Mama i tata ratują świat (1991)
Pewne małżeństwo zostaje porwane z Ziemi przez nikczemnego uzurpatora z innej planety, który chce zmusić Ziemiankę do ślubu.
Oglądałem to raz w telewizji, jak miałem 10 czy 11 lat. Zapamiętałem jako naprawdę zabawną rzecz. Po prawie trzydziestu latach wyszukałem sobie w necie, żeby sprawdzić, jakie teraz będą moje wrażenia. I cóż... okazuje się, że film jednak raczej słaby, choć z przebłyskami.
Do połowy to raczej nędza, a humor polega głównie na błaznowaniu Johna Lovitza, który gra owego uzurpatora. Fabuła jest prosta, w sumie przypomina "Diunę", bo jest pustynna planeta, główny bohater z pałacu ucieka przed kosmicznym uzurpatorem na pustynię, tam spotyka plemię tubylców, staje na czele rebeliantów i rusza z nimi na pałac. Różnica jest taka, że tutaj jest to planeta idiotów. Co samo w sobie jest pomysłem dość prostym, ale niekoniecznie złym. Proste pomysły mogą stanowić podstawę dobrego humoru. Ja się jak najbardziej lubię pośmiać z tego, że ktoś jest głupi - nie będę ukrywał. Ale tutaj odmalowanie społeczeństwa idiotów wychodzi jakoś tak na pół gwizdka. "Idiokracja" to to nie jest. Można było z tego wyciągnąć na pewno dużo więcej, niż się tu udało.
W połowie filmu akcja przenosi się poza pałac i pojawiają się rebelianci. Wtedy poziom się poprawia, film dostaje wreszcie jakiejś energii i zaczyna dostarczać zabawniejszych żartów, związanych z głupotą mieszkańców planety.
Jest tu jakby starcie dwóch elementów. Jeden to komedia oparta na dziecinnej błazenadzie Johna Lovitza, który czasem bawi, ale najczęściej jest nieśmieszny, a w większych dawkach staje się po prostu męczący. W dodatku te jego sceny często nic nie wnoszą do fabuły - wiele z nich jest tu tylko po to, żeby Lovitz mógł się powygłupiać.
Drugi element to wątek rebeliantów, no i to jest dużo lepsze - wszystkie sceny z nimi są jakby żywcem wyjęte z twórczości Mela Brooksa (najlepszy jest żart z granatem świetlnym - on najbardziej utkwił mi w pamięci z seansu w dzieciństwie). Problemem są proporcje - jest tu zdecydowanie za dużo Lovitza, a za mało rebeliantów. Jak już pisałem, pojawiają się dopiero w połowie, a nawet i wtedy ich wątek jest przeplatany scenami z pałacu, w których Lovitz po staremu robi z siebie durnia.
Gdyby cały film trzymał poziom scen z rebeliantami, to bym naprawdę polecał. Ale w takiej formie, w jakiej powstał, jest tu jednak za mało dobra jak na półtoragodzinny seans. Mimo wszystko wciąż mam do niego sympatię, głównie pewnie przez sentyment. No ale kilka razy rzeczywiście mnie rozbawił, a mimo, że powstał w latach 90-tych, jego estetyka i styl wydają się żywcem wyciągnięte z 80-tych, co też ma swój urok.
[Na marginesie dodam, że w wersji, jaką oglądałem na CDA brakuje jednej sceny, konkretnie tej, w której Kathy Ireland dostawia się do głównego bohatera, bo obiło jej się o uszy, że ziemscy mężczyźni to demony seksu (potrafią się kochać trzy, cztery, a czasem nawet pięć razy w miesiącu!). Pamiętałem, że jak leciało w TV, to była taka scena (mimo, że film widziałem tylko raz i to prawie 30 lat temu), no i rzeczywiście, znalazłem ją na Youtubie. Więc okazało się, że sobie tego nie wymyśliłem.]
