Dzisiejsza krótka piłka swashbucklerowa:
Trzej muszkieterowie (1993) - początek, gdy Richelieu ze swymi henchmenami płynie po rzekach Hadesu, najmroczniejszy jak się da. I nagle zmiana tonacji, bo Robin walczy z jakimś gogusiem urwanym z parodii. Tą ekranizację powieści Dumasa spokojnie bym widział w wersji animowanej, gdyby Disney nie zdecydował się na live action. Tim Curry najbardziej złowieszczy jak się da. Atos ma bolas i przegiętego lewaka (taki rodzaj miecza, a nie sympatyka idei lewicowych). Milady zaś ma chińskiego henchmena (który kończy fajansiarsko) i jest walka w końcówce z jakimś orkiem. Nawet krwi za dużo nie ma. Z drugiej brakuje mi tego dawnego Disneya, gdzie jeszcze nie był korpobolszewią i nawet starsi mogą oglądać bez patrzenia przez palce (a Atos sączy fajka). Zacnie to wygląda i cudnie patrzy się na te wszystkie analogowe dekoracje i kaskaderkę. I widać, że aktorzy się dobrze bawili. Dla dzieciaków ideales.
6/10
Czarny Tulipan - prototyp Zorra z Alainem Delonem. Sądzi człowiek, że człowiek ujrzy kolejnego francuskojęzycznego Robin Hooda. Szczególnie, że akcja dzieje się w przeddzień rewolucji francuskiej i jest wątek jak flandryjski książę ma rozgromić coraz bardziej gniewny stan trzeci. A tytułowy Czarny Tulipan okrada bogatych wyłącznie dla własnej przyjemności i ma gdzieś stan trzeci, co nie podoba się jego bratu, też granemu przez Delona. Nieźle podcharakteryzowali Delona, by grał dwie różne osoby nie będące bliźniakami (Guillaume jest starszy, a Julien to ten młodszy studenciak). Nawet ciekawie się to oglądało i oferowało to nieco zwrotów akcji, a i bad guy trochę ma oleju w głowie, m.in. orientuje się kim jest Czarny Tulipan i zostawia mu bliznę na policzku, by go łatwiej zdemaskować. Późniejszy Zorro lepiej się podchodziło, ale ten też niczego sobie.
7/10
Cartouche-zbójca - po Delonie Belmondo. Już bardziej robinhoodowo i jednocześnie komediowo, co się potem gryzie z późniejszymi wydarzeniami (i tonem). I kostiumy nadają temu vibe zbliżony bardziej filmowej baśni. Jest nawet akcent muzułmański, bo rozbójnicy okradają orszak tureckiego ambasadora (również wyglądający jak z bajki o Aladynie). Recenzja "Filmu" z 1966 roku narzekała na brzydki kolor taśmy. I faktycznie kolor jest jakiś dziwny, a na TVP Kulturze oglądałem wersję zremasterowaną. Kilka ładnych kadrów jak ten gdy miasto na polecenie Cartouche'a. Co pochwalę to tempo, bo szybko to zlatuje i sam się dziwiłem, że finał jest tuż tuż. A propo końcowka dość zaskakująca, żeby nie powiedzieć antyklimatyczna.
6/10
Trzej muszkieterowie (1993) - początek, gdy Richelieu ze swymi henchmenami płynie po rzekach Hadesu, najmroczniejszy jak się da. I nagle zmiana tonacji, bo Robin walczy z jakimś gogusiem urwanym z parodii. Tą ekranizację powieści Dumasa spokojnie bym widział w wersji animowanej, gdyby Disney nie zdecydował się na live action. Tim Curry najbardziej złowieszczy jak się da. Atos ma bolas i przegiętego lewaka (taki rodzaj miecza, a nie sympatyka idei lewicowych). Milady zaś ma chińskiego henchmena (który kończy fajansiarsko) i jest walka w końcówce z jakimś orkiem. Nawet krwi za dużo nie ma. Z drugiej brakuje mi tego dawnego Disneya, gdzie jeszcze nie był korpobolszewią i nawet starsi mogą oglądać bez patrzenia przez palce (a Atos sączy fajka). Zacnie to wygląda i cudnie patrzy się na te wszystkie analogowe dekoracje i kaskaderkę. I widać, że aktorzy się dobrze bawili. Dla dzieciaków ideales.
6/10
Czarny Tulipan - prototyp Zorra z Alainem Delonem. Sądzi człowiek, że człowiek ujrzy kolejnego francuskojęzycznego Robin Hooda. Szczególnie, że akcja dzieje się w przeddzień rewolucji francuskiej i jest wątek jak flandryjski książę ma rozgromić coraz bardziej gniewny stan trzeci. A tytułowy Czarny Tulipan okrada bogatych wyłącznie dla własnej przyjemności i ma gdzieś stan trzeci, co nie podoba się jego bratu, też granemu przez Delona. Nieźle podcharakteryzowali Delona, by grał dwie różne osoby nie będące bliźniakami (Guillaume jest starszy, a Julien to ten młodszy studenciak). Nawet ciekawie się to oglądało i oferowało to nieco zwrotów akcji, a i bad guy trochę ma oleju w głowie, m.in. orientuje się kim jest Czarny Tulipan i zostawia mu bliznę na policzku, by go łatwiej zdemaskować. Późniejszy Zorro lepiej się podchodziło, ale ten też niczego sobie.
7/10
Cartouche-zbójca - po Delonie Belmondo. Już bardziej robinhoodowo i jednocześnie komediowo, co się potem gryzie z późniejszymi wydarzeniami (i tonem). I kostiumy nadają temu vibe zbliżony bardziej filmowej baśni. Jest nawet akcent muzułmański, bo rozbójnicy okradają orszak tureckiego ambasadora (również wyglądający jak z bajki o Aladynie). Recenzja "Filmu" z 1966 roku narzekała na brzydki kolor taśmy. I faktycznie kolor jest jakiś dziwny, a na TVP Kulturze oglądałem wersję zremasterowaną. Kilka ładnych kadrów jak ten gdy miasto na polecenie Cartouche'a. Co pochwalę to tempo, bo szybko to zlatuje i sam się dziwiłem, że finał jest tuż tuż. A propo końcowka dość zaskakująca, żeby nie powiedzieć antyklimatyczna.
6/10
03-02-2023, 18:15





