Byłem wczoraj w kinie na „Indianie Jonesie i Artefakcie Przeznaczenia”, jak się okazuje wbrew utyskiwaniom niektórych krytyków to dobry film, niemniej „tylko” dobry. Na pewno dobrze zobaczyć Indianę w początkowej akcji w 1944 r. (btw czemu na początku jest napis „Niemcy 1944” skoro później bohaterzy mówią, ze feralny pociąg jechał przez francuskie Alpy?), chociaż sprawiała ona miejscami wrażenie nieco rozwleczonej.
No i potem skaczemy do 1969 r. Indiana wykłada w jakimś podrzędnym koledżu w Nowym Jorku, mieszka sam, żona go opuściła po śmierci syna, a on sam czeka na emeryturę użerając się z głośnymi sąsiadami. Ech nie jest to wymarzona przyszłość dla naszego bohatera…
Przy czym pozwolę sobie na małą dygresję. Jones w dotychczasowych filmach zawsze mieszkał w zadbanym domku na uniwersyteckim osiedlu, widzimy jego dom w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”, „Ostatniej krucjacie” czy w „Królestwie Kryształowej Czaszki”. Elegancki domek kontrastował z przygodami Indiany i pozwalał uwierzyć, ze Jones jest jakby zakotwiczony w otaczającym go świecie, mimo awanturniczych naleciałości (a przynajmniej ja tak zawsze czułem). Tymczasem tutaj nasz bohater mieszka w mieszkaniu w starej nowojorskiej kamienicy, jest głośno, tłocznie itp., brakowało jeszcze tylko tego by dali mu współlokatora… Jest w tym cos takiego zbytnio odzierającego Jonesa z dotychczasowej chwały.
Wracając zaś do tematu. Chrześnica Jonesa pełni role katalizatora wydarzeń i w tej roli spełnia się dobrze, co więcej mimo swej bystrości, nie jest ona nieomylna. Ford zagrał na autopilocie, Mikklesen ze swoja oszczędną maniera sprawdził się nad wyraz dobrze. Pozostałe postacie, no cóż po prostu były na ekranie. Szkoda Boyda Hoolbroka, bo facet ma talent a póki co jedyne gdzie został dobrze wykorzystany to „Narcos”.
Sama intryga nieco odstaje od tego co do tej pory widzieliśmy w filmach, a końcówka przywodzi na myśl kino klasy-B. Bynajmniej nie jest o zarzut w stronę twórców, bo jednak o takie rozwiązanie chodziło od początku w filmie. W dotychczasowych filmach widzieliśmy zawsze gdy artefakty objawiały swoja moc w bardziej (Święty Graal) lub mniej subtelny (Kryształowa Czaszka) sposób. Tutaj też widzimy, że maszyna Archimedasa działa i to w bardzo dosłowny sposób.
Podsumowując film jest ok, niemniej jego obejrzenie nie jest konieczne do pełni szczęścia, nie widać też w zakończeniu jakiegoś parcia na szerszą franczyzę z Pheobe w roli głównej
No i potem skaczemy do 1969 r. Indiana wykłada w jakimś podrzędnym koledżu w Nowym Jorku, mieszka sam, żona go opuściła po śmierci syna, a on sam czeka na emeryturę użerając się z głośnymi sąsiadami. Ech nie jest to wymarzona przyszłość dla naszego bohatera…
Przy czym pozwolę sobie na małą dygresję. Jones w dotychczasowych filmach zawsze mieszkał w zadbanym domku na uniwersyteckim osiedlu, widzimy jego dom w „Poszukiwaczach zaginionej Arki”, „Ostatniej krucjacie” czy w „Królestwie Kryształowej Czaszki”. Elegancki domek kontrastował z przygodami Indiany i pozwalał uwierzyć, ze Jones jest jakby zakotwiczony w otaczającym go świecie, mimo awanturniczych naleciałości (a przynajmniej ja tak zawsze czułem). Tymczasem tutaj nasz bohater mieszka w mieszkaniu w starej nowojorskiej kamienicy, jest głośno, tłocznie itp., brakowało jeszcze tylko tego by dali mu współlokatora… Jest w tym cos takiego zbytnio odzierającego Jonesa z dotychczasowej chwały.
Wracając zaś do tematu. Chrześnica Jonesa pełni role katalizatora wydarzeń i w tej roli spełnia się dobrze, co więcej mimo swej bystrości, nie jest ona nieomylna. Ford zagrał na autopilocie, Mikklesen ze swoja oszczędną maniera sprawdził się nad wyraz dobrze. Pozostałe postacie, no cóż po prostu były na ekranie. Szkoda Boyda Hoolbroka, bo facet ma talent a póki co jedyne gdzie został dobrze wykorzystany to „Narcos”.
Sama intryga nieco odstaje od tego co do tej pory widzieliśmy w filmach, a końcówka przywodzi na myśl kino klasy-B. Bynajmniej nie jest o zarzut w stronę twórców, bo jednak o takie rozwiązanie chodziło od początku w filmie. W dotychczasowych filmach widzieliśmy zawsze gdy artefakty objawiały swoja moc w bardziej (Święty Graal) lub mniej subtelny (Kryształowa Czaszka) sposób. Tutaj też widzimy, że maszyna Archimedasa działa i to w bardzo dosłowny sposób.
Podsumowując film jest ok, niemniej jego obejrzenie nie jest konieczne do pełni szczęścia, nie widać też w zakończeniu jakiegoś parcia na szerszą franczyzę z Pheobe w roli głównej
BTW nie zignorowano wydarzeń z "Kryształowej Czaszki" (ale Mutta spuszczono w kiblu z tym Wietnamem...) i pojawia się nawet Karen Allen.
05-07-2023, 08:31





