Nadrobiłem trochę kina przez ostatni czas na Warner TV i innych:
Strażnik Czasu 1994r,
Od wizyty w kinie minęło dość sporo czasu ale nadal pamiętałem kilka scen doskonale i przyznam, że po wielu latach film w tych scenach robi wrażenie: otwierająca scena ze złotem (!), nawalanka i wypad z okna w sekwencji z 1923 roku (?), tani i głupi ale efektowny efekt z blizną. Ogólnie widać od samego początku, że film odcina się od kina kopanego i chce uderzać w poważne tony. Już sama rozmowa o podróżach w czasie z kongresmenami i politykami sugerują coś innego, blockbusterowego. I taki ten film jest, ale też na modłę tamtych lat nie należy szukać logiki wydarzeń, zwłaszcza w temacie. Ogląda się to po prostu przyjemnie. Pomijając wszelkie efekty komputerowe albo wiele tych praktycznych, jak chociażby "silnik" rakietowy pojazdu. Natomiast nadal jara nie sama koncepcja i boli niewykorzystany potencjał fabuły, bo w tym filmie osią jest to iż jakaś tam grupa ludzi stoi na straży zmian czasu, a inni to jakoś omijają (ale jak? no właśnie) i mamy wątek JCVD i jego ubicia, który trwa przez cały czas z dwoma wyjątkami: wspomniane odbicie złota (co przekłada się na rozmowę w senacie - dobra rzecz) oraz już akcję strażnika, gdy ten ubija maklera giełdowego. I potencjał, moim zdaniem, był tutaj ogromny aby właśnie w tę stronę iść a nie rozwijać wątek senatora :/
5/10 - Ktoś z jajami powinien się zabrać za ten koncept
Legalna Blondynka, 2001r
Reesee Witherspoon jako głupiutka Barbie (Helloł, Greta!) idzie na studia prawnicze, aby udowodnić swojemu Kenowi, że nie jest głupią blondynką. Film wali stereotypami, pokazuje na ekranie dowcipy, a w to wszystko jest wciśnięta jeszcze bardziej stereotypowa intryga z trenerką wspomnianej Barbie, które ubija męża. Co więcej, w absurdalnym finale i rozprawie sądowej nie ma co szukać za grosz dramatyzmu, a reżyser podaje kolejne dowcipy w formie filmowej, strzela gagami, zaś rozwiązanie sprawy to jest już przeskok rekina. Ale... o dziwo, tutaj wszystko jakimś cudem działa. Withersponka weszła w rolę cudownie i dzięki niej można zawiesić niewiarę w te wszystkie bzdury, a przy tym jest jakoś tak dziwnie urocza i angażująca, że nawet końcowa rozprawa wchodzi bez popity i żenuy.
6,5/10 - Bo są momenty i jest to feel good movie
Krokodyl Dundee, 1986r
Cud, że przy tak szczątkowej fabule udało się zlepić pełny metraż wypełniony gagami. Dziennikarka Sue leci do Australii, aby zrobić wywiad z kolesiem, który przetrwał atak krokodyla. Koleś ten, czyli Nick Dundee, jest kłusownikiem, mataczem i oszustem, a przy tym zawadiaką nieznającym miasta. O dziwo na kobietach się zna i szybko chwyta za serce dziewczynę z Nowego Jorku. Pierwsza połowa dzieje się w dziczy i jest to seria zdarzeń pokazujących skill Krokodyla. A potem ona zabiera go do Ameryki, i Krokodyl pokazuje swoje umiejętności. Nic więcej tutaj nie ma: żadnych intryg, żadnych komplikacji. Ale wypada kilka kultowych scen, jak chociażby ta z rabunkiem z nożem (That's a knife?!). Nawet fajnie są te akcje poprowadzone, bez udziwnień. Natomiast końcówka w metrze jest odklejona i żenująca, podobnie jak druga akcja z Alfonsem. Obie te rzeczy dodane na siłę i bez pomysłu.
Co dobrego ten film ma to charyzmę Hogana i HAF Lindę Kozłowski, która w tamtym czasie liczyła sobie 38 wiosen. Chemia między nimi działa. Nic dziwnego, bo hajtnęli się z tego wszystskiego. Natomiast jej kariera NIGDY nie wyszła poza serię, chociaż zagrała w kilku tytułach, sama odcięła się od wielkiego kina po drugiej części Krokodyla, gdyż uznała "I'am too old for this shit".
6/10
Sylwester w Nowym Jorku 2012,. od Marshalla.
