Emperor of the North - czytając ciekawostki nt. Godzilla i Kong: Nowego Imperium dowiedziałem, że Skar King był inspirowany bad guyem z tego filmu, więc zdecydowałem się obejrzeć.
Pokazuje, że za słowami muszą stać czyny. Cigaret to ta rycząca krowa mało daje mleka - wielokrotnie się przechwala jakim nie jest kozakiem, a zawsze wychodzi na durnia. Z kolei Shack mając kuśtykającego Cigareta na widelcu też przechwala, czego mu nie zrobi zamiast przejść do konkretów (przez co A-No.-1 miał czas wejście na dach i zaatakować Shacka). Kolejnym przesłaniem jest posiadanie serca i jakiegoś honoru. Pracownicy kolejowi kibicują włóczęgom i też nie znoszą Shacka (bo są ludzcy i rozumieją, że Wielki Kryzys nikogo nie oszczędza), a choć życie bywa okrutne i przede wszystkim trzeba liczyć na siebie, to A-No.-1 ma ludzkie odruchy i nie przekracza pewnych granic. To jeden nielicznych filmów, gdzie Lee Marvin jako kultowy bezdomny dość pamiętny. Partnerujący mu Carradine odpowiednio irytujący i cwaniacki. Ale show kradnie Ernest Borgnine, który jak w Konwoju znowu wciela się w postać urwaną się z kreskówki Texa Avery'ego albo Friza Frelenga. Ogólnie Borgnine na stare lata nadawałby się na rolę Czarnego Piotrusia z Disneya. Jednak w przeciwieństwie do Konwoju grany przez niego Shack to ewidentny potwór wprost upajający się swą przewagą i gardzący każdym, który jest niżej od niego. Spokojnie sprawdziłby się jako kanar. Stąd cieszy się ma gęba, gdy dostaje po dupie. Ale bardziej satysfakcjonujące było .
Chwali się determinację Hollywoodu, że kręcili to w plenerze i jechali tym pociągiem (a jak jakieś sceny powstały w studiu, to też chwała, bo na takie nie wyglądają). Końcowy pojedynek pamiętny i wiadomo czemu Wingard przerobił to na walkę między wielkimi kaiju. Jednocześnie czegoś tu mi brakuje. Ale i tak lepiej mi się nadrabia takie wiedząc, że BANAŁ "takich filmów już się nie robi".
7/10
Straw Dogs - kolejny Sam Peckinpah za mną. Co w fabule chodzi mniej więcej znałem. Spodziewałem, że będą karykaturalne chavy, a wioskowi wyglądają normalnie - takie typowe brytyjskie kasztany. Jak w Deliverance też na razie nic nie sugeruje złego. Miasteczko jest normalne, ot jakaś wiejska mieścina. Jeden pijaczyna to jednostkowy przypadek. Nawet główni antagoniści z początku odnoszą się życzliwie do Dustina Hoffmana i jego żony i nie licząc jakichś podśmiechujek z głupiego miastowego to jest spokojnie. Aż do pierwszego ataku.
Są słynne peckinpahowskie montaż i zwolnione tempo. Muzyka z kolei momentami wydawała jakaś niedopasowana. Też nie przesadza z ukazywaniem gwałtu, który jest niecodzienny. Najpierw Venner, jakby niechętnie bzyka Amy i sądziłem, że to będzie to. A potem pojawia się kolejna petarda gdy zjawia trzeci. Zaskoczyło mnie, że to Venner ze wszystkich okazuje się najbardziej pozytywny. Aniołkiem nie jest, fakt, ale żałuje napaści seksualnej, podczas finałowego ataku wykazuje najwięcej rozsądku. Nawet jest sympatyczniejszy od Heddena, który w finale akurat miał legitny powód, by być agresorem.
Co wybija to finał. Trzymający w napięciu, pełen konkretnej przemocy i charyzmatycznego protagonisty odpierającego atak złoli. Sądziłem, że Hoffman znowu będzie grać cichego słabiaka i jedynie będzie stać go na ciskanie grejfrutami w kocura. Cóż, wciąż większym mięczakiem był w Maratończyku. David po prostu stara się być dyplomatyczny i powściągliwy, a gdy przychodzi co do czego to on zachowuje zimną krew, a nie jego irytująca żona wiecznie wyzywająca go od tchórzy. Zaskakująco rosną mu jaja, gdy nie zamierza oddać Nilesa na lincz (mimo że miałby spokój), uważając ze tym powinno się zająć prawo, a nie dziki tłum. I jak ma walczyć, to o swoje przekonania. I gdy jest po wszystkim, to się filuternie uśmiecha, zamiast być straumatyzowany przemocą.
Tak więc, warto więc ujrzeć ten prekursor Kevina samego w domu, a dla tych co chcą poznać twórczość Peckinpaha pozycja obowiązkowa.
