Jajo - jedyny polski monster movie w końcu udostępniony na jakimś normalnym serwisie, bo TVP woli archiwizować Barwy szczęścia (ciekawe czy dlatego, że jest scena uwalania kręgosłupa myszy i jej sekcji zwłok). No i świetnie, mam co omawiać na pyrkonowej prelekcji:
Szołajski zapatrzył się na japońskie kaiju królujące w kinach (dokładnie to na Gappę z 1967 r.) i uznał, że zrobimy to po swojemu. W sumie przez pierwsze 30 minut nie wskazuje na to, że będzie potwór. Ot, jakiś zaangażowany film o laborantce, która bawi się jakimś akceleratorem do powiększania jaj. Mało sajfajowe, bo pewnie okaże, że w tym czasie takie eksperymenty były głośne. I wynajmuje pokój u jakiegoś creepiastego ornitologa, który ma jakiś interes w pogrążeniu profesora u którego laborantka pracuje. M.in. podgląda profesorka w jego posępnej rezydencji. Potem się okazuje, ze profesorek ma żonę-nimfomankę. Więc ostatnie 15 minut może wziąć z zaskoczenia, jeśli się ogląda na czczo bez znajomości fabuły. Potwór to aktor w gumie, ale wiedzieli, że jednak Godzillą nie jest i wzbudzi śmiech, dlatego też trzymają go z ciemności i z daleka.
W sumie PRL mimo był bardziej odważny i nie bał się brać za różne gatunki, nawet jeśli środków nie było i efekt nie zawsze był zadowalający. Finałowy akt to jest coś, czego by się nie powstydził Cronenberg. Też nie przesadzają z czasem i nie rozwlekają, bo trwa 45 minut, więc można rzucić okiem jako ciekawostkę. I też nie pogardziłbym pełnometrażowym remake'iem.
6/10
PS. Portierka zrzędzi na laborantkę, ze tyle siedzi w tych chemikaliach i szkoda zdrowia, bo potem urodzi się chore dzieci, po czym chwili wręcza jej papierosa mówiąc "Na zdrowie" :).
Szołajski zapatrzył się na japońskie kaiju królujące w kinach (dokładnie to na Gappę z 1967 r.) i uznał, że zrobimy to po swojemu. W sumie przez pierwsze 30 minut nie wskazuje na to, że będzie potwór. Ot, jakiś zaangażowany film o laborantce, która bawi się jakimś akceleratorem do powiększania jaj. Mało sajfajowe, bo pewnie okaże, że w tym czasie takie eksperymenty były głośne. I wynajmuje pokój u jakiegoś creepiastego ornitologa, który ma jakiś interes w pogrążeniu profesora u którego laborantka pracuje. M.in. podgląda profesorka w jego posępnej rezydencji. Potem się okazuje, ze profesorek ma żonę-nimfomankę. Więc ostatnie 15 minut może wziąć z zaskoczenia, jeśli się ogląda na czczo bez znajomości fabuły. Potwór to aktor w gumie, ale wiedzieli, że jednak Godzillą nie jest i wzbudzi śmiech, dlatego też trzymają go z ciemności i z daleka.
W sumie PRL mimo był bardziej odważny i nie bał się brać za różne gatunki, nawet jeśli środków nie było i efekt nie zawsze był zadowalający. Finałowy akt to jest coś, czego by się nie powstydził Cronenberg. Też nie przesadzają z czasem i nie rozwlekają, bo trwa 45 minut, więc można rzucić okiem jako ciekawostkę. I też nie pogardziłbym pełnometrażowym remake'iem.
6/10
PS. Portierka zrzędzi na laborantkę, ze tyle siedzi w tych chemikaliach i szkoda zdrowia, bo potem urodzi się chore dzieci, po czym chwili wręcza jej papierosa mówiąc "Na zdrowie" :).
12-05-2024, 19:07





