Naszła mnie ochota na nadrobienie/przypomnienie sobie tych ważniejszych ekranizacji Alicji w krainie czarów. Więc bez ceregieli pierwsza transza:
Alicja w krainie czarów (1915) - w sumie o tej niemej wersji nie można powiedzieć za wiele. Ot, takie nakręcone przedstawienie teatralne dla dzieci. Tyle, że w plenerze. Mogą imponować kostiumy z paper-mache będące wiernymi replikami ilustracji Tenniela. I jest to jedyna wersja, gdzie wiersz o Ojcu Williamie został zwizualizowany (no dobra, wersja z 1985 roku na upartego się liczy).
bez oceny
Alicja w krainie czarów (1931) - pierwsza dźwiękowa wersja. Jest... osobliwa. Jan Švankmajer opowiedział, że w jego opinii powieść Carrolla to amoralny sen, a nie bajka. Bud Coller prawdopodobnie wyznawał tą samą filozofię. Bo ni z gruchy i pietruchy Alicja ląduje już w krainie czarów bez wstępu i zapowiedzi. Scena bardziej poplątana jak w Sędzi Anny Marii Wesołowskiej (Biały Królik nagle przyznaje się do winy, bo chce grzmotnąć Księżną) i zakończenie wizyty w krainie czarów nagłe, niezrozumiałe - jak to bywa ze snami. Nawet Alicja zdaje się nie mieć poukładanych klepek, (co ładnie odnosi się do słów Kota z Chesire o tym, że każdy jest zwariowany - nawet Alicja, bo inaczej by nie trafiła do krainy czarów. Aha, Kot z Chesire dość creepy). Widać też, że był tu niski budżet, co widać po wyglądzie i kostiumach - Pan Gąsienica to jakiś dzieciak w zszytym śpiworze. Choć przez te tanie kostiumie Biały Królik i Marcowy Zając wzmagają ten creepy factor. Nie wiem czy rekomendować tą adaptację, ale cieszę się, że mogłem zobaczyć ją.
5/10
Alicja w krainie czarów (1933) - w przeciwieństwie do wersji z 1931 roku o tej wiedziałem i nawet ściągnąłem z emula za czasów szkolnych. Ale wtedy jak to bywało u mnie często nie objerzałem poza fragmentami. Więc teraz przyszła pora na pełny seans. Prędzej to adaptacja Po drugiej stronie lustra, ponieważ bohaterka trafia do Krainy Czarów przez lustro i finał polega na zostaniu królową po przejściu szachownicy jak w w/w książce. Takie postacie jak Królowa Kier mają ograniczony czas ekranowy (nawet Księżna więcej chyba pojawia się na ekranie).
Widać sporo, że z tego filmu Disney przy swojej Alicji. Niektóre sceny jak spadanie w króliczej norze czy prezencja kart są toczka w toczkę, a dialog z Gąsienicą niemal ten sam. A las, w którym Alicja lula gówniaka Księżnej wygląda jak Zupełnie Inny Las z wersji disneyowskiej. I obsadowy easter egg - tu występuje Sterling Holloway jako żabi służący Księżnej, który potem u Disneya był Kotem z Cheshire.
Widać, że nie szczędzili budżetu i robi to wrażenie. No, ale czuwał nad tym William Cameron Menzies (będący też współscenarzystą). To co może z perspektywy czasów zaskoczyć, to charakteryzacja jak na tamte czasy. Postacie faktycznie wyglądają jak z ilustracji Tenniela – Księżna wygląda jak spasiony ogr, podobnie Tweedledee i Tweedledum jako bracia Kaczyńscy. I wiele z tych postaci ukrytych w kostiumach i maskach zagrały dość znane osobistości jak np. Gary Cooper czy W.C. Fields. I zaskoczony jestem, że animowanej wstawki nie tworzyło Fleischer Studios, które robiło dla Paramountu wszystko co animowane. Dokładnie to Harman-Ising (tworzyli dla MGM-u w latach 40. i pod ich nadzorem powstał Tom i Jerry). A jak jeszcze jesteśmy przy specyfice tamtych lat, podczas partyjki w krokieta faktycznie grają oni żywymi flamingami (ech, te czasy sprzed PETY).
Niestety, strona techniczna imponująca jest, nie można powiedzieć tego o scenariuszu. Problemem jest, że film starał się umieścić dwie książki w jeden 76-minutowy metraż i wiele scenek trwa i znika (tutaj Biały Królik, zwykle prominentny w ekranizacjach pojawia się ledwie w dwóch krótkich scenkach), przez co nie mają jak wybrzmieć i są na na zasadzie odhaczenia, by fani książek nie utyskiwali. Te udane ekranizacje to zwykle mieszały pojedyncze elementy albo po prostu dzieliły to na dwie części. No i aktorka w roli głównej bohaterki jest dość nijaka. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że Alicja z 1931 roku bardziej mnie urzekła. I niektóre przedstawienie tam postaci wypadło moim zdaniem lepiej - lepsza była minimalistyczna charakteryzacja Księżna, a Kot z Cheshire był bardziej pamiętny.