W czasach, kiedy "joint stories" był modne (Traffic, Crash, 23:14, Valentines Day) mam wrażenie że takie filmy powstawały taśmowo. Nawet nam się oberwało serią "Listy do M". W tej produkcji jest mnogo gwiazd i dużo niczego. Żaden z segmentów mnie nie zaangażował, śmiechłem może ze trzy razy. Aktorsko i realizacyjnie dość przeciętnie, mimo natłoku gwiazd. Jedynie wątek Pfiffer z Efronem miał iskrę, zaś ona sama wybijała się aktorsko tak ze dwie długości względem reszty obsady. Mam nieodparte wrażenie, że jakieś 10 lat temu lepiej mi się to oglądało i wtedy dałem letnie 7/10, a dzisiaj to z bólem 5/10 bym wystawił.
Les Miserables 1994
Wciąż czekam na piękną adaptację tego dzieła. Musical uwielbiam, ale film 2012 roku za to, że z jednej strony jest piękny a z drugiej nie jest filmem, a operą, to omijał szerokim łukiem. Choć przyznam, że dla piosenek obejrzałem go kilka razy. Wiec dla odmiany pierwszy raz obejrzałem tę wersję z Liamem Nessonem i Rushem. No i jest lepiej od strony aktorskiej, choć dwa główne wątki wywalili w kosmos (Cosette i jej romans to dość ważna rzecz kierwa mać!) i reżyser skupił się na szukaniu sprawiedliwości. Inspektor Javert grany przez Rusha jest trafiony w dychę: Rush wyciska ile się da z roli i normalnie w tej wersji mu kubicowałem, zamiast kompletnie nie pasującemu Liamowi w roli Jean'a. Cosette od pierwszej chwili też mi się podobałą, bo w tej roli wykazała się młodziutka Uma Turman. Claire Danes, która miała być w osi trójkąta miłosnego miga sobie gdzieś w tle ale jak się pojawia, jest perełką.
Kostiumy i strona techniczna bardzo dobra, tak samo jak muzyka w wykonaniu Poledoriusa. Natomiast brak piosenek... no kurde nie umiałem tego przetrawić. Oczywiście, znając je na pamięć mogłem wychwycić ich tekst w kwestiach wypowiadanych przez aktorów, ale ludzie, to była jakaś męka!!!
7/10
Strażnik Czasu 1994r,
Od wizyty w kinie minęło dość sporo czasu ale nadal pamiętałem kilka scen doskonale i przyznam, że po wielu latach film w tych scenach robi wrażenie: otwierająca scena ze złotem (!), nawalanka i wypad z okna w sekwencji z 1923 roku (?), tani i głupi ale efektowny efekt z blizną. Ogólnie widać od samego początku, że film odcina się od kina kopanego i chce uderzać w poważne tony. Już sama rozmowa o podróżach w czasie z kongresmenami i politykami sugerują coś innego, blockbusterowego. I taki ten film jest, ale też na modłę tamtych lat nie należy szukać logiki wydarzeń, zwłaszcza w temacie. Ogląda się to po prostu przyjemnie. Pomijając wszelkie efekty komputerowe albo wiele tych praktycznych, jak chociażby "silnik" rakietowy pojazdu. Natomiast nadal jara nie sama koncepcja i boli niewykorzystany potencjał fabuły, bo w tym filmie osią jest to iż jakaś tam grupa ludzi stoi na straży zmian czasu, a inni to jakoś omijają (ale jak? no właśnie) i mamy wątek JCVD i jego ubicia, który trwa przez cały czas z dwoma wyjątkami: wspomniane odbicie złota (co przekłada się na rozmowę w senacie - dobra rzecz) oraz już akcję strażnika, gdy ten ubija maklera giełdowego. I potencjał, moim zdaniem, był tutaj ogromny aby właśnie w tę stronę iść a nie rozwijać wątek senatora :/
5/10 - Ktoś z jajami powinien się zabrać za ten koncept
Legalna Blondynka, 2001r
Reesee Witherspoon jako głupiutka Barbie (Helloł, Greta!) idzie na studia prawnicze, aby udowodnić swojemu Kenowi, że nie jest głupią blondynką. Film wali stereotypami, pokazuje na ekranie dowcipy, a w to wszystko jest wciśnięta jeszcze bardziej stereotypowa intryga z trenerką wspomnianej Barbie, które ubija męża. Co więcej, w absurdalnym finale i rozprawie sądowej nie ma co szukać za grosz dramatyzmu, a reżyser podaje kolejne dowcipy w formie filmowej, strzela gagami, zaś rozwiązanie sprawy to jest już przeskok rekina. Ale... o dziwo, tutaj wszystko jakimś cudem działa. Withersponka weszła w rolę cudownie i dzięki niej można zawiesić niewiarę w te wszystkie bzdury, a przy tym jest jakoś tak dziwnie urocza i angażująca, że nawet końcowa rozprawa wchodzi bez popity i żenuy.
