Oliver!
Od trzeciej minuty projekcji życzyłem śmierci głównemu bohaterowi; to nie mógł być udany seans.
Syneczek jest absolutnie nie do zniesienia ze swoją (pełną) paletą kolorów upośledzenia wymalowanych na twarzy. Kładzie wszystko na łopatki jako protagonista, któremu nie sposób kibicować czy przejmować kolejnymi niedolami. Z czasem na szczęście jest go na ekranie coraz mniej, jakby reżyser w trakcie kręcenia zdał sobie sprawę z fatalnego wyboru obsadowego. Kij z Markiem Lesterem walczącym dość dzielnie z kompletnym brakiem talentu, cała postać Twista leży i kwiczy. Mały potrafi tylko świecić głupim ryjem i uciekać (nie zawsze z powodzeniem); co chwila ładuje się w kłopoty, a z opresji ratują go inni. Nie wiem, jak to wyglądało na kartach powieści Dickensa; nie sądzę wszak, by Karol stworzył tak beznadziejnie nieudolnego bohatera dziecięcęgo. Dramat. Prócz dramatu dostajemy też piosenki, czyli drugi filar gównianej chatki (spoczywaj w pokoju, Johnie Dunsworth) - wszystkie na jedno kopyto, nudne, ubogo zaaranżowane i przede wszystkim dłuuuuuuuuuugie jak wiadomo co wiadomo kogo. W zasadzie każdą możnaby skrócić o kilka minut, bo żadna następna zwrotka nie niosłaby dodatkowej wartości. Skrócić wypadałoby też w sumie cały film, jak i młodego Lestera - o głowę. Jako zakrwawiony quasi-kurczak z ujebanym łbem byłby chociaż nieco zabawny. Postać Fagina ratuje ten kupsztal przed niedostateczną oceną.
Oliver! w wyścigu o najważniejszego Oscara pokonał Lwa w zimie (Odyseja Kubricka i Pewnego Razu na Dzikim Zachodzie nie okazały się godne nawet nominacji), a mnie od razu na starcie. Resztę seansu spędziłem na deskach, pobity i zdrętwiały.
---
Kojejne horrory w październiku:
Pyewacket
Raczej ziewam. Doceniam brak straszenia w tani sposób, ganię za oczywistą końcówkę. Trochę szkoda oklepanego finału, przez który całkiem sprawnie kumulowane napięcie ulotniło się bezgłośnie niczym cichacz puszczony w towarzystwie. Z drugiej strony - do tego typu historii nie tak znowu łatwo dopisać satysfakcjonujące, "świeże" zakończenie, więc pewnie kręcę nosem nieco na siłę. Można obejrzeć, ale bez ekstazy.
Under The Shadow
Tukej z kolei dostałem w twarz kilkoma tanimi dżampskerami (bieda dopadła również ludzi od efektów, bo stworzyli niskobudżetowego "potworka"), ale w żaden sposób nie obrzydziło mi to filmu. Zgroza wynika głównie z traum i obaw bohaterki, będąc przy okazji zgrabnie sprzężoną z polityczno-obyczajowym tłem opowieści. Klimat spoko, straszenie niezłe, seans zadowalający. Warto sprawdzić, tym bardziej mając na uwadze niedostatek horrorów z tej części globu (Iran).
Od trzeciej minuty projekcji życzyłem śmierci głównemu bohaterowi; to nie mógł być udany seans.
Syneczek jest absolutnie nie do zniesienia ze swoją (pełną) paletą kolorów upośledzenia wymalowanych na twarzy. Kładzie wszystko na łopatki jako protagonista, któremu nie sposób kibicować czy przejmować kolejnymi niedolami. Z czasem na szczęście jest go na ekranie coraz mniej, jakby reżyser w trakcie kręcenia zdał sobie sprawę z fatalnego wyboru obsadowego. Kij z Markiem Lesterem walczącym dość dzielnie z kompletnym brakiem talentu, cała postać Twista leży i kwiczy. Mały potrafi tylko świecić głupim ryjem i uciekać (nie zawsze z powodzeniem); co chwila ładuje się w kłopoty, a z opresji ratują go inni. Nie wiem, jak to wyglądało na kartach powieści Dickensa; nie sądzę wszak, by Karol stworzył tak beznadziejnie nieudolnego bohatera dziecięcęgo. Dramat. Prócz dramatu dostajemy też piosenki, czyli drugi filar gównianej chatki (spoczywaj w pokoju, Johnie Dunsworth) - wszystkie na jedno kopyto, nudne, ubogo zaaranżowane i przede wszystkim dłuuuuuuuuuugie jak wiadomo co wiadomo kogo. W zasadzie każdą możnaby skrócić o kilka minut, bo żadna następna zwrotka nie niosłaby dodatkowej wartości. Skrócić wypadałoby też w sumie cały film, jak i młodego Lestera - o głowę. Jako zakrwawiony quasi-kurczak z ujebanym łbem byłby chociaż nieco zabawny. Postać Fagina ratuje ten kupsztal przed niedostateczną oceną.
Oliver! w wyścigu o najważniejszego Oscara pokonał Lwa w zimie (Odyseja Kubricka i Pewnego Razu na Dzikim Zachodzie nie okazały się godne nawet nominacji), a mnie od razu na starcie. Resztę seansu spędziłem na deskach, pobity i zdrętwiały.
---
Kojejne horrory w październiku:
Pyewacket
Raczej ziewam. Doceniam brak straszenia w tani sposób, ganię za oczywistą końcówkę. Trochę szkoda oklepanego finału, przez który całkiem sprawnie kumulowane napięcie ulotniło się bezgłośnie niczym cichacz puszczony w towarzystwie. Z drugiej strony - do tego typu historii nie tak znowu łatwo dopisać satysfakcjonujące, "świeże" zakończenie, więc pewnie kręcę nosem nieco na siłę. Można obejrzeć, ale bez ekstazy.
Under The Shadow
Tukej z kolei dostałem w twarz kilkoma tanimi dżampskerami (bieda dopadła również ludzi od efektów, bo stworzyli niskobudżetowego "potworka"), ale w żaden sposób nie obrzydziło mi to filmu. Zgroza wynika głównie z traum i obaw bohaterki, będąc przy okazji zgrabnie sprzężoną z polityczno-obyczajowym tłem opowieści. Klimat spoko, straszenie niezłe, seans zadowalający. Warto sprawdzić, tym bardziej mając na uwadze niedostatek horrorów z tej części globu (Iran).
11-10-2023, 14:28
Spoiler![[Obrazek: 3RWQnzS.jpg]](https://i.imgur.com/3RWQnzS.jpg)





