Walt Before Mickey - podczas pisania artów o Harmanie i Isingu oraz Iwerksie w końcu zdecydowałem ujrzeć ten film, bo częściowo opowiada o tym okresie, o którym piszę. Liczyłem, że skoro to produkcja niezależna od Walt Disney Company, to nie dostanę hagiograficznej wygładzonej bajki o wujku Walcie. Już sam fakt, że zgodnie z faktami Disney w filmie pali jak smok nastraja.
Cóż, jest trochę hagiografii, bo początek to słodzenie z piękną muzyczką, o tym jak mały Walt niczym myszka w The Flying Bat marzy, by rysować i zły świat go za to karci. I choć nie ukrywają, że Disney potrafił być Januszem biznesu (scena jak pogania przysypiającego Isinga do roboty - tu też subtelny smaczek, bo Ising miał tendencje do narkolepsji), to też mam wrażenie, że uprościli sprawę z exodusem jego animatorów do Charlesa Mintza. Na sequel Walt After Mickey, w którym Disney bezczelnie przypisał laury za Myszę i olewał wkład Iwerksa, a ten okrutnie się zemścił na nim, nie ma co zanosić. Ale jednak twórcy nie robią z Disneya pomnika - nie tylko pali w kadrze, ale rzuca cholerami. I zasugerowali, że Disney mimo wszystko był kiepskim rysownikiem (o czym wiele razy mówili jego animatorzy) :). No i przede wszystkim pokazano, że był kiepskim zarządcą i gdyby nie Roy, to byłby tylko znany w wzmiance encyklopedii filmowych.
Całkiem wiernie podąża faktom historycznym. Parę rzeczy nieco zmienia, np. Plane Crazy miał premierę dopiero po Williem z parowca, a historia z oswojoną myszą, która zainspirowała Walta do stworzenia Mikiego najpewniej była zmyślona, a też nie wiem czy Fred Quimby robił wtedy w MGM (i chyba był znacznie młodszy) ale jakby ktoś chciał poznać ten okres Disneya bez szukania po książkach to warto obejrzeć.
I też oddaje sprawiedliwość pozostałym animatorom i nawet ich wybiela. Oryginalnie to Hugh Harman był pierwszym animatorem, który odszedł do Mintza, a nie jego brat Fred, który opuścił Disneya na dobre jeszcze przed jego wyjazdem do Hollywood. Jak się spodziewałem z Charlesa Mintza zrobili złoczyńcę (w sumie był takim). Czuję, że filmowcy chcieli być fair wobec Harmana, Isinga, Iwerksa i Frelenga i dlatego w filmie to Fred Harman jest drugim po Mintzu bad guyem i odchodzą do Mintza jawnie przed Waltem, gdy w rzeczywistości to zrobili w tajemnicy (i jak mówił Freleng czuł się gnębiony przez Disneya).
Gdyby nie to, to mamy biopic do zapełnienia ramówki w kinie. Jest nieco przestojów i sceny z Lillian wyglądają jak z telenoweli. Domyślam, że wybrali ten okres, ponieważ Alice Comedies i Laugh-O-Grams były już w domenie publicznej, a cały budżet poszedł na wypożyczenie Plane Crazy od faktycznej Myszy (co utwierdza mnie w przekonaniu, że obecnie Walt Disney Company ma głęboko w dupie klasyczne kreskówki i nie sapało by się o wydanie ich bez jego zgody). Widać też, że niektórzy noszą doklejane wąsy (jak u Isinga). Jest jedno chamskie ujęcie nowojorskich wieżowców, które nie dość, że nie wyglądają na architekturę lat 20. XX wieku, to jeszcze wygląda jak z początku gier komputerowych.
Co mogę pochwalić to Thomas Ian Nicholas w roli głównej. Widziałem Disneya, a nie Toma Hanksa z kiepsko odwzorowanym wąsem. Nie tylko wizualnie wygląda jak Disney, ale aktor grający praktycznie wgryzł się w jego postać. To samo Iwerks. Roya bardziej niepodobnego nie mogli wziąć :P. I choć to jest nieco tanie i amatorskie, to czuć szczere chęci w opowiedzeniu o jakimś wycinku życia Walta Disneya .
