Bernard i Bianka - pamiętam w licku seans na Disney Channel i uderzył mnie dość poważny ton. Miał ten feel takiego dobrego oldschoolu. Nawet polski dubbing brzmiał na starszy niż w rzeczywistości. Teraz naszła powtóreczka w engliszu, bo chciałem się przekonać paru rzeczy.
Zdecydowanie zbyt mało doceniany. Mimo, że mamy zantropomorfizowane zwierzaki w odzieniach, które gadają na luzaku z ludźmi (dokładnie dziećmi) to faktycznie mamy do czynienia z dojrzałym filmem. Sam motyw muzyczny Meduzy brzmi z thrillera, a bad guye się nie patyczkują. Penny nie obawia się krokodyli w przeciwieństwie do Snoopsa i też nie trzęsie, gdy Meduza ma ją i Snoopsa na muszce. Dziś zrobiliby ją zbytnio rezolutną i albo zrobili, że sama jest w stanie wykiwać tych złych. Wątek dziewczynki-sieroty ukazany z wyczuciem i jak są momenty emocjonalne - to są zrobione dobrze. I mam wrażenie, że wiele rzeczy by teraz nie przeszło, bo "panie, pomyśl o dzieciaczkach i ich duszyczkach". Bianka (korzystająca ze swych wdzięków) wchodzi do siedziby RASu i połowa mężczyzn na nią się gapi. I gdy ona ma wybrać kogoś do pomocy, to połowa męskich agentów wyciąga łapska - nie muszę mówić, że bardziej niż na ratowaniu dziecka zależy im na spenetrowania mysiej dziury Bianki ;). Penny zmawia modlitwę. Meduza ma w swoim lombardzie plakietkę NRA, a środku na pierwszym jest kilka strzelb (zważywszy, że wówczas Nowy Jork był groźnym miastem to rozumiem :)). Aha, i umie się obsługiwać bronią, bo strzela do myszy jakimś obrzynem. A piżmak-redneck zawsze chodzi z jakąś gorzałą. I pierwsza reakcja to zdziwienie, czemu myszy nie wzięli ze sobą policjanta. W grocie jest szkielet pirata z szablą przebitą przez żebra.
Cruella była potworem? Cóż, Meduza może powiedzieć "potrzymaj mi bimber", bo tutaj jawnie znęca się nad małym dzieckiem i stosuje przemoc psychiczną. Dość przykro się robi jak Meduza wprost mówi Penny, że nikt jej nie zechce adoptować. Niby babsko odczuwa miłe odczucia wobec swych krokodyli, choć też wobec nic stosuje przemoc i ostatecznie te decydują, że lepiej ją zjeść - czyli widać jaka z niej właścicielka (albo po prostu nie każde zwierzęta nadaje się do trzymania jako pupil). Snoops to jest comic relief i beciak służący do pomiatania przez Meduzę, za to krokodyle są już groźne i stanowią zagrożenie dla tytułowych bohaterów, gdzie w innej animacji/dekadzie byłyby nośnikiem nieśmiesznego slapsticku i kretynami (tu ogarniają jak użyć organów do wykurzenia gryzoni).
Co ja pochwalę to główną parę, bo to dość odmienny związek. Para, która nie obrzuca się kąśliwymi uwagami jak to bywa w 99% animacjach. Panuje między nim dość przyjacielska relacja i na końcu filmu nie zakochują się czy coś w tym guście (w końcu znają jedynie kilka dni). Co pochwalą progresy, to Bianka jest tą aktywną w duecie i w jednym momencie ona musi ratować Bernarda uwiezionego w walizce Meduzy. I drugi raz ratuje go przed krokodylami Meduzy. W międzyczasie Bernard ją też ratuje dwa razy, ale i tak jest on na minusie, bo Bianka go ratuje przed upadkiem w jaskini z brylantem. I Bianka zna swą wartość i gdy ma wybrać współagenta, to wybiera jakiegoś gamoniowatego ciecia, który nie zwracał na nią uwagi. A napomnę, że scenariusz tworzyli wyłącznie faceci ;).