6,5/10 - Bo są momenty i jest to feel good movie
Krokodyl Dundee, 1986r
Cud, że przy tak szczątkowej fabule udało się zlepić pełny metraż wypełniony gagami. Dziennikarka Sue leci do Australii, aby zrobić wywiad z kolesiem, który przetrwał atak krokodyla. Koleś ten, czyli Nick Dundee, jest kłusownikiem, mataczem i oszustem, a przy tym zawadiaką nieznającym miasta. O dziwo na kobietach się zna i szybko chwyta za serce dziewczynę z Nowego Jorku. Pierwsza połowa dzieje się w dziczy i jest to seria zdarzeń pokazujących skill Krokodyla. A potem ona zabiera go do Ameryki, i Krokodyl pokazuje swoje umiejętności. Nic więcej tutaj nie ma: żadnych intryg, żadnych komplikacji. Ale wypada kilka kultowych scen, jak chociażby ta z rabunkiem z nożem (That's a knife?!). Nawet fajnie są te akcje poprowadzone, bez udziwnień. Natomiast końcówka w metrze jest odklejona i żenująca, podobnie jak druga akcja z Alfonsem. Obie te rzeczy dodane na siłę i bez pomysłu.
Co dobrego ten film ma to charyzmę Hogana i HAF Lindę Kozłowski, która w tamtym czasie liczyła sobie 38 wiosen. Chemia między nimi działa. Nic dziwnego, bo hajtnęli się z tego wszystskiego. Natomiast jej kariera NIGDY nie wyszła poza serię, chociaż zagrała w kilku tytułach, sama odcięła się od wielkiego kina po drugiej części Krokodyla, gdyż uznała "I'am too old for this shit".
6/10
Sylwester w Nowym Jorku 2012,. od Marshalla.
W czasach, kiedy "joint stories" był modne (Traffic, Crash, 23:14, Valentines Day) mam wrażenie że takie filmy powstawały taśmowo. Nawet nam się oberwało serią "Listy do M". W tej produkcji jest mnogo gwiazd i dużo niczego. Żaden z segmentów mnie nie zaangażował, śmiechłem może ze trzy razy. Aktorsko i realizacyjnie dość przeciętnie, mimo natłoku gwiazd. Jedynie wątek Pfiffer z Efronem miał iskrę, zaś ona sama wybijała się aktorsko tak ze dwie długości względem reszty obsady. Mam nieodparte wrażenie, że jakieś 10 lat temu lepiej mi się to oglądało i wtedy dałem letnie 7/10, a dzisiaj to z bólem 5/10 bym wystawił.
Les Miserables 1994
Wciąż czekam na piękną adaptację tego dzieła. Musical uwielbiam, ale film 2012 roku za to, że z jednej strony jest piękny a z drugiej nie jest filmem, a operą, to omijał szerokim łukiem. Choć przyznam, że dla piosenek obejrzałem go kilka razy. Wiec dla odmiany pierwszy raz obejrzałem tę wersję z Liamem Nessonem i Rushem. No i jest lepiej od strony aktorskiej, choć dwa główne wątki wywalili w kosmos (Cosette i jej romans to dość ważna rzecz kierwa mać!) i reżyser skupił się na szukaniu sprawiedliwości. Inspektor Javert grany przez Rusha jest trafiony w dychę: Rush wyciska ile się da z roli i normalnie w tej wersji mu kubicowałem, zamiast kompletnie nie pasującemu Liamowi w roli Jean'a. Cosette od pierwszej chwili też mi się podobałą, bo w tej roli wykazała się młodziutka Uma Turman. Claire Danes, która miała być w osi trójkąta miłosnego miga sobie gdzieś w tle ale jak się pojawia, jest perełką.
Kostiumy i strona techniczna bardzo dobra, tak samo jak muzyka w wykonaniu Poledoriusa. Natomiast brak piosenek... no kurde nie umiałem tego przetrawić. Oczywiście, znając je na pamięć mogłem wychwycić ich tekst w kwestiach wypowiadanych przez aktorów, ale ludzie, to była jakaś męka!!!
7/10
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
04-01-2023, 08:29 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 04-01-2023, 08:53 przez Debryk.)





