Pod wpływem przeczytanego 3. tomu Knightfalla dostanego na Gwiazdkę (i wciąż świeżych wspomnień z ostatniego seansu Powrotu Batmana) naszła mnie ochota na obejrzenie resztę starej kinowej teatrologii:
Batman Forever - dość długo nie powtarzałem filmu. Pamiętam, że za dzieciaka podobał mi się i nawet był w czołówce Batmanów. I film kojarzę z czasów premiery. W kinie na pewno nie byłem, ale jakieś urywki się natrafiałem i jedyny kontakt w tamtym czasie to dostanie na Gwiazdkę zabawkowego Batmana.
Początek bardzo ładny, jak Bat zbiera swe gadżety. I Batmobil gdyby wywalić środkową telepiącą się gumową płetwę z tyłu auta, to też prezentuje się zacnie. l potem Alfred zadaje pytanie o kanapce rodem z reklamy fast-fooda. I już wiadomo czego się można spodziewać. Kilmer jako Bruce jest dobry, ale niestety wypadł słabo jako Batman. Nie ma dobrej szczeny i jak uśmiecha wygląda jak głupawy dzieciuch. Na camp nie będę narzekał. Burton też się z tym nie krył (niektóre zbiry Jokera, pingwiny z rakietami). Jednak u Burtona reszta to wynagradzała i jakoś to tonowała. I scenariusz był zdecydowanie lepszy.
Nie winiłbym też Schumachera. Wszyscy mówią, że film byłby lepszy pod reżyserią Burtona, ale sądzę się, że poziom żenady wymaganej przez studio byłby podobny. Wystarczy popatrzeć na Alicję w krainie czarów i Dumbo od Burtona pod dyktandem Disneya. Jestem pewien, że gdyby nie wtrącanie się producentów, to Batmany Schumachera byłyby jak Lost Boys - równie mroczne co Burtona, choć więcej mocnych kolorów (BTW czy Schumacher był brany pod uwagę przy pierwszych Batmanach?). I jak czytałem, Schumacher wcale nie był chętny do nawiązywania do serialu z Westem. I są zadatki na coś poważniejszego (słyszałem o usuniętych scenach) jak PTSD Bruce'a z nawracających wspomnień czy wątek Robina, którego ku miłemu zaskoczeniu dobrze prowadzą i nie robią jękliwej pipy. Nawet nie boli fakt, że ma z 20 lat i już praktycznie może żyć na swoim, a nie być adoptowany przez zwichrowanego bogacza żyjącego na odludziu (choć mogliby zrobić dialog Dicka, że po co adopcja, skoro niedługo będzie pełnoletni). Dobrze został odegrany moment jak giną Graysonowie.
Co nie jest dobre to przeciwnicy. Carrey jest irytujący i jedyny moment, gdy był jako tako groźny to jak przemawiał o posiadaniu władzy dzięki umieszczenu swych gadżetów na całym świecie. Zresztą obejrzałem fragment z serialu 1966 z udziałem Riddlera i daleko mu było do klauna i nawet jak się maniakalnie chichrał, wydawał się stonowany i potrafił być poważny/groźny. I są kreskówkowe odgłosy przy Nygmie :/. No i twórcy mają karnego kutasa za to co zrobili z Two-Face'iem (moim ulubionym wrogiem Batmana BTW). Nie przeszkadza mi uczynienie go zabójcą rodziców Robina, bo pasuje do filmu i też w komiksie i adaptacjach utarło się, że Two-Face to arcywróg Robina. Nie przeszkadza mi kolorowy design dwulicusa (BTW świetna stylówa). Ale Two Face to największy gbur i sztywniak ze wszystkich złoczyńców Batmana i aktora dobrali idealnego. Zresztą początek pierwszej sceny z jego udziałem, jak gada do ochroniarza pokazała, że Jones dałby świetnego Two Face'a. A dostałem nieśmiesznego Jokera. Zresztą prosiło się, żeby Two-Face i Riddler byli jak duety z animacji Dreamworks i ich podrób - nastawiony na "nie" buc i wkurwiający śmieszek-gaduła. Zwłaszcza, że Tommy Lee Jones szczerze nie znosił Carreya i dałoby przenieść ową dynamikę na plan. I mógłby być poważnym i sztywnym niemal do absurdu, co by nie przeszkadzało stylistyce filmu. I to przykre, że najpoważniejszym wrogiem był tu kolo z Krwawej pięści w roli herszta techno-gothów.