Chwaliłem 101 dalmatyńczyków za unikanie rzęs u Cziki. I ten film warto pochwalić za projekty plastyczne - tylko bardziej delikatne rysy twarzy zdradzają płeć u myszy (i reszty gatunków). Rzęsy są co prawda, ale tutaj ma to sens, bo świat przedstawiony pokazał, że samiczki się malują, bo Bianka pudruje się tym pomponem do makijażu (nie wiem jak się to nazywa). I jeszcze ma jeden odświeżający element. Zawsze was wkurwiało to, że w animacjach męskie postacie chodzą bez spodni i majtek, ale już kobiece muszą zakrywać dolną część ciała spódniczkami i podobnymi galotami? No to Bernard i Bianka was zadowoli, bo jest tu równouprawnienie wśród zwierząt i taka Bianka niemal przez cały film ma odsłoniętą pupę i jej cała garderoba składa się czapki i babcinej apaszki. Właściwie w tym filmie to częściej faceci noszą spodnie, gdy baby są bardziej gołe. np. piżmaczka nosi tylko fartuszek i czepek.
Animacja nierówna i widać pogarszający się wtedy spadek jakości i cięcie kosztów u Disneya, o czym mówił Don Bluth (m.in. oczy są te samego koloru co futro myszy). Widać na pierwszy rzut, że tła to po prostu rysunki na papierze, bo widać fakturę. Momentami animacja postaci (która w kilku momentach się powtarza) mocno odstaje od teł. W kilku momentach powtarza się animacja. Nawet pojawia się Bambi z matką. Bianka czasami ma mysie wąsy, a czasem nie. Ludzie wchodzący do siedziby ONZ ewidentnie byli rotoscopowani (rzecz, której animatorzy Disneya starali się unikać). Wciąż jednak jest to wysoka półka.
Muzyka świetna, choć mogli darować tą stereotypową muzyczkę jak te redneckie zwierzęta szarżują na statek Meduzy. Cóż, stereotypy były silniejsze, co widać po różnych przedstawicielach RAS (jest np. Afrykanka w afro z ciemnobrązową sierścią). I ciekawostka - w RAS jest przedstawiciel Łotwy, choć w 1977 roku była nadal częścią ZSRR. Czyżby zimnowojenna autocenzura?
Dubbing w oryginale jest dobry, choć polski jak pamiętam nie ustępuje i miał lepszego Snoopsa (który w oryginale brzmi jak Aleksander Gawroński, więc w polskim dubbingu mógłby on nadawać i jeszcze wtedy żył).
8/10
Bernard i Bianka w krainie kangurów - o Boże mój. Sequel disneyowskiego filmu animowanego, który ma od lepszą animację od jedynki (wiem, kino to nie fałhaes czy defałde). Pierwsze ujęcie z owadami zjada technicznie na śniadanie jedynkę. I wreszcie postacie mają białka w oczach (za co wcześniej jedynkę jechał Don Bluth). Też widziane na Disney Channel z dubbingiem (drugim jak się potem dowiedziałem - tu nie narzekam, bo obsada dobra i spokojnie by się pojawiła w 1992, kiedy była kinowa premiera. I część aktorów powtórzyła swe role).
Znowu po angielsku. W sumie tak jak jedynka film jest niedoceniany - jak ktoś myśli o Renesansie Disneya to film w 90% jest pomijany/zapominany (i też nie zarobił pieniędzy). Spokojnie można uznać za najlepszy sequel disneyowskiej animacji - jest sequelowa zasada "więcej", i film jest bardziej przygodowy i rozbuchany (np. McLeach ma na wyposażeniu pojazd z Mad Maxa), ale w dobrym znaczeniu. I też nie odstaje sercem od oryginału. Trzon opowieści ten sam, bo znowu ratuje się dziecko porwane przez największego złola. Ale tutaj ratowanym dzieckiem jest tym razem chłopiec mający rodzica (i tym rodzicem jest matka, gdy to ojciec jest tym martwym) i bardziej aktywny. I villain jest facetem, dokładnie kłusownikiem. McLeach mniej pamiętny od Meduzy, choć też jest równie zły. Jak Meduza nie waha się zabić dziecka i znęca się nad swym podwładnym.
