Odrażający Dr Phibes - tym razem cuś z filmografii Vincenta Price’a (Maska Czerwonego Moru to przede wszystkim Corman i Poe - nie liczy się!). Kolejny po I Was a Teenage Werewolf obraz spooktoberu, z którym wcześniej zapoznały Horrendalne Horrory. I dziś dowiedziałem się przypadkiem, że okazała się to też produkcja Amicus Productions, która w latach 70. natłukła sporo horrorów, głównie antologicznych. Więc tym samym dałem im zarzuconą szansę.
Początek w dechę - tytułowy bohater ubrany jak Ponury Żwiniarz wyłania się wśród fikuśnych organów, potem odpala animatroniczne figury, co zwykle są na świątecznych festynach, a potem po wzmożeniu tej psychodeli pojawia się jakaś Królowa Śniegu. Wszystko bez słów. Ogólnie pierwsze 10 minut bierze do serca zasadę show don’t tell. I sporo tu cichych momentów związanych z Phibesem.
Złoczyńca też niejednoznaczny. Gościu morduje każdą z ofiar inspirując się egipskimi plagami (chociaż nie kojarzę, by Mojżesz zesłał najbardziej uroczo wyglądające nietoperze do wysysania krwi), jednak nie robi tego bezzasadnie i można zrozumieć jego motywację. Też zaskakująco, że choć ma tytuł doktora, to doktorat ma z muzyki i teologii, a nie chemii czy fizyki jak to w zwyczaju mają filmowi źli doktorzy. Oczywiście Vincent Price jak zawsze się wywiązał i poradził aktorsko, gdyż jego postać w scenariusza ma jeden wyraz twarzy. W ogóle sporo podobieństw widzę do innej roli Price'a House of Wax - też tam złoczyńca wzbudza sympatię, mial paskudny wypadek i w ostatniej scenie widać jego prawdziwą twarz. I finał z z synem Vesaliusa musiał być inspiracją dla Jamesa Wana przy Pile.
Film opisano jako czarną komedię, ale nie wiem co tam było komediowego. Jedyny taki humorystyczny motyw, to jak Terry-Thomas ogląda gorącą laskę i trzęsie się jak Benny Hill. I może jak przełożony policji tam rozbija się za ekranem i jak transportują kolesia przebitym jednorożcem. No i sporo tu dłużyzn. I widać, że charakeryzacja to charakteryzacja.
7/10
Początek w dechę - tytułowy bohater ubrany jak Ponury Żwiniarz wyłania się wśród fikuśnych organów, potem odpala animatroniczne figury, co zwykle są na świątecznych festynach, a potem po wzmożeniu tej psychodeli pojawia się jakaś Królowa Śniegu. Wszystko bez słów. Ogólnie pierwsze 10 minut bierze do serca zasadę show don’t tell. I sporo tu cichych momentów związanych z Phibesem.
Złoczyńca też niejednoznaczny. Gościu morduje każdą z ofiar inspirując się egipskimi plagami (chociaż nie kojarzę, by Mojżesz zesłał najbardziej uroczo wyglądające nietoperze do wysysania krwi), jednak nie robi tego bezzasadnie i można zrozumieć jego motywację. Też zaskakująco, że choć ma tytuł doktora, to doktorat ma z muzyki i teologii, a nie chemii czy fizyki jak to w zwyczaju mają filmowi źli doktorzy. Oczywiście Vincent Price jak zawsze się wywiązał i poradził aktorsko, gdyż jego postać w scenariusza ma jeden wyraz twarzy. W ogóle sporo podobieństw widzę do innej roli Price'a House of Wax - też tam złoczyńca wzbudza sympatię, mial paskudny wypadek i w ostatniej scenie widać jego prawdziwą twarz. I finał z z synem Vesaliusa musiał być inspiracją dla Jamesa Wana przy Pile.
Film opisano jako czarną komedię, ale nie wiem co tam było komediowego. Jedyny taki humorystyczny motyw, to jak Terry-Thomas ogląda gorącą laskę i trzęsie się jak Benny Hill. I może jak przełożony policji tam rozbija się za ekranem i jak transportują kolesia przebitym jednorożcem. No i sporo tu dłużyzn. I widać, że charakeryzacja to charakteryzacja.
7/10
21-10-2022, 18:35 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-10-2022, 19:04 przez OGPUEE.)





