Jerry Maguire (powtórka po latach, bom nie pamiętał)
Przymiotnik "nieznośny" w pełni oddaje istotę filmu. W mierną, banalną historyjkę wrzucono gromadę irytujących, durnych, krzykliwych postaci. Dosłownie każdy bohater zachowuje się tutaj, jakby postradał zmysły i cierpiał na umiarkowane/znaczne upośledzenie. Nigdy nie przepadałem za Cruisem i nie znoszę, kiedy szarżuje na ekranie; jako tytułowy Józio miał być zapewne przebojowym, ekstrawertycznym agentem sportowym zarażającym innych pasją i dobrą energią. Efekt? Żenujący, histeryczny, sprawiający wrażenie nafukanego typek, któremu nie chce się kibicować zarówno w poczynaniach zawodowych, jak i życiu osobistym, czyli romansie z bladą Bridget Jones (zero chemii i wyładowań elektrycznych między Tomem i Renée).
Ucieleśnieniem wszechobecnej nędzy i gównianą wisienką na szczycie fekalnego tortu jest oczywiście Cuba Gooding Jr. jako Rod Tidwell - nieśmieszny, hałaśliwy i denerwujący (jak i cały film) dureń. Jedyny zabawny motyw związany z Jerrym M. to Oscar za rolę drugoplanową dla wyżej wymienionego - facet pokonał Nortona (Lęk Pierwotny) i Macy'ego (Fargo). Humorystyczy akcent, acz z rodzaju tych smutnych (śmiech przez łzy). Cóż, przynajmniej otrzymaliśmy emocjonalną, szczerą i przeuroczą przemowę po odebraniu rycerzyka - zawsze coś.
Nic tu nie zadziałało, absolutnie fatalny twór, zmarnowane dwie godziny, 2-3/10. Cameron Crowe "zrehabilitował" się kilka lat później znakomitym Almost Famous, za co ma u mnie dozgonny szacunek.
Przymiotnik "nieznośny" w pełni oddaje istotę filmu. W mierną, banalną historyjkę wrzucono gromadę irytujących, durnych, krzykliwych postaci. Dosłownie każdy bohater zachowuje się tutaj, jakby postradał zmysły i cierpiał na umiarkowane/znaczne upośledzenie. Nigdy nie przepadałem za Cruisem i nie znoszę, kiedy szarżuje na ekranie; jako tytułowy Józio miał być zapewne przebojowym, ekstrawertycznym agentem sportowym zarażającym innych pasją i dobrą energią. Efekt? Żenujący, histeryczny, sprawiający wrażenie nafukanego typek, któremu nie chce się kibicować zarówno w poczynaniach zawodowych, jak i życiu osobistym, czyli romansie z bladą Bridget Jones (zero chemii i wyładowań elektrycznych między Tomem i Renée).
Ucieleśnieniem wszechobecnej nędzy i gównianą wisienką na szczycie fekalnego tortu jest oczywiście Cuba Gooding Jr. jako Rod Tidwell - nieśmieszny, hałaśliwy i denerwujący (jak i cały film) dureń. Jedyny zabawny motyw związany z Jerrym M. to Oscar za rolę drugoplanową dla wyżej wymienionego - facet pokonał Nortona (Lęk Pierwotny) i Macy'ego (Fargo). Humorystyczy akcent, acz z rodzaju tych smutnych (śmiech przez łzy). Cóż, przynajmniej otrzymaliśmy emocjonalną, szczerą i przeuroczą przemowę po odebraniu rycerzyka - zawsze coś.
Nic tu nie zadziałało, absolutnie fatalny twór, zmarnowane dwie godziny, 2-3/10. Cameron Crowe "zrehabilitował" się kilka lat później znakomitym Almost Famous, za co ma u mnie dozgonny szacunek.
23-02-2023, 20:14





