. I potem jak w finale wszyscy są pokryci czerwoną posoką - no... musiało to robić wrażenie / wzbudzać obrzydzenie. Serio, nie spodziewałem tyle krwi w filmie z tamtego okresu.
Vincent Price znakomity jako okrutny władca zabijający dla własnego rozbawienia. Ale potrzebna jest równowaga we wszechświecie. I aktorka grająca Francescę... O jeny, ale drewno. Jeszcze mówi swe kwestie z takim tonem jękliwej nastolatki. Podobnie jak jej gach urwany rodem z bajki o Jasiu i łodydze fasoli, który zaskakująco ma mało do roboty w finale.
Scenariusz zawiera trafnych spostrzeżeń. Że Bóg niekoniecznie musi być sprawiedliwy, a także że często nie masz wpływu na wielkie rzeczy.
7,5/10
18-10-2022, 20:38