Bianka mniej stereotypowo kobieca, jednak dalej to matczyna kobieta korzystająca ze swych wdzięków i dalej jest tym aktywnym członkiem w duecie, gdy Bernard to dalej ten wycofany. W tym wypadku ich relacja się rozwija, bo Bernard decyduje prosić o rękę Biankę, co jest logiczne i naturalne, bo trochę czasu minęło (choć myszy nie są jakieś długowieczne). Bernard chce się oświadczyć, ale cockblokuje go narodowy stereotyp. Jake to chad, gdy Bernard tkwi w virgin state. Jak Bianka zaprzecza, że jest żoną Bernarda, to Jake robi minę w stylu "no to kochana jesteś moja" i bezczelnie do niej zarywa :). Dzisiaj też by nie przeszło. No, ale jednak Bernard w tym filmie rozwija się i w finale to on musi się wykazać charyzmą i zasłużyć na wybrankę.
Jednak upływ czasu jest widoczny nie tylko w technikaliach, bo od 1977 roku do 1990 zmieniło się wiele kierunków w usańskiej animacji. Jest bardziej jawnie komediowo, gdy w jedynce humor był nienachalny. Wilbur (mamy tu nowego albatrosa, gdyż zmarł oryginalny aktor dubbingujący tego starego. A ja czepiam się Czarnej Pantery i Bosemana) to już comic relief i krzyczy Cowabunga (cóż, Żółwie Ninja były w cholerę potężne) i ma jedną komediową przygodę, gdy musi być leczony u psychopatycznego doktora Mausgele (zapowiedź totalitaryzmu podczas plandemii covida ;)?), ale nie przekracza dopuszczalnego poziomu, plus dużo uroku daje mu John Candy. Co innego dość irytująca agama kołnierzasta z tym darciem ryła. No i waran McLeacha też wkurza (fun fact - oryginalnie miała to być kobieta i dziewczyna McLeacha, nad którym się pastwi, ale widać że w Disneyu tylko baby mogą pomiatać mężczyznami).
I wtedy zdążyły się już nawarstwić te głupie tropy odnośnie wyglądu kreskówkowych samic. Tym razem Bianka zgoliła wąsy. Ale mimo wszystko jest konsekwencja względem jedynki - nikt nie daje sukienek babom. Znowu Bianka chodzi niemal na golasa i nie myśli zasłaniać szmatami swych części intymnych, bo jakaś brzydka Karen się rozryczy (a ogon ma służyć do równowagi, a nie zakrywania pupy). Plus ceni się nie dawanie waranicy i Marahute jawnych cech kobiecych. Sama Marahute nie otrzymała antropomorfizacji i wygląda jak ze "Święta wiosny" w Fantazji - nie ma ludzkiej mimiki, tylko jedna mina i mowa ciała jak przystało u prawdziwego ptaka. Nawet jest błona migawkowa w oku. Choć z kolei zastanawia mnie, czemu jedne zwierzęta w świecie przedstawionym mówią i zachowują się jak ludzie, a inne to 100% naturalistyczne zwierzęta. I swoją drogą Marahute to chyba jakiś wymarły gatunek gigafauny. OK, wiem że orły są wielkie, a ich samice jeszcze większe, ale tutaj to jakiś gryfon. Nawet harpia wielka nie jest tak wielgachna.
W sumie ciekawe, że akcja dzieje w Australii, a tylko Jake'a gra Australijczyk, gdy resztę grają różnej maści Brytyjczycy i Kanadyjczycy (o chłopcu nie ma informacji, a w akcentach aż tak się nie rozróżniam). Eva Gabor bardziej swobodniej używa swego węgierskiego akcentu. Jak usłyszałem koalę (który już tak stracił nadzieję, że przyjął ze spokojem skończenie jako wyrób futrzarski), od razu poznałem sułtana z Aladyna.
I też brakuje kilku scen do pełnego zakończenia. Cody nigdy nie jednoczy z matką, a film kończy komediową sytuacją z offu. BTW nie wiem, czy to dobry pomysł powierzać pilnowanie cudzego lęgu albatrosowi (wprost wyrażającemu niezadowolenie i skazę na jego męskiej dumie), który konsumuje ptasie jaja i ich zawartość. Może gdyby to była samica, to może ogłupił by ją nadmiar instynktu macierzyńskiego, ale samiec... to tak średnio ;).
Swoją drogą ciekawe, że w obu filmach różni przedstawiciele RASu są ubrani w stereotypowe/ludowe kostiumy ich ojczyzn, gdy polski przedstawiciel (tak, w tym filmie mamy Polaka) ma zwyczajny garnitur. Widać, jaki naród jest bardziej cywilizowany i światowy ;).
