@PropJoe & simek
W razie czego Lenny niewiele ustępuje (o ile w ogóle) ATJ, jedna z najlepszych ekranowych biografii. Z "wielkiej trójki" Fosse'a najsłabiej wypada Kabaret, przy czym to wciąż dobre kino. Bob był znakomitym inscenizatorem i swoistym choreografem "działań filmowych" - u niego tańczą nie tylko aktorzy, ale i sceny (jakkolwiek durnie to brzmi). Ściśle miarkowane tempo sprzężone z precyzyjnym montażem, efekt: uczucie płynności w trakcie seansu.
Rybki za to nigdy mocno nie polubiłem. Ot, przyjemna, czasem nawet śmiszna komedyjka wybijająca się co prawda ponad stany średnie, ale wypadająca bladziutko w zestawieniu z genialnymi dziełąmi Pythonów (napisał to człowiek uważający Johna Cleese'a za najzabawniejszego człowieka na świecie). Kline rzeczywiście świetny, ale chyba bardziej "podobał" mi się w Ice Storm Anga Lee. Wanda pewnie do powtórki.
---
Rekomenduję również The Servant z 1963 roku. Rzecz o ścieraniu się klas i hedoniźmie spychającym tradycyjne wartości na margines. Arystokrata wprowadza się do nowego mieszkania i zatrudnia (pozornie) dystyngowanego służącego, który z czasem odsłania prawdziwe oblicze. Relacja pan-sługa "przybiera" niespodziewany obrót, między bohaterami kipi od napięcia (również seksualnego, w ogóle jest to szalenie "zmysłowe" dzieło [głównie za sprawą Sarah Miles]), pomimo pozorów w powietrzu unosi się fetor czegoś nieprzyjemnego, do cna zepsutego. Film dość odważny i niewygodny jak na "tamte lata", a konkluzja zapewne doprowadziła do wściekłości wielu tradycjonalistów. Na Filmwebie ludziska porównują The Servant do Parasite\a; ja tam nie widzę wielu punktów wspólnych, no ale jeśli takowe zestawienie zachęci kogoś do seansu, to nie będę narzekał. 8/10
W razie czego Lenny niewiele ustępuje (o ile w ogóle) ATJ, jedna z najlepszych ekranowych biografii. Z "wielkiej trójki" Fosse'a najsłabiej wypada Kabaret, przy czym to wciąż dobre kino. Bob był znakomitym inscenizatorem i swoistym choreografem "działań filmowych" - u niego tańczą nie tylko aktorzy, ale i sceny (jakkolwiek durnie to brzmi). Ściśle miarkowane tempo sprzężone z precyzyjnym montażem, efekt: uczucie płynności w trakcie seansu.
Rybki za to nigdy mocno nie polubiłem. Ot, przyjemna, czasem nawet śmiszna komedyjka wybijająca się co prawda ponad stany średnie, ale wypadająca bladziutko w zestawieniu z genialnymi dziełąmi Pythonów (napisał to człowiek uważający Johna Cleese'a za najzabawniejszego człowieka na świecie). Kline rzeczywiście świetny, ale chyba bardziej "podobał" mi się w Ice Storm Anga Lee. Wanda pewnie do powtórki.
---
Rekomenduję również The Servant z 1963 roku. Rzecz o ścieraniu się klas i hedoniźmie spychającym tradycyjne wartości na margines. Arystokrata wprowadza się do nowego mieszkania i zatrudnia (pozornie) dystyngowanego służącego, który z czasem odsłania prawdziwe oblicze. Relacja pan-sługa "przybiera" niespodziewany obrót, między bohaterami kipi od napięcia (również seksualnego, w ogóle jest to szalenie "zmysłowe" dzieło [głównie za sprawą Sarah Miles]), pomimo pozorów w powietrzu unosi się fetor czegoś nieprzyjemnego, do cna zepsutego. Film dość odważny i niewygodny jak na "tamte lata", a konkluzja zapewne doprowadziła do wściekłości wielu tradycjonalistów. Na Filmwebie ludziska porównują The Servant do Parasite\a; ja tam nie widzę wielu punktów wspólnych, no ale jeśli takowe zestawienie zachęci kogoś do seansu, to nie będę narzekał. 8/10
02-08-2023, 18:02





