Podobnie źle ocenili to Napisy Końcowe i Krzysztof M. Maj - both lewaki. Kusi mnie pójście do kina, by to osobiście zjechać... ale nie ukrywam, że poszukam w sklepiku.
BTW Po świętach mój maraton grudniowo-bożonarodzeniowo-sylwestrowy trwa. I tym razem na resztę coś polskiego.
29. Noc w przedszkolu - mogłaby powstać z tego sztuka teatralna, bo to kameralne i w jednej lokacji. Napisy początkowe zwiastują jakiś horror - płonący miś, powieszony zajączek - to obrazki z jakiejś kampanii społecznej przeciw przemocy wobec dzieci. W sumie takie zebrania rodziców i kim tacy rodzice się okazują potrafią być straszne.
Nie cierpię frazy "dzieci są okrutne", bo to dla mnie wymówka i rozmywanie odpowiedzialności dorosłych, którzy przenoszą złe wzorce na swe pociechy. A film pokazuje, że to rodzice potrafią być sukinsynami i dzieci małpują ich zachowanie. Bądź są trochę pipkami bez kręgosłupów czy pod presją (jak postać Zamachowskiego, który od początku jest serdeczny dla głównego bohatera). I często to dorośli dopatrują się niefajnych sytuacji, jak np. gdy Eryk rozmawia z główną złą, to innym głodnym chleb na myśli. I dyrektorka przedszkola ma wszystko w dupie (pewnie ta, co mówi "on cie lubi") i okazuje się być jeszcze gorsza od przewodniczącej rady rodziców. I w praktyce główny bohater będący lekkoduchem okazuje się najbardziej ogarniętym i odpowiedzialnym z opiekunów (m.in. uważa za słabe śmianie się z przedszkolaka i wprost krytykuje fakt, że dziecko rysuje penisy).
Czasami potrafi zaskoczyć. Mylnie zakładałem, że Kazimierz będzie tym złym, a okazuje się jednym z normalniejszych rodziców. Człowiek po zebraniu nt. Tytusa myśli, że może pretensje rodziców wobec niego są uzasadnione, a potem wychodzi z tego kolejny twist rzucający światło na wszystko i jak zwykle winni są dorośli. W ogóle aktor grający Eryka znakomicie i subtelnie zagrał, gdy poznał główny twist. I scenariuszowo wypada wiarygodna droga z mentalnego dzieciucha do odpowiedzialnego rodzica, który stanie w obronie swego pasierba. Ogólnie aktorsko wypada całkiem dobrze.
Moim zdaniem niepotrzebny wątek z rakiem głównej złej. Wiem chcieli dać niejednoznaczności, ale to nie pasuje ponieważ od początku swymi akcjami pokazuje jaką jest suką. A wystarczył fakt, że jest samotną matką i stąd jej zachowanie (i późniejszy redemption arc).
Jak dla mnie spokojnie można zobaczyć - w końcu jakiś polski film zmuszający do refleksji, a przy tym nie jest festiwalowym syfem o zerowym riserczu.
7,5/10
PS. Niby Netflix, a na zachodzie dostaliby piany – aryjski blondyn będący wierzącym katolikiem to ten dobry, a jakiegoś arabusa o imieniu Hamza gra jednak rodowity Polak (przynajmniej dobrze dobrali fizys - sam myślałem, że to potomek imigrantów).
30. Szczęśliwego Nowego Jorku - jak mniemam, w 1997 roku dynamiczne ujęcie z samolotu na NYC w polskim kinie robił wielkie wrażenie na ówczesnych Cebulakach. I wtedy Ameryka była idealnym wabikiem dla imigrantów i jeszcze nie była obrazem nędzy i rozpaczy jak dzisiaj np. San Francisco.
Nic szczególnego. Jest tu różny przekrój imigracji i ich punktów widzenia - były komuch stwierdza, że największym oszustwem komunizmu było danie nadziei zachodu jako El Dorado i rozczarowany chce wrócić do kraju. Zamachowski (który ze wszystkich jest najsympatyczniejszy. Jako trochę nadgorliwy, ale sympatyczny katol mający dobre intencje) i Pazura próbują się łudzić, że odniosą sukces w Ameryce. Czy Linda, który załapał amerykańskiego stylu życia, ale poczuwa się jako ten lepszy. Linda okazuje się tym złym, który dyma resztę.