7,5/10
Zdecydowanie zbyt mało doceniany. Mimo, że mamy zantropomorfizowane zwierzaki w odzieniach, które gadają na luzaku z ludźmi (dokładnie dziećmi) to faktycznie mamy do czynienia z dojrzałym filmem. Sam motyw muzyczny Meduzy brzmi z thrillera, a bad guye się nie patyczkują. Penny nie obawia się krokodyli w przeciwieństwie do Snoopsa i też nie trzęsie, gdy Meduza ma ją i Snoopsa na muszce. Dziś zrobiliby ją zbytnio rezolutną i albo zrobili, że sama jest w stanie wykiwać tych złych. Wątek dziewczynki-sieroty ukazany z wyczuciem i jak są momenty emocjonalne - to są zrobione dobrze. I mam wrażenie, że wiele rzeczy by teraz nie przeszło, bo "panie, pomyśl o dzieciaczkach i ich duszyczkach". Bianka (korzystająca ze swych wdzięków) wchodzi do siedziby RASu i połowa mężczyzn na nią się gapi. I gdy ona ma wybrać kogoś do pomocy, to połowa męskich agentów wyciąga łapska - nie muszę mówić, że bardziej niż na ratowaniu dziecka zależy im na spenetrowania mysiej dziury Bianki ;). Penny zmawia modlitwę. Meduza ma w swoim lombardzie plakietkę NRA, a środku na pierwszym jest kilka strzelb (zważywszy, że wówczas Nowy Jork był groźnym miastem to rozumiem :)). Aha, i umie się obsługiwać bronią, bo strzela do myszy jakimś obrzynem. A piżmak-redneck zawsze chodzi z jakąś gorzałą. I pierwsza reakcja to zdziwienie, czemu myszy nie wzięli ze sobą policjanta. W grocie jest szkielet pirata z szablą przebitą przez żebra.
Cruella była potworem? Cóż, Meduza może powiedzieć "potrzymaj mi bimber", bo tutaj jawnie znęca się nad małym dzieckiem i stosuje przemoc psychiczną. Dość przykro się robi jak Meduza wprost mówi Penny, że nikt jej nie zechce adoptować. Niby babsko odczuwa miłe odczucia wobec swych krokodyli, choć też wobec nic stosuje przemoc i ostatecznie te decydują, że lepiej ją zjeść - czyli widać jaka z niej właścicielka (albo po prostu nie każde zwierzęta nadaje się do trzymania jako pupil). Snoops to jest comic relief i beciak służący do pomiatania przez Meduzę, za to krokodyle są już groźne i stanowią zagrożenie dla tytułowych bohaterów, gdzie w innej animacji/dekadzie byłyby nośnikiem nieśmiesznego slapsticku i kretynami (tu ogarniają jak użyć organów do wykurzenia gryzoni).
Co ja pochwalę to główną parę, bo to dość odmienny związek. Para, która nie obrzuca się kąśliwymi uwagami jak to bywa w 99% animacjach. Panuje między nim dość przyjacielska relacja i na końcu filmu nie zakochują się czy coś w tym guście (w końcu znają jedynie kilka dni). Co pochwalą progresy, to Bianka jest tą aktywną w duecie i w jednym momencie ona musi ratować Bernarda uwiezionego w walizce Meduzy. I drugi raz ratuje go przed krokodylami Meduzy. W międzyczasie Bernard ją też ratuje dwa razy, ale i tak jest on na minusie, bo Bianka go ratuje przed upadkiem w jaskini z brylantem. I Bianka zna swą wartość i gdy ma wybrać współagenta, to wybiera jakiegoś gamoniowatego ciecia, który nie zwracał na nią uwagi. A napomnę, że scenariusz tworzyli wyłącznie faceci ;).
