(21-07-2022, 09:43)simek napisał(a): All That Jazz - moja 30. w życiu i pierwsza od trzech lat wystawiona dyszka. Cóż tutaj się rozwodzić: wszystko w tym filmie gra i trąbi od pierwszej do ostatniej klatki, a co najważniejsze i coś za co nie waham się wystawić najwyższej oceny: mam jako widz poczucie, że oglądam wyobraźnię reżysera przeniesioną w 100% na ekran, żadnego biernego obserwowania zdarzeń, nie widać żadnych ograniczeń produkcyjnych, mamy samo filmowe mięsko: nadawanie historii nowych znaczeń poprzez obraz i montaż, coś, czego nie odda żaden tekst, czy spektakl. Właśnie: montaż. Film jest wybitnie zmontowany, zarówno na poziomie danej sceny jak i na poziomie całej fabuły: te przebłyski do szpitalnego łóżka już od początku filmu, pomieszanie przyszłości z teraźniejszością, cięcia do rozmów z Angelique to wszystko dla mnie wirtuozeria. Często na forum w kontekście JFK pada zdanie, że to najlepiej zmontowany film w historii, z czym się zgadzam, ale myślę, że ATJ śmiało można klasyfikować w pierwszej piątce, czy dziesiątce. Wszystkie inne elementy? Również arcydzielne: zaczynając od roli Scheidera (i w sumie każdego innego, nie ma tutaj złego występu), poprzez zdjęcia, scenografię, oczywiście muzykę, o choreografii nawet nie ma co wspominać, bo to są himalaje. 10/10 Naprawdę nie ma się do czego przyczepić.
Po powyższym wpisie sobie przypomniałem, że mam do nadrobienia. Dzięki. Wybitny film.
Z jednej strony od dosłownie pierwszego ujęcia czuć, że to będzie wybitnie wyreżyserowane. Z drugiej, wiem, że to banał, ale nie przepadam za musicalami. No i tak mniej więcej do 1/3 może odrobinę dalej oglądałem z podziwem dla reżyserskiego kunsztu, ale bez jakichś spektakularnych emocji. Ale jak siadło to totalnie. Zgadzam się, że imponuje to "autorskość", odwaga i oryginalność, której dawno w kinie nie doświadczyłem. Temat niby w miarę standardowy. Uderzyła mnie myśl, jak w dzisiejszych czasach taki motyw zostałby, nawet przez topowego reżysera albo spłaszczony, wtłoczony w schemat albo w najlepszym razie spłycony do jakiejś bełkotliwej jazdy. Tutaj balans między szaleństwem, odwagą, intelektem i kontrolowaniem formy jest idealny. Aktorsko też klasa a i postaci, w tym główna niebanalne. Jest jednocześnie trochę nieprzyjemnie, niepokojąco, ale w ten zajebiście hipnotyzujący sposób, który kocham w kinie. Choreografia i muzyka? Wiadomo. Nie mówię, że czasami ta, chyba nie do uniknięcia w musicalu, kampowość i kiczowatość mnie trochę nie gryzła na chwilę. Ale po kilku sekundach zwykle sobie uświadamiałem, że kogo ja oszukuję, przecież oglądam jak zahipnotyzowany. A jak zdarzyło mi się pomyśleć, że trochę za dużo tych piosenek to zaraz się orientowałem, że jak w mało którym znanym mi musicalu, każda, dosłownie każda muzyczna sekwencja była fabularnie uzasadniona. Zero zapychaczy. A większość z nich to prawdziwe realizacyjne perełki. Rozpisane to jest w dodatku i oczywiście zmontowane wybitnie. Do tego, pięknie się składa w całość z jednym z najlepszych zakończeń ever. Najbardziej oryginalne a jednocześnie szalenie przejmujące (pozornie tylko w kontrze do "wesołej" formy) podejście do motywu umierania? Możliwe. Na pewno wchodzi do mojego osobistego kanonu, do którego dawno się nic nie przebiło. Oczywiście nie wyobrażam sobie, żeby to zrobić w innym niż musical gatunku. Czy dycha? Prawie na pewno tak, ale chyba muszę zweryfikować przy ponownym seansie. Na który jakoś dziwnie na razie nie mam za bardzo ochoty.
02-08-2023, 00:23