Aktorzy jadą na autopilocie i swoich ówczesnych wizerunkach. Jednak nie widziałem w nich postaci, a po prostu polskie gwiazdy robiące swój shtick. Tutaj Syn Daniela Olbrychskiego grać nie potrafi i trafił chyba tylko za znajomościami ojca.
Technicznie jakoś też nie jest imponująco, choć co jakiś czas są teledyskowe montaże do Vivy. Nawet gdyby dostałby cyfrową rekonstrukcję. I pierwsza próba podlizania się anglojęzycznym rynkom (na które pewnie nie trafił), bo są dwujęzyczne napisy początkowe i końcowe. A końcowe creditsy wykazują się niekonsekwencją, gdyż przy liście aktorów połowa nazw jest po polsku, a druga po angielsku. Za plus końcowa piosenka IRA.
5/10
31. Kulig (1968) - kultową piosenkę Skaldów znam i wiem z jakiego filmu pochodzi. Ale nigdy nie było okazji do ujrzenia go. Rok temu planowałem ujrzeć w okresie przed sylwestrem, ale wypadło mi z pamięci. Fabuły tu zero - jest sobie Bogumił Kobiela w cosplayu Wilhelma II (bez kitu, koleś wygląda jakby wyrwał się z lat początku XX w.), któremu zepsuł się samochód w Tatrach i musi prosić o pomoc ówczesne gwiazdy muzyki jadące w tytułowym kuligu, a i tak to pretekst do puszczania popowych piosenek, które następują jedna po drugiej - bez przerwy. I jak w końcu przemawia Kobiela z dialogiem to jest - CDK? Po czym po chwili film orientuje się, że cos jest nie tak i z powrotem nadal mamy muzyczne kawałki i tak do końca. Na pewno piosenki wpadają w ucho, to trza przyznać i wtedy przed telewizorami młodzi robili do nich wygibasy. Zresztą tu jest subtelny komentarz społeczny i zbijanie się z boomerów, bo potem Kobiela ma czesto minę "już nie czaję tej młodzieży i za moich czasów było lepiej". Coś w tym jest :). Ze wszystkich tu wokalistów to rozpoznałem Rodowicz. Ale wtedy ona była młoda.
7/10
BTW Po świętach mój maraton grudniowo-bożonarodzeniowo-sylwestrowy trwa. I tym razem na resztę coś polskiego.
29. Noc w przedszkolu - mogłaby powstać z tego sztuka teatralna, bo to kameralne i w jednej lokacji. Napisy początkowe zwiastują jakiś horror - płonący miś, powieszony zajączek - to obrazki z jakiejś kampanii społecznej przeciw przemocy wobec dzieci. W sumie takie zebrania rodziców i kim tacy rodzice się okazują potrafią być straszne.
Nie cierpię frazy "dzieci są okrutne", bo to dla mnie wymówka i rozmywanie odpowiedzialności dorosłych, którzy przenoszą złe wzorce na swe pociechy. A film pokazuje, że to rodzice potrafią być sukinsynami i dzieci małpują ich zachowanie. Bądź są trochę pipkami bez kręgosłupów czy pod presją (jak postać Zamachowskiego, który od początku jest serdeczny dla głównego bohatera). I często to dorośli dopatrują się niefajnych sytuacji, jak np. gdy Eryk rozmawia z główną złą, to innym głodnym chleb na myśli. I dyrektorka przedszkola ma wszystko w dupie (pewnie ta, co mówi "on cie lubi") i okazuje się być jeszcze gorsza od przewodniczącej rady rodziców. I w praktyce główny bohater będący lekkoduchem okazuje się najbardziej ogarniętym i odpowiedzialnym z opiekunów (m.in. uważa za słabe śmianie się z przedszkolaka i wprost krytykuje fakt, że dziecko rysuje penisy).
Czasami potrafi zaskoczyć. Mylnie zakładałem, że Kazimierz będzie tym złym, a okazuje się jednym z normalniejszych rodziców. Człowiek po zebraniu nt. Tytusa myśli, że może pretensje rodziców wobec niego są uzasadnione, a potem wychodzi z tego kolejny twist rzucający światło na wszystko i jak zwykle winni są dorośli. W ogóle aktor grający Eryka znakomicie i subtelnie zagrał, gdy poznał główny twist. I scenariuszowo wypada wiarygodna droga z mentalnego dzieciucha do odpowiedzialnego rodzica, który stanie w obronie swego pasierba. Ogólnie aktorsko wypada całkiem dobrze.
