Obejrzałem. Ogólnikowe spoilery.
Postacie ludzkie i wszystko, co z nimi związane było nudne i okropne, nawet Dan Stevens nie został wykorzystany, z pustego to i król Salami nie naleje, głuchoniema przyjaciółka Konga to kompletne drewno, Rebecca Hall przechodzi okres Charlize Theron z szybkich i wściekłych i w których włosach wygląda niekorzystnie, głośny murzyn doing głośny murzyn i to tyle.
Kong jest fajny, ekspresyjny, nawet wielowymiarowy, gdy film skupia się na potworach i ich "rozmowach", bez dialogów, muzyki, to jest fajne, bo widz skupia się na każdym geście, grymasie, ale to nie trwa długo. Godzilla gra oczywiście trzecie skrzypce, bo nawet nie drugie, fakt, że jego imię znajduje się jako pierwsze w tytule to misslead kompletny. Godzilla w tym filmie to bezmyślna bestia, która nie patrzy na collateral damage, tylko rozwala wszystko, co może po drodze co jest oczywiście zaprzeczeniem tego kim był w pierwszych dwóch filmach, zanim Wingard wziął się za serię i zdecydował, że Godzilla powinna zachowywać się jak wrestler (dosłownie, no kidding). W poprzednim filmie Godzilla unika Konga, daje mu szanse, by odpuścił, w tym z kolei jest na odwrót i gdzie w tym sens?
Jeśli ludzie narzekali na Godzillę Edwardsa i Skull Island, to tutaj mamy kompletne dno, brak struktury, wizja i styl Wigarda wyglądają jak popłuczyny po popłuczynach (Godzilla vs Kong) i jedyne co wybija się to puszczone w pewnym momencie ni stąd ni zowąd utwór Kiss "I was made for loving you baby" gdy Kongowi zakładają rękawice.
Krótko mówiąc, potwory fajne, gdy film skupia się na nich, to jest dobrze, ale tylko w scenach pozbawionych akcji, bo ta z kolei jest wyjątkowo bezbarwna i nijaka, sraka CGI.
Postacie ludzkie i wszystko, co z nimi związane było nudne i okropne, nawet Dan Stevens nie został wykorzystany, z pustego to i król Salami nie naleje, głuchoniema przyjaciółka Konga to kompletne drewno, Rebecca Hall przechodzi okres Charlize Theron z szybkich i wściekłych i w których włosach wygląda niekorzystnie, głośny murzyn doing głośny murzyn i to tyle.
Kong jest fajny, ekspresyjny, nawet wielowymiarowy, gdy film skupia się na potworach i ich "rozmowach", bez dialogów, muzyki, to jest fajne, bo widz skupia się na każdym geście, grymasie, ale to nie trwa długo. Godzilla gra oczywiście trzecie skrzypce, bo nawet nie drugie, fakt, że jego imię znajduje się jako pierwsze w tytule to misslead kompletny. Godzilla w tym filmie to bezmyślna bestia, która nie patrzy na collateral damage, tylko rozwala wszystko, co może po drodze co jest oczywiście zaprzeczeniem tego kim był w pierwszych dwóch filmach, zanim Wingard wziął się za serię i zdecydował, że Godzilla powinna zachowywać się jak wrestler (dosłownie, no kidding). W poprzednim filmie Godzilla unika Konga, daje mu szanse, by odpuścił, w tym z kolei jest na odwrót i gdzie w tym sens?
Jeśli ludzie narzekali na Godzillę Edwardsa i Skull Island, to tutaj mamy kompletne dno, brak struktury, wizja i styl Wigarda wyglądają jak popłuczyny po popłuczynach (Godzilla vs Kong) i jedyne co wybija się to puszczone w pewnym momencie ni stąd ni zowąd utwór Kiss "I was made for loving you baby" gdy Kongowi zakładają rękawice.
Krótko mówiąc, potwory fajne, gdy film skupia się na nich, to jest dobrze, ale tylko w scenach pozbawionych akcji, bo ta z kolei jest wyjątkowo bezbarwna i nijaka, sraka CGI.
que sera sera
Leżę i robię pod siebie
Oozy nine millameedah.
Leżę i robię pod siebie
Oozy nine millameedah.
29-03-2024, 20:44 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29-03-2024, 21:01 przez marsgrey21.)