No i motywacja Denta debilna. Chce zabić Batmana tylko dlatego, bo ten nie zdążył powstrzymać gangusa przed wylaniem kwasu? Serio ziomuś? Gdybym ja był scenarzystą to wymieniłbym sekwencję z bankiem (gra aktorska strażnika woła o pomstę do nieba BTW) na scenę, gdy Harvey jest jeszcze ma normalną twarz i jest w sytuacji, że Batman go przyłapuje na jakimś kompromitującym akcie (np. bije żonę) i dlatego ma kosę. Można byłoby mu dać dialog, że Batman działa nielegalnie i pogarsza sytuację. I po tym jest scena z kwasem. I jako Two Face pojawia się dopiero w scenie z cyrkiem, przez co logiczniej wypada fascynacja Nygmy (w filmie Two Face pokazywał swą paskudną gębę i relacjonowano to w mediach, więc Nygma musiał o nim słyszeć w dzienniku TV).
Chase Meridian to najgorsza postać kobieca ze wszystkich Batmanów i jest w obsadzie po to, by była kobieta w obsadzie. Vicki Vale i jej znajomość z Bruce'em miała umotywowanie w fabule. Podobnie Catwoman (BTW a gdzie Selina?). A ta wygląda jak z reklamy Pallmolive i można podłożyć pod audio "Może to jej urok. Może będzie to Maybelline" i jej postać sprowadza do tego, że ma wieczną chcicę na Batmana i nawet specjalnie uruchamia Batsygnał (co Batman słusznie mówi, że to nie zabawka), by do niego zarywać. To mało profesjonalne jak na psychologa. Potem zarywa do Bruce'a. I ten odwiedza Chase, by się z nią gzić i porzuca bycie Batmanem, by związać się z niewyżytą kolekcjonerką penisów i Robin słusznie mówi, że popełnia błąd. I po rozmowie o pogrzebie nie ogarnęła, że Bruce i Batman to sama osoba? Vicki po numerze z tacą dodała dwa do dwóch. Selina po znajomym tekście również się zorientowała. Podobnie oba Jokery.
Batman cały czas ględzi, że zemsta niczego nie rozwiązuje i odwodzi Dicka od zabicia Dwóch Twarzy. By potem w końcówce samemu zabić Two-Face'a - nic dziwnego, że Dick ma taki nietęgi wyraz twarzy. Out of character. Szczególnie, że spotkałem z opiniami, że finał BR dał do zrozumienia Batmanowi, że zabijanie w imię zemsty może pójść w skrajność. I mógł powiedzieć Dickowi, że widział już osoby, których zgubiła zemsta. No właśnie, produkcja w swej postaci chce się odcinać od Burtona porzucając ten mix lat 40. z latami 90., nie mówiąc o vitiligo Harveya Denta. Choć dałoby się wybrnąć z whitewashingu - dać Two Face'owi po prostu inne nazwisko (w komiksach był jeszcze jeden dwulicowy gagatek - Paul Sloane). Nie, nie kupuję wymówki o reboocie, bo są Michael Gough i Pat Hingle (który brzmi jakby miał katar i robi za comic reliefa), a motyw Goldenthala jest zbliżony do tego Elfmana.
A szkoda, bo dobra trochę tu jest. Zdjęcia są ładne, choć mniej klimatycznych kadrów i trochę zastanawiałem się, czemu dali nominację do Oscara. Ma również najlepsze piosenki z całej tetralogii. Do teledysku piosenki U2 się śliniło, głownie dlatego że były urywki z filmu, a jak się nie miało kasety VHS to była jedyna forma ujrzenia. Że Panther Suit i Sonar Suit powstały osobno, by zachęcać do kupna zabawek - ja tam nie wiem, gdyby iść tą logiką, to te wszystkie warianty z zabawek musiałyby się pojawić w całym filmie. Zresztą w samym filmie różne stroje mają fabularny sens (podobnie różne kostiumy w Batmanie i Robinie). Ale też niekiedy efekty słabują. Jak Batman dynda na helikopterze to bardzo bezczelnie widać bluescreen. Przy budynku Wayne Enterprises normalnie bym powiedział, że to kijowe CGI, ale na pewno to modele (już walnąłem podobnego babola przy Mumii).
