Mary Poppins - fun fact. Film miał premierę w Czechosłowacji. Raz widziałem na Polsacie z okropnym dubbingiem. No to czas na wersję w angielszczyźnie (ogólnie jestem zdania, by dubbingi powstawały najwyżej 20 lat po danym tytule, bo potem jakość audio z obrazem zgrzyta).
Jakby Walt Disney miał zakończyć karierę producenta jakimś jednym filmem, to Mary Poppins jest idealnym kandydatem na uhonorowanie jego dotychczasowej twórczości. Praktycznie zawiera elementy składowe jego twórczości. Mimo, że robiono to dzieci (w końcu na podst. dziecięcej literatury), to dorośli znajdą rzeczy dla siebie. Chociażby grę aktorską. Zaskoczony jestem, że to praktycznie debiut filmowy Andrews, bo ta praktycznie jest Mary Poppins. Co też fajne jest, to Mary w zasadzie rzadko się uśmiecha i wciąż jest surową nianią. W pierwszej scenie od razu ustawia do pionu dzieciaki.
I też nie jest to przesłodzone czy próbujące być zbytnio emocjonalne i większość elementów jest wyważonych. Nawet bankierzy będący tu defacto głównymi złymi, w sumie są… bo ja wiem… ludzcy i z innym punktem widzenia. I przesłanie jest dość nienachalne. Nie dotyka tylko Banksa, ale też subtelnie wskazuje, że matka Jane i Michaela mogłaby odłożyć buycie sufrażystką (ale... ale... u Disneya matki nie żyją, bo jego własna zmarła! Tak Internety mi mówiły!).
Można przyczepiać się do różnych rzeczy. O okropnym akcencie Van Dyke’a wszyscy mówili, nawet on sam. Tu w Europie rudziki nie wyglądają jak drozdy. Nic dziwnego L.P. Traves nie chciała, żeby Amerykańce maczali swe paluchy przy następnych adaptacjach ;). Ale ponarzekam w innych aspektach. Dzieci były raczej słabe i nie powinienem, ale ich twarze mają coś takiego - nie wiem - odstręczającego. I faktycznie sekwencja animacji najsłabsza – zdecydowanie zbyt długa i będąca wymówką do popisów Van Dyke’a. Szczególnie mnie raziły różnice w audio aktorów głosowych i tych żywych. I trochę źle, że animacja to jest w stylu 101 dalmatyńczyków, bo tu bardziej pasowała ta stylistyka sprzed Śpiącej królewny. Zwłaszcza, że pod względem efektow specjalnych stoi to wszystko na wysokim poziomie. Najlepsze (i najszersze zastosowanie) matte painting tych czasów. Znakomita strona techniczna i Oscary w pełni zasłużone.
Zdecydowanie klasyk i ukoronowanie twórczości Walta.
8,5/10
My Fair Lady - kolejny musical z tego samego roku. I też będący na szczycie USAńskiego box-office. I też mający niemal tyle samo nominacji do Oscara, często w wspólnych mianownikach. I Julie Andrews była w oryginalnej inscenizacji musicalu! A, i oba filmy dzieją się w edwardiańskim Londynie. Aha, i oba nie miały kinowej dystrybucji za PRL-u. Co w przypadku My Fair Lady jest dziwne, bo sądziłem że filmy nagrodzone Oscarem za najlepszy film z automatu miały u nas premierę (np. Oliver!, jeśli mowa o musicalach).
Też warto obejrzeć ten prekursor Projektu Lady. Najjaśniejsza jest tu Hepburn, która wszystko na śniadanie jako skrzecząca ordynuska stopniowo zmieniajaca się w damę. Daje ona z siebie wszystko, nawet specjalnie nauczyła się śpiewać (i wolę wersję, gdzie nie została zdubbingowana w partiach wokalnych na zlecenie producentów). Daleko w tyle też nie jest Rex Harrison, bo Higgins to kawał seksisty i nadętego bubka. W sumie to też nie jest to romans, bo główni praktycznie nie zakochują przez bardzo lwią część filmu. Spoko też zagrał gość w roli młodego panicza (bardzo przystojny lad swą drogą), który wydaje być zmęczony sztywnymi konwenansami i imponuje mu prosta Eliza.
Z pewnością warto pochwalić kostiumy i scenografia imponujące zwłaszcza sekwencji z wyścigami konnymi – idealnie uchwycili czystość i wzniosłość arystokracji. Co do muzyki najlepsza jest piosenka, jak nasza Cockneyka śpiewa wśród swoich o luksusach. Fabularnie zgrzytała mi końcówka, choć ma jakieś umotywowanie. Czasem jest tak, że jak twórca poświęca długa uwagę nawet pozornie nieinteresującej go rzeczy, to z czasem się do niej przywiązuje. Zdecydowano warto ujrzeć, jak się jest fanem starych musicali.