Moim zdaniem niepotrzebny wątek z rakiem głównej złej. Wiem chcieli dać niejednoznaczności, ale to nie pasuje ponieważ od początku swymi akcjami pokazuje jaką jest suką. A wystarczył fakt, że jest samotną matką i stąd jej zachowanie (i późniejszy redemption arc).
Jak dla mnie spokojnie można zobaczyć - w końcu jakiś polski film zmuszający do refleksji, a przy tym nie jest festiwalowym syfem o zerowym riserczu.
7,5/10
PS. Niby Netflix, a na zachodzie dostaliby piany – aryjski blondyn będący wierzącym katolikiem to ten dobry, a jakiegoś arabusa o imieniu Hamza gra jednak rodowity Polak (przynajmniej dobrze dobrali fizys - sam myślałem, że to potomek imigrantów).
30. Szczęśliwego Nowego Jorku - jak mniemam, w 1997 roku dynamiczne ujęcie z samolotu na NYC w polskim kinie robił wielkie wrażenie na ówczesnych Cebulakach. I wtedy Ameryka była idealnym wabikiem dla imigrantów i jeszcze nie była obrazem nędzy i rozpaczy jak dzisiaj np. San Francisco.
Nic szczególnego. Jest tu różny przekrój imigracji i ich punktów widzenia - były komuch stwierdza, że największym oszustwem komunizmu było danie nadziei zachodu jako El Dorado i rozczarowany chce wrócić do kraju. Zamachowski (który ze wszystkich jest najsympatyczniejszy. Jako trochę nadgorliwy, ale sympatyczny katol mający dobre intencje) i Pazura próbują się łudzić, że odniosą sukces w Ameryce. Czy Linda, który załapał amerykańskiego stylu życia, ale poczuwa się jako ten lepszy. Linda okazuje się tym złym, który dyma resztę.
Aktorzy jadą na autopilocie i swoich ówczesnych wizerunkach. Jednak nie widziałem w nich postaci, a po prostu polskie gwiazdy robiące swój shtick. Tutaj Syn Daniela Olbrychskiego grać nie potrafi i trafił chyba tylko za znajomościami ojca.
Technicznie jakoś też nie jest imponująco, choć co jakiś czas są teledyskowe montaże do Vivy. Nawet gdyby dostałby cyfrową rekonstrukcję. I pierwsza próba podlizania się anglojęzycznym rynkom (na które pewnie nie trafił), bo są dwujęzyczne napisy początkowe i końcowe. A końcowe creditsy wykazują się niekonsekwencją, gdyż przy liście aktorów połowa nazw jest po polsku, a druga po angielsku. Za plus końcowa piosenka IRA.
5/10
31. Kulig (1968) - kultową piosenkę Skaldów znam i wiem z jakiego filmu pochodzi. Ale nigdy nie było okazji do ujrzenia go. Rok temu planowałem ujrzeć w okresie przed sylwestrem, ale wypadło mi z pamięci. Fabuły tu zero - jest sobie Bogumił Kobiela w cosplayu Wilhelma II (bez kitu, koleś wygląda jakby wyrwał się z lat początku XX w.), któremu zepsuł się samochód w Tatrach i musi prosić o pomoc ówczesne gwiazdy muzyki jadące w tytułowym kuligu, a i tak to pretekst do puszczania popowych piosenek, które następują jedna po drugiej - bez przerwy. I jak w końcu przemawia Kobiela z dialogiem to jest - CDK? Po czym po chwili film orientuje się, że cos jest nie tak i z powrotem nadal mamy muzyczne kawałki i tak do końca. Na pewno piosenki wpadają w ucho, to trza przyznać i wtedy przed telewizorami młodzi robili do nich wygibasy. Zresztą tu jest subtelny komentarz społeczny i zbijanie się z boomerów, bo potem Kobiela ma czesto minę "już nie czaję tej młodzieży i za moich czasów było lepiej". Coś w tym jest :). Ze wszystkich tu wokalistów to rozpoznałem Rodowicz. Ale wtedy ona była młoda.
7/10
31-12-2023, 16:54 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-12-2023, 16:55 przez OGPUEE.)





