Jelonek Bambi poznaje świat - Sowieci nie gęsi i swoją ekranizację Bambiego zrobili. Dokładnie to córka Siergieja Bondarczuka (która prócz reżyserii i scenariusza wciela się w matkę Bambiego).
Cóż, nie spodziewałem się takiej jazdy. Pierwsze ujęcia to pomarańczowe chmury przy psychodelicznej muzie. Potem mamy ujęcia jak zwierzęta dubbingowane przez aktorów sobie hasają randomowo po krymskiej przyrodzie, której sceneria się zmienia z ujęcia na ujęcie (domyślam się, że nakręcenie odpowiednich scen z dzikimi zwierzętami musiało być upierdliwe). Sądziłem, iż z racji tego, że Rosji bliżej do Europy to zgodnie z książką Bambi będzie sarną europejską. A tu wybrali jelenia szlachetnego (nie, sarna to nie żadna żona jelenia!) do głównej roli.
I po jakichś dziesięciu minutach nagle porzucamy film przyrodniczy, bo zwierzęta zamiast zwierząt grają jacyś podrabiani Indianie (albo bardziej Jakuci, skoro to produkcja radziecka). Czasami są urywki jak wracamy do zwierząt, ale większość mamy aktorów w symbolicznych kostiumach.
Myśliwi tej odsłony Bambiego również nienawidzą, ponieważ obraz natury jest idylliczny, a wszystko psuje On ze strzelbą i swymi psiskami. Szczególnie pomagają tu piękne zdjęcia przyrody. Nawet Bambi, Felinka i Gobo bawią się z wężem (wąż nie jest zbytnio zadowolony) i mamy przyjacielskiego puchacza. Są nawet wilcze urocze szczenięta. A osierocony zajączek zostaje adoptowany przez łabędzia, coś co raczej w naturze nie występuje ;). Ale tu Sowieci mniej cukrzą, ponieważ w filmie jest kwestia drapieżników zjadających ofiary (ale są akceptowane społecznie). I np. inne młode zwierząt boją się małego Bambiego, bo tutejszy Tuptuś ukrywa się przed Bambim, nawet gdy ten mówi że nie zrobi mu krzywdy. Przez 40 lat uaktualniła się wiedza przyrodnicza, bo nowonarodzony Bambi jest pozostawiony w trawie sam i matka przychodzi okazjonalnie, co robią jeleniowate. Są sceny jak u Disneya, m.in. matka każe nie wybiegać na polanę, a patrzeć czy coś nie grasuje.
Ale film też nie jest infantylny, bo film pamięta że drapieżniki są drapieżnikami, a przed śmiercią matki Bambiego ginie samica łabędzia z rąk myśliwego na oczach Bambiego i reszty jelonków. Aha, w przeciwieństwie do Disneya matka Bambiego ginie w kadrze (i jest krew). I film kończy pesymistyczną nutą w postaci krymskiej masakry jeleni. A obraz mocniejszy, bo tu mamy uciekających ludzi i łatwiej można wyobrazić widzowi co muszą czuć zwierzęta podczas myśliwskiej nagonki.
W Polsce powstał dubbing, którego rzecz jasna nigdzie nie ma :P. Ale lepiej będzie mi ocenić obsadę - czuć te relacje rodzinne i przyjaźnie i aktorzy sprzedają tą konwencje. Obsada to też nieco zjazd rodzinny, bo ciotkę Niotłę gra matka reżyserki, a ta do roli Bambiego wzięła swego męża i syna. A sam Siergiej Bondarczuk robi za narratora.
Widać w tym artyzm i poetyckość, która jest czymś rzadkim w kinie dla młodzieży. A momentami to jest mega-artystyczny.
7/10
Junost Biembi - druga odsłona Bambiego od Sowietów. Napisy początkowe mają vibe jakiegoś Tarkowskiego, bo pojawiają się ikony z jeleniowatymi, co udowadnia że Cervus elaphus został pozyskany na trofeum za nasze grzechy. A po chwili wchodzi muza z Segi Megadrive podczas walki Bambiego z Karusem. I muzyka jest bardziej chętna na stosowanie ejtisowych syntezatorów.