9/10
Jakby Walt Disney miał zakończyć karierę producenta jakimś jednym filmem, to Mary Poppins jest idealnym kandydatem na uhonorowanie jego dotychczasowej twórczości. Praktycznie zawiera elementy składowe jego twórczości. Mimo, że robiono to dzieci (w końcu na podst. dziecięcej literatury), to dorośli znajdą rzeczy dla siebie. Chociażby grę aktorską. Zaskoczony jestem, że to praktycznie debiut filmowy Andrews, bo ta praktycznie jest Mary Poppins. Co też fajne jest, to Mary w zasadzie rzadko się uśmiecha i wciąż jest surową nianią. W pierwszej scenie od razu ustawia do pionu dzieciaki.
I też nie jest to przesłodzone czy próbujące być zbytnio emocjonalne i większość elementów jest wyważonych. Nawet bankierzy będący tu defacto głównymi złymi, w sumie są… bo ja wiem… ludzcy i z innym punktem widzenia. I przesłanie jest dość nienachalne. Nie dotyka tylko Banksa, ale też subtelnie wskazuje, że matka Jane i Michaela mogłaby odłożyć buycie sufrażystką (ale... ale... u Disneya matki nie żyją, bo jego własna zmarła! Tak Internety mi mówiły!).
Można przyczepiać się do różnych rzeczy. O okropnym akcencie Van Dyke’a wszyscy mówili, nawet on sam. Tu w Europie rudziki nie wyglądają jak drozdy. Nic dziwnego L.P. Traves nie chciała, żeby Amerykańce maczali swe paluchy przy następnych adaptacjach ;). Ale ponarzekam w innych aspektach. Dzieci były raczej słabe i nie powinienem, ale ich twarze mają coś takiego - nie wiem - odstręczającego. I faktycznie sekwencja animacji najsłabsza – zdecydowanie zbyt długa i będąca wymówką do popisów Van Dyke’a. Szczególnie mnie raziły różnice w audio aktorów głosowych i tych żywych. I trochę źle, że animacja to jest w stylu 101 dalmatyńczyków, bo tu bardziej pasowała ta stylistyka sprzed Śpiącej królewny. Zwłaszcza, że pod względem efektow specjalnych stoi to wszystko na wysokim poziomie. Najlepsze (i najszersze zastosowanie) matte painting tych czasów. Znakomita strona techniczna i Oscary w pełni zasłużone.
Zdecydowanie klasyk i ukoronowanie twórczości Walta.
8,5/10
My Fair Lady - kolejny musical z tego samego roku. I też będący na szczycie USAńskiego box-office. I też mający niemal tyle samo nominacji do Oscara, często w wspólnych mianownikach. I Julie Andrews była w oryginalnej inscenizacji musicalu! A, i oba filmy dzieją się w edwardiańskim Londynie. Aha, i oba nie miały kinowej dystrybucji za PRL-u. Co w przypadku My Fair Lady jest dziwne, bo sądziłem że filmy nagrodzone Oscarem za najlepszy film z automatu miały u nas premierę (np. Oliver!, jeśli mowa o musicalach).
Też warto obejrzeć ten prekursor Projektu Lady. Najjaśniejsza jest tu Hepburn, która wszystko na śniadanie jako skrzecząca ordynuska stopniowo zmieniajaca się w damę. Daje ona z siebie wszystko, nawet specjalnie nauczyła się śpiewać (i wolę wersję, gdzie nie została zdubbingowana w partiach wokalnych na zlecenie producentów). Daleko w tyle też nie jest Rex Harrison, bo Higgins to kawał seksisty i nadętego bubka. W sumie to też nie jest to romans, bo główni praktycznie nie zakochują przez bardzo lwią część filmu. Spoko też zagrał gość w roli młodego panicza (bardzo przystojny lad swą drogą), który wydaje być zmęczony sztywnymi konwenansami i imponuje mu prosta Eliza.
Z pewnością warto pochwalić kostiumy i scenografia imponujące zwłaszcza sekwencji z wyścigami konnymi – idealnie uchwycili czystość i wzniosłość arystokracji. Co do muzyki najlepsza jest piosenka, jak nasza Cockneyka śpiewa wśród swoich o luksusach. Fabularnie zgrzytała mi końcówka, choć ma jakieś umotywowanie. Czasem jest tak, że jak twórca poświęca długa uwagę nawet pozornie nieinteresującej go rzeczy, to z czasem się do niej przywiązuje. Zdecydowano warto ujrzeć, jak się jest fanem starych musicali.
9/10
26-09-2023, 21:52