Pewne małżeństwo zostaje porwane z Ziemi przez nikczemnego uzurpatora z innej planety, który chce zmusić Ziemiankę do ślubu.
Oglądałem to raz w telewizji, jak miałem 10 czy 11 lat. Zapamiętałem jako naprawdę zabawną rzecz. Po prawie trzydziestu latach wyszukałem sobie w necie, żeby sprawdzić, jakie teraz będą moje wrażenia. I cóż... okazuje się, że film jednak raczej słaby, choć z przebłyskami.
Do połowy to raczej nędza, a humor polega głównie na błaznowaniu Johna Lovitza, który gra owego uzurpatora. Fabuła jest prosta, w sumie przypomina "Diunę", bo jest pustynna planeta, główny bohater z pałacu ucieka przed kosmicznym uzurpatorem na pustynię, tam spotyka plemię tubylców, staje na czele rebeliantów i rusza z nimi na pałac. Różnica jest taka, że tutaj jest to planeta idiotów. Co samo w sobie jest pomysłem dość prostym, ale niekoniecznie złym. Proste pomysły mogą stanowić podstawę dobrego humoru. Ja się jak najbardziej lubię pośmiać z tego, że ktoś jest głupi - nie będę ukrywał. Ale tutaj odmalowanie społeczeństwa idiotów wychodzi jakoś tak na pół gwizdka. "Idiokracja" to to nie jest. Można było z tego wyciągnąć na pewno dużo więcej, niż się tu udało.
W połowie filmu akcja przenosi się poza pałac i pojawiają się rebelianci. Wtedy poziom się poprawia, film dostaje wreszcie jakiejś energii i zaczyna dostarczać zabawniejszych żartów, związanych z głupotą mieszkańców planety.
Jest tu jakby starcie dwóch elementów. Jeden to komedia oparta na dziecinnej błazenadzie Johna Lovitza, który czasem bawi, ale najczęściej jest nieśmieszny, a w większych dawkach staje się po prostu męczący. W dodatku te jego sceny często nic nie wnoszą do fabuły - wiele z nich jest tu tylko po to, żeby Lovitz mógł się powygłupiać.
Drugi element to wątek rebeliantów, no i to jest dużo lepsze - wszystkie sceny z nimi są jakby żywcem wyjęte z twórczości Mela Brooksa (najlepszy jest żart z granatem świetlnym - on najbardziej utkwił mi w pamięci z seansu w dzieciństwie). Problemem są proporcje - jest tu zdecydowanie za dużo Lovitza, a za mało rebeliantów. Jak już pisałem, pojawiają się dopiero w połowie, a nawet i wtedy ich wątek jest przeplatany scenami z pałacu, w których Lovitz po staremu robi z siebie durnia.
Gdyby cały film trzymał poziom scen z rebeliantami, to bym naprawdę polecał. Ale w takiej formie, w jakiej powstał, jest tu jednak za mało dobra jak na półtoragodzinny seans. Mimo wszystko wciąż mam do niego sympatię, głównie pewnie przez sentyment. No ale kilka razy rzeczywiście mnie rozbawił, a mimo, że powstał w latach 90-tych, jego estetyka i styl wydają się żywcem wyciągnięte z 80-tych, co też ma swój urok.
[Na marginesie dodam, że w wersji, jaką oglądałem na CDA brakuje jednej sceny, konkretnie tej, w której Kathy Ireland dostawia się do głównego bohatera, bo obiło jej się o uszy, że ziemscy mężczyźni to demony seksu (potrafią się kochać trzy, cztery, a czasem nawet pięć razy w miesiącu!). Pamiętałem, że jak leciało w TV, to była taka scena (mimo, że film widziałem tylko raz i to prawie 30 lat temu), no i rzeczywiście, znalazłem ją na Youtubie. Więc okazało się, że sobie tego nie wymyśliłem.]
07-02-2024, 14:25 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-02-2024, 14:33 przez al_jarid.)