4/10
PS. Niby głupi i mocno pod dzieci, a film zezwala Two Face’owi zapalić papierosa.
Batman Forever - dość długo nie powtarzałem filmu. Pamiętam, że za dzieciaka podobał mi się i nawet był w czołówce Batmanów. I film kojarzę z czasów premiery. W kinie na pewno nie byłem, ale jakieś urywki się natrafiałem i jedyny kontakt w tamtym czasie to dostanie na Gwiazdkę zabawkowego Batmana.
Początek bardzo ładny, jak Bat zbiera swe gadżety. I Batmobil gdyby wywalić środkową telepiącą się gumową płetwę z tyłu auta, to też prezentuje się zacnie. l potem Alfred zadaje pytanie o kanapce rodem z reklamy fast-fooda. I już wiadomo czego się można spodziewać. Kilmer jako Bruce jest dobry, ale niestety wypadł słabo jako Batman. Nie ma dobrej szczeny i jak uśmiecha wygląda jak głupawy dzieciuch. Na camp nie będę narzekał. Burton też się z tym nie krył (niektóre zbiry Jokera, pingwiny z rakietami). Jednak u Burtona reszta to wynagradzała i jakoś to tonowała. I scenariusz był zdecydowanie lepszy.
Nie winiłbym też Schumachera. Wszyscy mówią, że film byłby lepszy pod reżyserią Burtona, ale sądzę się, że poziom żenady wymaganej przez studio byłby podobny. Wystarczy popatrzeć na Alicję w krainie czarów i Dumbo od Burtona pod dyktandem Disneya. Jestem pewien, że gdyby nie wtrącanie się producentów, to Batmany Schumachera byłyby jak Lost Boys - równie mroczne co Burtona, choć więcej mocnych kolorów (BTW czy Schumacher był brany pod uwagę przy pierwszych Batmanach?). I jak czytałem, Schumacher wcale nie był chętny do nawiązywania do serialu z Westem. I są zadatki na coś poważniejszego (słyszałem o usuniętych scenach) jak PTSD Bruce'a z nawracających wspomnień czy wątek Robina, którego ku miłemu zaskoczeniu dobrze prowadzą i nie robią jękliwej pipy. Nawet nie boli fakt, że ma z 20 lat i już praktycznie może żyć na swoim, a nie być adoptowany przez zwichrowanego bogacza żyjącego na odludziu (choć mogliby zrobić dialog Dicka, że po co adopcja, skoro niedługo będzie pełnoletni). Dobrze został odegrany moment jak giną Graysonowie.
Co nie jest dobre to przeciwnicy. Carrey jest irytujący i jedyny moment, gdy był jako tako groźny to jak przemawiał o posiadaniu władzy dzięki umieszczenu swych gadżetów na całym świecie. Zresztą obejrzałem fragment z serialu 1966 z udziałem Riddlera i daleko mu było do klauna i nawet jak się maniakalnie chichrał, wydawał się stonowany i potrafił być poważny/groźny. I są kreskówkowe odgłosy przy Nygmie :/. No i twórcy mają karnego kutasa za to co zrobili z Two-Face'iem (moim ulubionym wrogiem Batmana BTW). Nie przeszkadza mi uczynienie go zabójcą rodziców Robina, bo pasuje do filmu i też w komiksie i adaptacjach utarło się, że Two-Face to arcywróg Robina. Nie przeszkadza mi kolorowy design dwulicusa (BTW świetna stylówa). Ale Two Face to największy gbur i sztywniak ze wszystkich złoczyńców Batmana i aktora dobrali idealnego. Zresztą początek pierwszej sceny z jego udziałem, jak gada do ochroniarza pokazała, że Jones dałby świetnego Two Face'a. A dostałem nieśmiesznego Jokera. Zresztą prosiło się, żeby Two-Face i Riddler byli jak duety z animacji Dreamworks i ich podrób - nastawiony na "nie" buc i wkurwiający śmieszek-gaduła. Zwłaszcza, że Tommy Lee Jones szczerze nie znosił Carreya i dałoby przenieść ową dynamikę na plan. I mógłby być poważnym i sztywnym niemal do absurdu, co by nie przeszkadzało stylistyce filmu. I to przykre, że najpoważniejszym wrogiem był tu kolo z Krwawej pięści w roli herszta techno-gothów.
