Longlegs
Więc jednak rock ‘n’ roll to rzeczywiście muzyka Siatana.
Longlegs zapisze się w historii kina głownie dzięki niezwykle efektywnej kampanii reklamowej rozkręconej przez wielkie mózgi z Neon. Doprawdy nie przypominam sobie w ostatnich latach równie intrygujących zapowiedzi horroru co te enigmatyczne i/lub błyskotliwe zajawki. To rzecz jasna moja ulubiona:
W obliczu tej machiny hype’u i krążących po internetach opinii jakoby Longlegs był najstraszniejszym filmem od czasu wycieku sekstaśmy shamara… Czy produkt końcowy choć zbliża się do zaspokojenia oczekiwań?
Nie, pewnie że nie.
Żeby nie było, wiele może się tu podobać. Reżyseria, kadrowanie i użycie dźwięku są tip top. Monroe jako cokolwiek autystyczna agentka FBI jest znakomita. Poza tym muszę przyznać że choć już wcześniej lubiłem ją jako aktorkę, nigdy jakoś do mnie nie trafiała z urody. Zbyt grubo ciosane rysy, zbyt toporne. Z wiekiem wyraźnie zaczęły się wyostrzać, co czyni jej twarz jeśli nie ładniejszą, to w każdym razie bardziej interesującą i odpowiednią do roli wyobcowanej, udręczonej protagonistki. Blair Underwood robi co może, żeby zakotwiczyć jakoś film w namacalnej rzeczywistości i chwała mu za to. Cage natomiast…
Perkins junior przyznał w wywiadzie, że film zaczął się od pomysłu na antagonistę, do którego następnie dopasował odpowiednią fabułę. Poza tym że takie podejście nieszczególnie sprzyja konstrukcji czegoś, co przynajmniej częściowo ma być kryminałem, sam oprawca jest na siłę przefajniony, a występ Nicolasa cokolwiek mechanicznie „ekscentryczny”. Przysług żadnych nie robi mu gruba charakteryzacja na Babę Jagę, choć efekt ratuje często kadrowanie i montaż.
Właśnie, częściowy kryminał. Film cierpi na szczególnie poważną gatunkową schizofrenię. Jest to police procedural na chama skrzyżowany z dość klasycznym satanistycznym horrorem. Mam wrażenie, że fanów tego pierwszego zniechęcą ostentacyjne elementy nadprzyrodzone i wrzucane sporadycznie wizje jak po LSD, a dla miłośników tego drugiego rzeczowa i trzeźwa mechanika śledztwa zabiera czas który można by poświęcić czystej grozie i wizjom jak po LSD.
Nie pomaga fakt, że film wygląda na wycinankę sklejoną z dość oczywistych elementów. Młoda agentka FBI rzucona przez przełożonego na głęboką wodę, tego nie trzeba tłumaczyć i do tego Perkins przyznał się otwarcie. Z Siedem mamy dosłowne cytaty, od biblioteki po odwrócone napisy końcowe. Wchodząc trochę głębiej, nadzwyczajna intuicja śledczego zahaczająca o czary dość mocno zalatuje Frankiem Blackiem z Millennium. Sprawca skłaniający ofiary do wyręczenia go w morderstwach wyraźnie kojarzy się z japońskim Cure. Sporo recenzji wskazywało w tej kwestii raczej na Sinister, ale to dlatego że sporo recenzentów to pospólstwo. Zresztą praca kamery też często nasuwa skojarzenia z drugim Kurosawą.
Ale największym problemem jest to, że przy dość dużym zadęciu (choć na szczęście chwilami łagodzonemu humorem) i sileniu się na egzystencjalną grozę… w gruncie rzeczy jest to dość banalny filmik. Daję słowo, cały ładunek intelektualny Longlegs zawiera się w ostatniej linijce dialogu:
To jak różnica między wspomnianym Siedem a ostentacyjnie zżynającym z niego pilotem również wspomnianego Millennium. Który to pilot tak jak Longlegs cytował Apokalipsę, ulubioną księgę hollywoodzkich wyrobników. Krótko mówiąc, egzystencjalna groza wymaga ze strony filmowca czegoś treściwego do powiedzenia na temat egzystencji.
Aha, zakończenie jest irytująco ambiwalentne, ale sądząc po spojlerowych dyskusjach, wielu widzów miało te same podejrzenia co ja jeśli chodzi o interpretację ostatnich ujęć. W sumie powinienem być wdzięczny za tę ambiwalencję, bo jednoznaczne potwierdzenie moich podejrzeń oznacza definitywne opuszczenie okolic Siedem i minięcie Millennium lotem w dół ku Krótko mówiąc, piękna świątynia, ale bez Szatana.
Więc jednak rock ‘n’ roll to rzeczywiście muzyka Siatana.