8,5/10
PS. Ciekawe, że mimo grubego swetra wciąż widać suty Susan George.
Pokazuje, że za słowami muszą stać czyny. Cigaret to ta rycząca krowa mało daje mleka - wielokrotnie się przechwala jakim nie jest kozakiem, a zawsze wychodzi na durnia. Z kolei Shack mając kuśtykającego Cigareta na widelcu też przechwala, czego mu nie zrobi zamiast przejść do konkretów (przez co A-No.-1 miał czas wejście na dach i zaatakować Shacka). Kolejnym przesłaniem jest posiadanie serca i jakiegoś honoru. Pracownicy kolejowi kibicują włóczęgom i też nie znoszą Shacka (bo są ludzcy i rozumieją, że Wielki Kryzys nikogo nie oszczędza), a choć życie bywa okrutne i przede wszystkim trzeba liczyć na siebie, to A-No.-1 ma ludzkie odruchy i nie przekracza pewnych granic. To jeden nielicznych filmów, gdzie Lee Marvin jako kultowy bezdomny dość pamiętny. Partnerujący mu Carradine odpowiednio irytujący i cwaniacki. Ale show kradnie Ernest Borgnine, który jak w Konwoju znowu wciela się w postać urwaną się z kreskówki Texa Avery'ego albo Friza Frelenga. Ogólnie Borgnine na stare lata nadawałby się na rolę Czarnego Piotrusia z Disneya. Jednak w przeciwieństwie do Konwoju grany przez niego Shack to ewidentny potwór wprost upajający się swą przewagą i gardzący każdym, który jest niżej od niego. Spokojnie sprawdziłby się jako kanar. Stąd cieszy się ma gęba, gdy dostaje po dupie. Ale bardziej satysfakcjonujące było .
Chwali się determinację Hollywoodu, że kręcili to w plenerze i jechali tym pociągiem (a jak jakieś sceny powstały w studiu, to też chwała, bo na takie nie wyglądają). Końcowy pojedynek pamiętny i wiadomo czemu Wingard przerobił to na walkę między wielkimi kaiju. Jednocześnie czegoś tu mi brakuje. Ale i tak lepiej mi się nadrabia takie wiedząc, że BANAŁ "takich filmów już się nie robi".
7/10
Straw Dogs - kolejny Sam Peckinpah za mną. Co w fabule chodzi mniej więcej znałem. Spodziewałem, że będą karykaturalne chavy, a wioskowi wyglądają normalnie - takie typowe brytyjskie kasztany. Jak w Deliverance też na razie nic nie sugeruje złego. Miasteczko jest normalne, ot jakaś wiejska mieścina. Jeden pijaczyna to jednostkowy przypadek. Nawet główni antagoniści z początku odnoszą się życzliwie do Dustina Hoffmana i jego żony i nie licząc jakichś podśmiechujek z głupiego miastowego to jest spokojnie. Aż do pierwszego ataku.
Są słynne peckinpahowskie montaż i zwolnione tempo. Muzyka z kolei momentami wydawała jakaś niedopasowana. Też nie przesadza z ukazywaniem gwałtu, który jest niecodzienny. Najpierw Venner, jakby niechętnie bzyka Amy i sądziłem, że to będzie to. A potem pojawia się kolejna petarda gdy zjawia trzeci. Zaskoczyło mnie, że to Venner ze wszystkich okazuje się najbardziej pozytywny. Aniołkiem nie jest, fakt, ale żałuje napaści seksualnej, podczas finałowego ataku wykazuje najwięcej rozsądku. Nawet jest sympatyczniejszy od Heddena, który w finale akurat miał legitny powód, by być agresorem.
Co wybija to finał. Trzymający w napięciu, pełen konkretnej przemocy i charyzmatycznego protagonisty odpierającego atak złoli. Sądziłem, że Hoffman znowu będzie grać cichego słabiaka i jedynie będzie stać go na ciskanie grejfrutami w kocura. Cóż, wciąż większym mięczakiem był w Maratończyku. David po prostu stara się być dyplomatyczny i powściągliwy, a gdy przychodzi co do czego to on zachowuje zimną krew, a nie jego irytująca żona wiecznie wyzywająca go od tchórzy. Zaskakująco rosną mu jaja, gdy nie zamierza oddać Nilesa na lincz (mimo że miałby spokój), uważając ze tym powinno się zająć prawo, a nie dziki tłum. I jak ma walczyć, to o swoje przekonania. I gdy jest po wszystkim, to się filuternie uśmiecha, zamiast być straumatyzowany przemocą.
Tak więc, warto więc ujrzeć ten prekursor Kevina samego w domu, a dla tych co chcą poznać twórczość Peckinpaha pozycja obowiązkowa.
8,5/10
PS. Ciekawe, że mimo grubego swetra wciąż widać suty Susan George.
15-04-2024, 01:48 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-04-2024, 00:12 przez OGPUEE.)
Spoiler




