Pomarudźmy.
The Zone of Interest sprawdziłby się wybornie w formie krótkiego metrażu. Kapitalne udźwiękowienie i zdjęcia Żala tworzą sugestywny obraz, fresk rodem z sennego koszmaru, atakujący podskórną grozą i ściskający za gardło... jakieś 10 minut. Przez większość czasu postacie snują się po ekranie, wykonują proste czynności, gawędzą o przyziemnych kwestiach, słowem: nuda. Rozumiem zamysł, doceniam sposób uchwycenia tematyki z tej strony obozowego ogrodzenia, natomiast nie dostrzegam potencjału fabularnego. Domykając motyw obrazu - samo ujęcie dymiącego komina na tle posiadłości i ogrodu Hossów wyraża więcej, niż tysiąc słów. Po co wpychać go w ramy prawie dwugodzinnego filmu? No, szanuję za technikalia i podejście, po czym ziewam i wzruszam ramionami. Może w inny dzień oceniłbym łaskawiej, bo generalnie lubię snuje. 4/10.
The Florida Project
Nie wiem, co chciał powiedzieć Baker. Nie dostrzegłem żadnego komentarza, analizy, odautorskiej pieczęci. Ot, "kawałek z zycia" amerykańskiej patoli żyjącej zaraz za progiem raju. Świetnie to zagrane, ładnie pokazane, czuć naturalność świata i postaci (największa zaleta), więc niby wszystko na swoim miejscu, ale wredny Norton i tak będzie narzekał. Staram się nie oceniać filmów przez pryzmat zachowań bohaterów, niemniej czasem nie przychodzi mi to łatwo. Młoda mamuśka skupia w sobie mnóstwo cech, których nie cierpię w gatunku ludzkim. Co chwila mnie wkurzała, ergo: w wymiarze emocjonalnym film po mnie spłynął. To prosta historia, prości bohaterowie i oczywiste okoliczności; w takich wypadkach niezbędna jest najcieńsza chociażby nić łącząca widza z postaciami na ekranie. Pod tym względem Baker kompletnie mnie zawiódł. Mamcia okropna, córka niby bywa spoko, ale widzę w niej zalążki zjebania rodzicielki, więc no... niech ginie. Może i brakło mi empatii. 4/10.
Cleo from 5 to 7
Kooooorva mać, to są dopiero nudy. Uwaga, zdradzam fabułę filmu (opis z FW): "Pełna zmartwień piosenkarka Cléo przemierza ulice Paryża, oczekując wyników biopsji". Nie, nikomu nie zepsułem ewentualnego seansu, ponieważ powyższe zdanie streszcza całość. Gdyby chociaż uraczono nas czymś więcej. Nie wiem, jakieś dobre dialogi? Interesujące sceny? Zapadające w pamięć epizody aktorskie? Łe, na co to komu, wystarczy baba snująca się po mieście i pierdoląca do siebie jakieś kocopoły. Co jakiś czas damy jej partnera do pierdolenia kocopołów w duecie. Z "artystowskiego" kina europejskiego czasów powojennych najbardziej irytuje mnie chyba właśnie odmiana francuska. Multum pierdzenia i wciągania nosem, minimum treści. Po obejrzeniu wystawiłem od niechcenia 4/10. Byłem zbyt szczody.
Kiepska seria. Ostatni naprawdę dobry film, jaki widziałem (początek miesiąca) to Plague Dogs Rosena. Polecam, chyba nawet jeszcze mocniejszy, niż świetne Wzgórze Królików.
The Zone of Interest sprawdziłby się wybornie w formie krótkiego metrażu. Kapitalne udźwiękowienie i zdjęcia Żala tworzą sugestywny obraz, fresk rodem z sennego koszmaru, atakujący podskórną grozą i ściskający za gardło... jakieś 10 minut. Przez większość czasu postacie snują się po ekranie, wykonują proste czynności, gawędzą o przyziemnych kwestiach, słowem: nuda. Rozumiem zamysł, doceniam sposób uchwycenia tematyki z tej strony obozowego ogrodzenia, natomiast nie dostrzegam potencjału fabularnego. Domykając motyw obrazu - samo ujęcie dymiącego komina na tle posiadłości i ogrodu Hossów wyraża więcej, niż tysiąc słów. Po co wpychać go w ramy prawie dwugodzinnego filmu? No, szanuję za technikalia i podejście, po czym ziewam i wzruszam ramionami. Może w inny dzień oceniłbym łaskawiej, bo generalnie lubię snuje. 4/10.
The Florida Project
Nie wiem, co chciał powiedzieć Baker. Nie dostrzegłem żadnego komentarza, analizy, odautorskiej pieczęci. Ot, "kawałek z zycia" amerykańskiej patoli żyjącej zaraz za progiem raju. Świetnie to zagrane, ładnie pokazane, czuć naturalność świata i postaci (największa zaleta), więc niby wszystko na swoim miejscu, ale wredny Norton i tak będzie narzekał. Staram się nie oceniać filmów przez pryzmat zachowań bohaterów, niemniej czasem nie przychodzi mi to łatwo. Młoda mamuśka skupia w sobie mnóstwo cech, których nie cierpię w gatunku ludzkim. Co chwila mnie wkurzała, ergo: w wymiarze emocjonalnym film po mnie spłynął. To prosta historia, prości bohaterowie i oczywiste okoliczności; w takich wypadkach niezbędna jest najcieńsza chociażby nić łącząca widza z postaciami na ekranie. Pod tym względem Baker kompletnie mnie zawiódł. Mamcia okropna, córka niby bywa spoko, ale widzę w niej zalążki zjebania rodzicielki, więc no... niech ginie. Może i brakło mi empatii. 4/10.
Cleo from 5 to 7
Kooooorva mać, to są dopiero nudy. Uwaga, zdradzam fabułę filmu (opis z FW): "Pełna zmartwień piosenkarka Cléo przemierza ulice Paryża, oczekując wyników biopsji". Nie, nikomu nie zepsułem ewentualnego seansu, ponieważ powyższe zdanie streszcza całość. Gdyby chociaż uraczono nas czymś więcej. Nie wiem, jakieś dobre dialogi? Interesujące sceny? Zapadające w pamięć epizody aktorskie? Łe, na co to komu, wystarczy baba snująca się po mieście i pierdoląca do siebie jakieś kocopoły. Co jakiś czas damy jej partnera do pierdolenia kocopołów w duecie. Z "artystowskiego" kina europejskiego czasów powojennych najbardziej irytuje mnie chyba właśnie odmiana francuska. Multum pierdzenia i wciągania nosem, minimum treści. Po obejrzeniu wystawiłem od niechcenia 4/10. Byłem zbyt szczody.
Kiepska seria. Ostatni naprawdę dobry film, jaki widziałem (początek miesiąca) to Plague Dogs Rosena. Polecam, chyba nawet jeszcze mocniejszy, niż świetne Wzgórze Królików.
26-02-2024, 17:14