No i motywacja Denta debilna. Chce zabić Batmana tylko dlatego, bo ten nie zdążył powstrzymać gangusa przed wylaniem kwasu? Serio ziomuś? Gdybym ja był scenarzystą to wymieniłbym sekwencję z bankiem (gra aktorska strażnika woła o pomstę do nieba BTW) na scenę, gdy Harvey jest jeszcze ma normalną twarz i jest w sytuacji, że Batman go przyłapuje na jakimś kompromitującym akcie (np. bije żonę) i dlatego ma kosę. Można byłoby mu dać dialog, że Batman działa nielegalnie i pogarsza sytuację. I po tym jest scena z kwasem. I jako Two Face pojawia się dopiero w scenie z cyrkiem, przez co logiczniej wypada fascynacja Nygmy (w filmie Two Face pokazywał swą paskudną gębę i relacjonowano to w mediach, więc Nygma musiał o nim słyszeć w dzienniku TV).
Chase Meridian to najgorsza postać kobieca ze wszystkich Batmanów i jest w obsadzie po to, by była kobieta w obsadzie. Vicki Vale i jej znajomość z Bruce'em miała umotywowanie w fabule. Podobnie Catwoman (BTW a gdzie Selina?). A ta wygląda jak z reklamy Pallmolive i można podłożyć pod audio "Może to jej urok. Może będzie to Maybelline" i jej postać sprowadza do tego, że ma wieczną chcicę na Batmana i nawet specjalnie uruchamia Batsygnał (co Batman słusznie mówi, że to nie zabawka), by do niego zarywać. To mało profesjonalne jak na psychologa. Potem zarywa do Bruce'a. I ten odwiedza Chase, by się z nią gzić i porzuca bycie Batmanem, by związać się z niewyżytą kolekcjonerką penisów i Robin słusznie mówi, że popełnia błąd. I po rozmowie o pogrzebie nie ogarnęła, że Bruce i Batman to sama osoba? Vicki po numerze z tacą dodała dwa do dwóch. Selina po znajomym tekście również się zorientowała. Podobnie oba Jokery.
Batman cały czas ględzi, że zemsta niczego nie rozwiązuje i odwodzi Dicka od zabicia Dwóch Twarzy. By potem w końcówce samemu zabić Two-Face'a - nic dziwnego, że Dick ma taki nietęgi wyraz twarzy. Out of character. Szczególnie, że spotkałem z opiniami, że finał BR dał do zrozumienia Batmanowi, że zabijanie w imię zemsty może pójść w skrajność. I mógł powiedzieć Dickowi, że widział już osoby, których zgubiła zemsta. No właśnie, produkcja w swej postaci chce się odcinać od Burtona porzucając ten mix lat 40. z latami 90., nie mówiąc o vitiligo Harveya Denta. Choć dałoby się wybrnąć z whitewashingu - dać Two Face'owi po prostu inne nazwisko (w komiksach był jeszcze jeden dwulicowy gagatek - Paul Sloane). Nie, nie kupuję wymówki o reboocie, bo są Michael Gough i Pat Hingle (który brzmi jakby miał katar i robi za comic reliefa), a motyw Goldenthala jest zbliżony do tego Elfmana.
A szkoda, bo dobra trochę tu jest. Zdjęcia są ładne, choć mniej klimatycznych kadrów i trochę zastanawiałem się, czemu dali nominację do Oscara. Ma również najlepsze piosenki z całej tetralogii. Do teledysku piosenki U2 się śliniło, głownie dlatego że były urywki z filmu, a jak się nie miało kasety VHS to była jedyna forma ujrzenia. Że Panther Suit i Sonar Suit powstały osobno, by zachęcać do kupna zabawek - ja tam nie wiem, gdyby iść tą logiką, to te wszystkie warianty z zabawek musiałyby się pojawić w całym filmie. Zresztą w samym filmie różne stroje mają fabularny sens (podobnie różne kostiumy w Batmanie i Robinie). Ale też niekiedy efekty słabują. Jak Batman dynda na helikopterze to bardzo bezczelnie widać bluescreen. Przy budynku Wayne Enterprises normalnie bym powiedział, że to kijowe CGI, ale na pewno to modele (już walnąłem podobnego babola przy Mumii).
4/10
PS. Niby głupi i mocno pod dzieci, a film zezwala Two Face’owi zapalić papierosa.
06-02-2023, 18:32