Longlegs zapisze się w historii kina głownie dzięki niezwykle efektywnej kampanii reklamowej rozkręconej przez wielkie mózgi z Neon. Doprawdy nie przypominam sobie w ostatnich latach równie intrygujących zapowiedzi horroru co te enigmatyczne i/lub błyskotliwe zajawki. To rzecz jasna moja ulubiona:
W obliczu tej machiny hype’u i krążących po internetach opinii jakoby Longlegs był najstraszniejszym filmem od czasu wycieku sekstaśmy shamara… Czy produkt końcowy choć zbliża się do zaspokojenia oczekiwań?
Nie, pewnie że nie.
Żeby nie było, wiele może się tu podobać. Reżyseria, kadrowanie i użycie dźwięku są tip top. Monroe jako cokolwiek autystyczna agentka FBI jest znakomita. Poza tym muszę przyznać że choć już wcześniej lubiłem ją jako aktorkę, nigdy jakoś do mnie nie trafiała z urody. Zbyt grubo ciosane rysy, zbyt toporne. Z wiekiem wyraźnie zaczęły się wyostrzać, co czyni jej twarz jeśli nie ładniejszą, to w każdym razie bardziej interesującą i odpowiednią do roli wyobcowanej, udręczonej protagonistki. Blair Underwood robi co może, żeby zakotwiczyć jakoś film w namacalnej rzeczywistości i chwała mu za to. Cage natomiast…
Perkins junior przyznał w wywiadzie, że film zaczął się od pomysłu na antagonistę, do którego następnie dopasował odpowiednią fabułę. Poza tym że takie podejście nieszczególnie sprzyja konstrukcji czegoś, co przynajmniej częściowo ma być kryminałem, sam oprawca jest na siłę przefajniony, a występ Nicolasa cokolwiek mechanicznie „ekscentryczny”. Przysług żadnych nie robi mu gruba charakteryzacja na Babę Jagę, choć efekt ratuje często kadrowanie i montaż.
Właśnie, częściowy kryminał. Film cierpi na szczególnie poważną gatunkową schizofrenię. Jest to police procedural na chama skrzyżowany z dość klasycznym satanistycznym horrorem. Mam wrażenie, że fanów tego pierwszego zniechęcą ostentacyjne elementy nadprzyrodzone i wrzucane sporadycznie wizje jak po LSD, a dla miłośników tego drugiego rzeczowa i trzeźwa mechanika śledztwa zabiera czas który można by poświęcić czystej grozie i wizjom jak po LSD.
Nie pomaga fakt, że film wygląda na wycinankę sklejoną z dość oczywistych elementów. Młoda agentka FBI rzucona przez przełożonego na głęboką wodę, tego nie trzeba tłumaczyć i do tego Perkins przyznał się otwarcie. Z Siedem mamy dosłowne cytaty, od biblioteki po odwrócone napisy końcowe. Wchodząc trochę głębiej, nadzwyczajna intuicja śledczego zahaczająca o czary dość mocno zalatuje Frankiem Blackiem z Millennium. Sprawca skłaniający ofiary do wyręczenia go w morderstwach wyraźnie kojarzy się z japońskim Cure. Sporo recenzji wskazywało w tej kwestii raczej na Sinister, ale to dlatego że sporo recenzentów to pospólstwo. Zresztą praca kamery też często nasuwa skojarzenia z drugim Kurosawą.
Ale największym problemem jest to, że przy dość dużym zadęciu (choć na szczęście chwilami łagodzonemu humorem) i sileniu się na egzystencjalną grozę… w gruncie rzeczy jest to dość banalny filmik. Daję słowo, cały ładunek intelektualny Longlegs zawiera się w ostatniej linijce dialogu:
To jak różnica między wspomnianym Siedem a ostentacyjnie zżynającym z niego pilotem również wspomnianego Millennium. Który to pilot tak jak Longlegs cytował Apokalipsę, ulubioną księgę hollywoodzkich wyrobników. Krótko mówiąc, egzystencjalna groza wymaga ze strony filmowca czegoś treściwego do powiedzenia na temat egzystencji.
Aha, zakończenie jest irytująco ambiwalentne, ale sądząc po spojlerowych dyskusjach, wielu widzów miało te same podejrzenia co ja jeśli chodzi o interpretację ostatnich ujęć. W sumie powinienem być wdzięczny za tę ambiwalencję, bo jednoznaczne potwierdzenie moich podejrzeń oznacza definitywne opuszczenie okolic Siedem i minięcie Millennium lotem w dół ku Krótko mówiąc, piękna świątynia, ale bez Szatana.
12-07-2024, 20:41 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12-07-2024, 20:44 przez Paszczak.)
Spoiler