Chwaliłem 101 dalmatyńczyków za unikanie rzęs u Cziki. I ten film warto pochwalić za projekty plastyczne - tylko bardziej delikatne rysy twarzy zdradzają płeć u myszy (i reszty gatunków). Rzęsy są co prawda, ale tutaj ma to sens, bo świat przedstawiony pokazał, że samiczki się malują, bo Bianka pudruje się tym pomponem do makijażu (nie wiem jak się to nazywa). I jeszcze ma jeden odświeżający element. Zawsze was wkurwiało to, że w animacjach męskie postacie chodzą bez spodni i majtek, ale już kobiece muszą zakrywać dolną część ciała spódniczkami i podobnymi galotami? No to Bernard i Bianka was zadowoli, bo jest tu równouprawnienie wśród zwierząt i taka Bianka niemal przez cały film ma odsłoniętą pupę i jej cała garderoba składa się czapki i babcinej apaszki. Właściwie w tym filmie to częściej faceci noszą spodnie, gdy baby są bardziej gołe. np. piżmaczka nosi tylko fartuszek i czepek.
Animacja nierówna i widać pogarszający się wtedy spadek jakości i cięcie kosztów u Disneya, o czym mówił Don Bluth (m.in. oczy są te samego koloru co futro myszy). Widać na pierwszy rzut, że tła to po prostu rysunki na papierze, bo widać fakturę. Momentami animacja postaci (która w kilku momentach się powtarza) mocno odstaje od teł. W kilku momentach powtarza się animacja. Nawet pojawia się Bambi z matką. Bianka czasami ma mysie wąsy, a czasem nie. Ludzie wchodzący do siedziby ONZ ewidentnie byli rotoscopowani (rzecz, której animatorzy Disneya starali się unikać). Wciąż jednak jest to wysoka półka.
Muzyka świetna, choć mogli darować tą stereotypową muzyczkę jak te redneckie zwierzęta szarżują na statek Meduzy. Cóż, stereotypy były silniejsze, co widać po różnych przedstawicielach RAS (jest np. Afrykanka w afro z ciemnobrązową sierścią). I ciekawostka - w RAS jest przedstawiciel Łotwy, choć w 1977 roku była nadal częścią ZSRR. Czyżby zimnowojenna autocenzura?
Dubbing w oryginale jest dobry, choć polski jak pamiętam nie ustępuje i miał lepszego Snoopsa (który w oryginale brzmi jak Aleksander Gawroński, więc w polskim dubbingu mógłby on nadawać i jeszcze wtedy żył).
8/10
Bernard i Bianka w krainie kangurów - o Boże mój. Sequel disneyowskiego filmu animowanego, który ma od lepszą animację od jedynki (wiem, kino to nie fałhaes czy defałde). Pierwsze ujęcie z owadami zjada technicznie na śniadanie jedynkę. I wreszcie postacie mają białka w oczach (za co wcześniej jedynkę jechał Don Bluth). Też widziane na Disney Channel z dubbingiem (drugim jak się potem dowiedziałem - tu nie narzekam, bo obsada dobra i spokojnie by się pojawiła w 1992, kiedy była kinowa premiera. I część aktorów powtórzyła swe role).
Znowu po angielsku. W sumie tak jak jedynka film jest niedoceniany - jak ktoś myśli o Renesansie Disneya to film w 90% jest pomijany/zapominany (i też nie zarobił pieniędzy). Spokojnie można uznać za najlepszy sequel disneyowskiej animacji - jest sequelowa zasada "więcej", i film jest bardziej przygodowy i rozbuchany (np. McLeach ma na wyposażeniu pojazd z Mad Maxa), ale w dobrym znaczeniu. I też nie odstaje sercem od oryginału. Trzon opowieści ten sam, bo znowu ratuje się dziecko porwane przez największego złola. Ale tutaj ratowanym dzieckiem jest tym razem chłopiec mający rodzica (i tym rodzicem jest matka, gdy to ojciec jest tym martwym) i bardziej aktywny. I villain jest facetem, dokładnie kłusownikiem. McLeach mniej pamiętny od Meduzy, choć też jest równie zły. Jak Meduza nie waha się zabić dziecka i znęca się nad swym podwładnym.
Bianka mniej stereotypowo kobieca, jednak dalej to matczyna kobieta korzystająca ze swych wdzięków i dalej jest tym aktywnym członkiem w duecie, gdy Bernard to dalej ten wycofany. W tym wypadku ich relacja się rozwija, bo Bernard decyduje prosić o rękę Biankę, co jest logiczne i naturalne, bo trochę czasu minęło (choć myszy nie są jakieś długowieczne). Bernard chce się oświadczyć, ale cockblokuje go narodowy stereotyp. Jake to chad, gdy Bernard tkwi w virgin state. Jak Bianka zaprzecza, że jest żoną Bernarda, to Jake robi minę w stylu "no to kochana jesteś moja" i bezczelnie do niej zarywa :). Dzisiaj też by nie przeszło. No, ale jednak Bernard w tym filmie rozwija się i w finale to on musi się wykazać charyzmą i zasłużyć na wybrankę.
