Brosnan za GoldenEye, Craig za Casino Royale i rzadziej Skyfall. I te filmy lubię, ale przy okazji kolejnych maratonów serii (od których sobie odpocznę na kilka lat) podchodzą do okresu po latach 80. z mniejszym entuzjazmem. I nie chodzi o koniec Zimnej Wojny, chyba po tym okresie Bond przestał być tak "niepowtarzalny" i dostosował się do konkurencji pod pewnymi względami. No ale wiadomo taki GoldenEye czy CR są pierwszorzędnymi akcyjniakami. Co popsuło opnie o Brosnanie były kiepskie i coraz bardziej zboczone skrypty Purvisa i Wade'a. Zostali jeszcze do początku ery Craiga, ale ich wpływ był tak naprawdę niewielki i pozostali scenopisarze nie mieli o nich zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Natomiast kadencję Craiga zniszczyła próba uczynienia z serii tym czym nie jest, zapewne w celu "przekraczania granic". Za czasów Connery'ego (szczególnie w latach 60. niezaprzeczalnie najwspanialszej dekadzie w dziejach cyklu) była pewna historia, pewna eskalacja wydarzeń, ale Bond pozostał Bondem. Nie był ani Bondem żółtodziobem, ani Bondem zmęczonym weteranem.
I na pewno nie będę pierwszy, który zauważył, że kompletnie zawalili progres historii. Od pierwszej misji Bonda i króciutkiego epilogu zwanego Quantum of Solace przechodzimy płynnie od Bonda staruszka i jedna tajemnicza, zła organizacja została płynnie zastąpiona inną. No i Bond popełnia samobójstwo. Mieliśmy przeżyć catharsis? Jakbyśmy obejrzeli jakąś epicką sagę od deski do deski i satysfakcjonujący koniec? A potem płacz, że ludzie chętniej oglądają Mission Impossible, która regularnie jest reklamowana jedną, wielką sceną kaskaderską. A Bond kiedyś robił takie rzeczy regularnie i to zwykle jeszcze przed napisami początkowymi, a nie jako główną atrakcję. W miarę kompetentnie poprowadzona ta seria jest w stanie pożreć wszelką konkurencję, ale to już chyba nie te czasy. Teraz zachętę ma stanowić nie jakaś eksperymentalna mini-łódź podwodna, którą Cubby Broccoli zobaczył w magazynie i z miejsca zdecydował, że chce takie coś w filmie. Teraz mamy się ekscytować zapowiedzią, że Bond będzie chętniej uzewnętrzniał swoje uczucia.
I na pewno nie będę pierwszy, który zauważył, że kompletnie zawalili progres historii. Od pierwszej misji Bonda i króciutkiego epilogu zwanego Quantum of Solace przechodzimy płynnie od Bonda staruszka i jedna tajemnicza, zła organizacja została płynnie zastąpiona inną. No i Bond popełnia samobójstwo. Mieliśmy przeżyć catharsis? Jakbyśmy obejrzeli jakąś epicką sagę od deski do deski i satysfakcjonujący koniec? A potem płacz, że ludzie chętniej oglądają Mission Impossible, która regularnie jest reklamowana jedną, wielką sceną kaskaderską. A Bond kiedyś robił takie rzeczy regularnie i to zwykle jeszcze przed napisami początkowymi, a nie jako główną atrakcję. W miarę kompetentnie poprowadzona ta seria jest w stanie pożreć wszelką konkurencję, ale to już chyba nie te czasy. Teraz zachętę ma stanowić nie jakaś eksperymentalna mini-łódź podwodna, którą Cubby Broccoli zobaczył w magazynie i z miejsca zdecydował, że chce takie coś w filmie. Teraz mamy się ekscytować zapowiedzią, że Bond będzie chętniej uzewnętrzniał swoje uczucia.
19-11-2022, 21:30