7/10
Cóż, jest trochę hagiografii, bo początek to słodzenie z piękną muzyczką, o tym jak mały Walt niczym myszka w The Flying Bat marzy, by rysować i zły świat go za to karci. I choć nie ukrywają, że Disney potrafił być Januszem biznesu (scena jak pogania przysypiającego Isinga do roboty - tu też subtelny smaczek, bo Ising miał tendencje do narkolepsji), to też mam wrażenie, że uprościli sprawę z exodusem jego animatorów do Charlesa Mintza. Na sequel Walt After Mickey, w którym Disney bezczelnie przypisał laury za Myszę i olewał wkład Iwerksa, a ten okrutnie się zemścił na nim, nie ma co zanosić. Ale jednak twórcy nie robią z Disneya pomnika - nie tylko pali w kadrze, ale rzuca cholerami. I zasugerowali, że Disney mimo wszystko był kiepskim rysownikiem (o czym wiele razy mówili jego animatorzy) :). No i przede wszystkim pokazano, że był kiepskim zarządcą i gdyby nie Roy, to byłby tylko znany w wzmiance encyklopedii filmowych.
Całkiem wiernie podąża faktom historycznym. Parę rzeczy nieco zmienia, np. Plane Crazy miał premierę dopiero po Williem z parowca, a historia z oswojoną myszą, która zainspirowała Walta do stworzenia Mikiego najpewniej była zmyślona, a też nie wiem czy Fred Quimby robił wtedy w MGM (i chyba był znacznie młodszy) ale jakby ktoś chciał poznać ten okres Disneya bez szukania po książkach to warto obejrzeć.
I też oddaje sprawiedliwość pozostałym animatorom i nawet ich wybiela. Oryginalnie to Hugh Harman był pierwszym animatorem, który odszedł do Mintza, a nie jego brat Fred, który opuścił Disneya na dobre jeszcze przed jego wyjazdem do Hollywood. Jak się spodziewałem z Charlesa Mintza zrobili złoczyńcę (w sumie był takim). Czuję, że filmowcy chcieli być fair wobec Harmana, Isinga, Iwerksa i Frelenga i dlatego w filmie to Fred Harman jest drugim po Mintzu bad guyem i odchodzą do Mintza jawnie przed Waltem, gdy w rzeczywistości to zrobili w tajemnicy (i jak mówił Freleng czuł się gnębiony przez Disneya).
Gdyby nie to, to mamy biopic do zapełnienia ramówki w kinie. Jest nieco przestojów i sceny z Lillian wyglądają jak z telenoweli. Domyślam, że wybrali ten okres, ponieważ Alice Comedies i Laugh-O-Grams były już w domenie publicznej, a cały budżet poszedł na wypożyczenie Plane Crazy od faktycznej Myszy (co utwierdza mnie w przekonaniu, że obecnie Walt Disney Company ma głęboko w dupie klasyczne kreskówki i nie sapało by się o wydanie ich bez jego zgody). Widać też, że niektórzy noszą doklejane wąsy (jak u Isinga). Jest jedno chamskie ujęcie nowojorskich wieżowców, które nie dość, że nie wyglądają na architekturę lat 20. XX wieku, to jeszcze wygląda jak z początku gier komputerowych.
Co mogę pochwalić to Thomas Ian Nicholas w roli głównej. Widziałem Disneya, a nie Toma Hanksa z kiepsko odwzorowanym wąsem. Nie tylko wizualnie wygląda jak Disney, ale aktor grający praktycznie wgryzł się w jego postać. To samo Iwerks. Roya bardziej niepodobnego nie mogli wziąć :P. I choć to jest nieco tanie i amatorskie, to czuć szczere chęci w opowiedzeniu o jakimś wycinku życia Walta Disneya .
7/10
18-09-2023, 11:50