Jednak upływ czasu jest widoczny nie tylko w technikaliach, bo od 1977 roku do 1990 zmieniło się wiele kierunków w usańskiej animacji. Jest bardziej jawnie komediowo, gdy w jedynce humor był nienachalny. Wilbur (mamy tu nowego albatrosa, gdyż zmarł oryginalny aktor dubbingujący tego starego. A ja czepiam się Czarnej Pantery i Bosemana) to już comic relief i krzyczy Cowabunga (cóż, Żółwie Ninja były w cholerę potężne) i ma jedną komediową przygodę, gdy musi być leczony u psychopatycznego doktora Mausgele (zapowiedź totalitaryzmu podczas plandemii covida ;)?), ale nie przekracza dopuszczalnego poziomu, plus dużo uroku daje mu John Candy. Co innego dość irytująca agama kołnierzasta z tym darciem ryła. No i waran McLeacha też wkurza (fun fact - oryginalnie miała to być kobieta i dziewczyna McLeacha, nad którym się pastwi, ale widać że w Disneyu tylko baby mogą pomiatać mężczyznami).
I wtedy zdążyły się już nawarstwić te głupie tropy odnośnie wyglądu kreskówkowych samic. Tym razem Bianka zgoliła wąsy. Ale mimo wszystko jest konsekwencja względem jedynki - nikt nie daje sukienek babom. Znowu Bianka chodzi niemal na golasa i nie myśli zasłaniać szmatami swych części intymnych, bo jakaś brzydka Karen się rozryczy (a ogon ma służyć do równowagi, a nie zakrywania pupy). Plus ceni się nie dawanie waranicy i Marahute jawnych cech kobiecych. Sama Marahute nie otrzymała antropomorfizacji i wygląda jak ze "Święta wiosny" w Fantazji - nie ma ludzkiej mimiki, tylko jedna mina i mowa ciała jak przystało u prawdziwego ptaka. Nawet jest błona migawkowa w oku. Choć z kolei zastanawia mnie, czemu jedne zwierzęta w świecie przedstawionym mówią i zachowują się jak ludzie, a inne to 100% naturalistyczne zwierzęta. I swoją drogą Marahute to chyba jakiś wymarły gatunek gigafauny. OK, wiem że orły są wielkie, a ich samice jeszcze większe, ale tutaj to jakiś gryfon. Nawet harpia wielka nie jest tak wielgachna.
W sumie ciekawe, że akcja dzieje w Australii, a tylko Jake'a gra Australijczyk, gdy resztę grają różnej maści Brytyjczycy i Kanadyjczycy (o chłopcu nie ma informacji, a w akcentach aż tak się nie rozróżniam). Eva Gabor bardziej swobodniej używa swego węgierskiego akcentu. Jak usłyszałem koalę (który już tak stracił nadzieję, że przyjął ze spokojem skończenie jako wyrób futrzarski), od razu poznałem sułtana z Aladyna.
I też brakuje kilku scen do pełnego zakończenia. Cody nigdy nie jednoczy z matką, a film kończy komediową sytuacją z offu. BTW nie wiem, czy to dobry pomysł powierzać pilnowanie cudzego lęgu albatrosowi (wprost wyrażającemu niezadowolenie i skazę na jego męskiej dumie), który konsumuje ptasie jaja i ich zawartość. Może gdyby to była samica, to może ogłupił by ją nadmiar instynktu macierzyńskiego, ale samiec... to tak średnio ;).
Swoją drogą ciekawe, że w obu filmach różni przedstawiciele RASu są ubrani w stereotypowe/ludowe kostiumy ich ojczyzn, gdy polski przedstawiciel (tak, w tym filmie mamy Polaka) ma zwyczajny garnitur. Widać, jaki naród jest bardziej cywilizowany i światowy ;).
7,5/10
28-05-2024, 21:58





