Land of Bad - grupa Delta Force rusza w tajną misję na Filipiny. Podczas eskapady dochodzi do fuckupu i najmłodszy stażem członek ekipy, którego specjalizacją jest komunikacja z pilotami dronów, musi uciekać do punktu ewakuacji. Pomaga mu z nieba (a raczej z bazy w Las Vegas) doświadczony ex-pilot w postaci grubego Russela Crowe'a.
Bardzo spoko akcyjniak, idealny na weekend/popołudnie/gównianą pogodę. To właściwie film w starym stylu, będący nowoczesną wersją klasyków pokroju Zaginionego w akcji. Nie ma też żadnych woke-naleciałości, aby spełnić oczekiwania korporacji szukających zysków z Excela. A nawet te lewackie współczesne zagrywki wyśmiewa (nie polecam seansu weganom). Kobiety pełnią drugoplanową lub czwartoplanową role.
A jedna nawet
Tak wiec pod tym kątem jest spoko. Na pierwszej linii znajdują się wyłącznie mężczyźni, w dialogach lecą bluzgi, krwi jest wystarczająco tyle, że R'ka za całokształt wpada chyba po kwadransie, a scenariusz - jak na tego typu kino - stara się jak najlepiej wykorzystać niski budżet oraz dość jednorodne środowisko. Dlatego 3 akt wygląda trochę jak doklejony na siłę, ale z drugiej strony zawiera cudowny motyw z wanną <3. Ostatecznie zabrakło jednak jakiejś iskry geniuszu i miejscami większego realizmu (końcówka z Russelem), choć ciężko mi jednak nie docenić całości. Brakuje mi takich produkcji jak tlenu.
7/10
Bardzo spoko akcyjniak, idealny na weekend/popołudnie/gównianą pogodę. To właściwie film w starym stylu, będący nowoczesną wersją klasyków pokroju Zaginionego w akcji. Nie ma też żadnych woke-naleciałości, aby spełnić oczekiwania korporacji szukających zysków z Excela. A nawet te lewackie współczesne zagrywki wyśmiewa (nie polecam seansu weganom). Kobiety pełnią drugoplanową lub czwartoplanową role.
A jedna nawet
Tak wiec pod tym kątem jest spoko. Na pierwszej linii znajdują się wyłącznie mężczyźni, w dialogach lecą bluzgi, krwi jest wystarczająco tyle, że R'ka za całokształt wpada chyba po kwadransie, a scenariusz - jak na tego typu kino - stara się jak najlepiej wykorzystać niski budżet oraz dość jednorodne środowisko. Dlatego 3 akt wygląda trochę jak doklejony na siłę, ale z drugiej strony zawiera cudowny motyw z wanną <3. Ostatecznie zabrakło jednak jakiejś iskry geniuszu i miejscami większego realizmu (końcówka z Russelem), choć ciężko mi jednak nie docenić całości. Brakuje mi takich produkcji jak tlenu.
7/10
Oświadczenie: The Wire jest najlepszym serialem jaki widziałem. Six Feet Under jest na drugim miejscu.
18-02-2024, 14:45 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18-02-2024, 14:49 przez Snappik.)
Spoiler