5/10
Alicja w krainie czarów (1915) - w sumie o tej niemej wersji nie można powiedzieć za wiele. Ot, takie nakręcone przedstawienie teatralne dla dzieci. Tyle, że w plenerze. Mogą imponować kostiumy z paper-mache będące wiernymi replikami ilustracji Tenniela. I jest to jedyna wersja, gdzie wiersz o Ojcu Williamie został zwizualizowany (no dobra, wersja z 1985 roku na upartego się liczy).
bez oceny
Alicja w krainie czarów (1931) - pierwsza dźwiękowa wersja. Jest... osobliwa. Jan Švankmajer opowiedział, że w jego opinii powieść Carrolla to amoralny sen, a nie bajka. Bud Coller prawdopodobnie wyznawał tą samą filozofię. Bo ni z gruchy i pietruchy Alicja ląduje już w krainie czarów bez wstępu i zapowiedzi. Scena bardziej poplątana jak w Sędzi Anny Marii Wesołowskiej (Biały Królik nagle przyznaje się do winy, bo chce grzmotnąć Księżną) i zakończenie wizyty w krainie czarów nagłe, niezrozumiałe - jak to bywa ze snami. Nawet Alicja zdaje się nie mieć poukładanych klepek, (co ładnie odnosi się do słów Kota z Chesire o tym, że każdy jest zwariowany - nawet Alicja, bo inaczej by nie trafiła do krainy czarów. Aha, Kot z Chesire dość creepy). Widać też, że był tu niski budżet, co widać po wyglądzie i kostiumach - Pan Gąsienica to jakiś dzieciak w zszytym śpiworze. Choć przez te tanie kostiumie Biały Królik i Marcowy Zając wzmagają ten creepy factor. Nie wiem czy rekomendować tą adaptację, ale cieszę się, że mogłem zobaczyć ją.
5/10
Alicja w krainie czarów (1933) - w przeciwieństwie do wersji z 1931 roku o tej wiedziałem i nawet ściągnąłem z emula za czasów szkolnych. Ale wtedy jak to bywało u mnie często nie objerzałem poza fragmentami. Więc teraz przyszła pora na pełny seans. Prędzej to adaptacja Po drugiej stronie lustra, ponieważ bohaterka trafia do Krainy Czarów przez lustro i finał polega na zostaniu królową po przejściu szachownicy jak w w/w książce. Takie postacie jak Królowa Kier mają ograniczony czas ekranowy (nawet Księżna więcej chyba pojawia się na ekranie).
Widać sporo, że z tego filmu Disney przy swojej Alicji. Niektóre sceny jak spadanie w króliczej norze czy prezencja kart są toczka w toczkę, a dialog z Gąsienicą niemal ten sam. A las, w którym Alicja lula gówniaka Księżnej wygląda jak Zupełnie Inny Las z wersji disneyowskiej. I obsadowy easter egg - tu występuje Sterling Holloway jako żabi służący Księżnej, który potem u Disneya był Kotem z Cheshire.
Widać, że nie szczędzili budżetu i robi to wrażenie. No, ale czuwał nad tym William Cameron Menzies (będący też współscenarzystą). To co może z perspektywy czasów zaskoczyć, to charakteryzacja jak na tamte czasy. Postacie faktycznie wyglądają jak z ilustracji Tenniela – Księżna wygląda jak spasiony ogr, podobnie Tweedledee i Tweedledum jako bracia Kaczyńscy. I wiele z tych postaci ukrytych w kostiumach i maskach zagrały dość znane osobistości jak np. Gary Cooper czy W.C. Fields. I zaskoczony jestem, że animowanej wstawki nie tworzyło Fleischer Studios, które robiło dla Paramountu wszystko co animowane. Dokładnie to Harman-Ising (tworzyli dla MGM-u w latach 40. i pod ich nadzorem powstał Tom i Jerry). A jak jeszcze jesteśmy przy specyfice tamtych lat, podczas partyjki w krokieta faktycznie grają oni żywymi flamingami (ech, te czasy sprzed PETY).
Niestety, strona techniczna imponująca jest, nie można powiedzieć tego o scenariuszu. Problemem jest, że film starał się umieścić dwie książki w jeden 76-minutowy metraż i wiele scenek trwa i znika (tutaj Biały Królik, zwykle prominentny w ekranizacjach pojawia się ledwie w dwóch krótkich scenkach), przez co nie mają jak wybrzmieć i są na na zasadzie odhaczenia, by fani książek nie utyskiwali. Te udane ekranizacje to zwykle mieszały pojedyncze elementy albo po prostu dzieliły to na dwie części. No i aktorka w roli głównej bohaterki jest dość nijaka. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że Alicja z 1931 roku bardziej mnie urzekła. I niektóre przedstawienie tam postaci wypadło moim zdaniem lepiej - lepsza była minimalistyczna charakteryzacja Księżna, a Kot z Cheshire był bardziej pamiętny.
5/10
04-07-2023, 13:37





