La Bamba (1987) - Klasyk ery vhs, który obejrzałem niezliczoną ilość razy, gdy byłem dzieciorem. Włączyłem ostatnio po ponad 20 latach. Świetny film. Zagrało tam wszystko. Klimat lat 50. oddany idealnie. Muzyka Valensa po prostu kapitalna. Zaskoczyło mnie, bo byłem przekonany że Lou Diamond Phillips sam śpiewał wszystkie kawałki. Ponoć w castingu pokonał kilkaset innych kandydatów, więc naturalne dla mnie było, że gość został wybrany w dużej mierze dlatego, że umie śpiewać. Ale nie. Nie miał żadnego backgroundu muzycznego, a głos który słyszymy w filmie, należy do muzyka Davida Hidalgo.
Aktorsko film skradł Esai Morales w roli starszego brata Valensa. Dzika dusza z problemami i niskim poczuciem własnej wartości, ukrytym za skórzaną kurtką, motocyklem i udawaną pewnością siebie. Zresztą wszyscy aktorzy spisali się na medal. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to kompletnie mnie nie przekonał wątek Donna - Ritchie. Nie czułem chemii między nimi. Zresztą wyglądało jakby ich wątek był dziwnie pocięty. W jednej scenie Ritchie ma pretensje, że Donna umawia się z innymi kolesiami, de facto z nią zrywa. Chwilę później widzimy jak śpiewa dla niej piosenkę w budce telefonicznej, aby za chwilę pojechać z bratem do Tijuany na dziwki:)
Jest w tej historii coś bardzo smutnego. Mimo, że widziałem ten film kilkanaście razy, to po odświeżeniu go sobie, siedział mi w głowie kilka dni. Na youtube obejrzałem wszystko, co dotyczy Ritchiego. Jego kawałki, występy. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie katastrofa, chłopak byłby dziś absolutną legendą rocka, na równi z Elvisem. Zobaczcie sobie poniższy film. On ma tam 17 lat, a głos dojrzałego muzyka. W ogóle nie wiem czym karmili tych nastolatków w latach 50. ale on wyglądał na chłopa dobijającego do 40:)
Miałem w głowie ocenę 8/10, ale ostatecznie dam oczko wyżej, bo czuję ogromną nostalgię do tej produkcji.
Aktorsko film skradł Esai Morales w roli starszego brata Valensa. Dzika dusza z problemami i niskim poczuciem własnej wartości, ukrytym za skórzaną kurtką, motocyklem i udawaną pewnością siebie. Zresztą wszyscy aktorzy spisali się na medal. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to kompletnie mnie nie przekonał wątek Donna - Ritchie. Nie czułem chemii między nimi. Zresztą wyglądało jakby ich wątek był dziwnie pocięty. W jednej scenie Ritchie ma pretensje, że Donna umawia się z innymi kolesiami, de facto z nią zrywa. Chwilę później widzimy jak śpiewa dla niej piosenkę w budce telefonicznej, aby za chwilę pojechać z bratem do Tijuany na dziwki:)
Jest w tej historii coś bardzo smutnego. Mimo, że widziałem ten film kilkanaście razy, to po odświeżeniu go sobie, siedział mi w głowie kilka dni. Na youtube obejrzałem wszystko, co dotyczy Ritchiego. Jego kawałki, występy. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby nie katastrofa, chłopak byłby dziś absolutną legendą rocka, na równi z Elvisem. Zobaczcie sobie poniższy film. On ma tam 17 lat, a głos dojrzałego muzyka. W ogóle nie wiem czym karmili tych nastolatków w latach 50. ale on wyglądał na chłopa dobijającego do 40:)
Miałem w głowie ocenę 8/10, ale ostatecznie dam oczko wyżej, bo czuję ogromną nostalgię do tej produkcji.
05-04-2024, 13:39 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 05-04-2024, 13:41 przez ugh.)