Oczywiście znowu zwierzęta grają ludzie w symbolicznych ubiorach, a tym razem wyglądają jak czechosłowackiej baśni filmowej. W ogóle ujęć zwierząt jest mniej niż w jedynce - wytnij ujęcia ze zwierzętami, wymień imiona i masz randomowe fantays w formie baletu. Sądzi człowiek, skoro sequel adaptuje resztę książki Saltena (gdzie Bambi jest dorosły i kumpluje się z ojcem), to znowu będą z kamerą wśród zwierząt. Niet. Fabuła jest ciutkę bardziej liniowa. Książki jeszcze nie czytałem, ale jestem pewien, że nie było tam wątku, iż Bambi i jego stary szukają życiodajnego kwiatu.
Zgodnie sequelową zasadą "więcej", więcej jest powagi i melancholii, a także narzekania na niszczycielski wpływ człowieka. A proprzyrodnicze przesłanie bardziej trafi, bo świat jest mocno antropomorfizowany i szybciej da do myślenia. Pojawia się żubr mówiący, że niegdyś to jego gatunek rządził na dzielni, a potem przyszły ludzie i skończyło się rumakowanie. Zaś Gobo z szokiem odkrywa, że nie wszystkim ludziom nie warto ufać. Potem i ginie żubr przyjmujący kulkę dla Mareny. Mniej familiady, bo padają trupy i depresja łabędzia ze śmierci żony. W ogóle też wisi depresyjna myśl, jeśli chodzi o relacje. W jedynce Karus do małoletnich Bambiego i Feliny odnosi jak spoko wujek. A w dwójce gdy ci dwoje dorastają, Karus chce uwieść Felinkę, a Bambi jest jego arcywrogiem.
Ujęcia Krymu nadal piękne, a dostajemy umiejętne operowanie perspektywą, by aktor grający żubra wzorem swego gatunku wydawał się większy od jeleni. Kilka jest zabiegów artystycznych, jak zmieniająca kolor szarfa Gobo, gdy zostaje postrzelony. I też ciekawy zabieg, że Gobo jest albinosem. Ciekawe czy to dlatego, że na stanie mieli kilka leucystycznych jeleni, które są prezentowane w kadrach. Gdy z białymi sarnami to było ciężko. Swoją drogą, w nadchodzącej w tym roku francuskiej ekranizacji Bambiego bohaterzy też są jeleniami szlachetnymi. To ciekawe, że nawet na Starym Świecie filmowy Bambi też nie jest sarną.
I obserwacja moja - W Disneyu dorosłego Bambiego dubbingował mąż aktorki użyczającej głosu matki Bambiego. I u Bondarczukowej też dorosłego Bambiego gra mąż aktorki grającej matkę Bambiego.
Oba filmy jak Disney są unikatowe, jeśli chodzi o kino familijne. Z artystycznym sznytem i autentyczną powagą. I czuć również autorskość. I jeśli faktycznie wyjdzie ten CGI-remake od Disneya to już wiem, jaki alternatywny live action pokazać rozczarowanym ludziom.
7/10
Cóż, nie spodziewałem się takiej jazdy. Pierwsze ujęcia to pomarańczowe chmury przy psychodelicznej muzie. Potem mamy ujęcia jak zwierzęta dubbingowane przez aktorów sobie hasają randomowo po krymskiej przyrodzie, której sceneria się zmienia z ujęcia na ujęcie (domyślam się, że nakręcenie odpowiednich scen z dzikimi zwierzętami musiało być upierdliwe). Sądziłem, iż z racji tego, że Rosji bliżej do Europy to zgodnie z książką Bambi będzie sarną europejską. A tu wybrali jelenia szlachetnego (nie, sarna to nie żadna żona jelenia!) do głównej roli.
I po jakichś dziesięciu minutach nagle porzucamy film przyrodniczy, bo zwierzęta zamiast zwierząt grają jacyś podrabiani Indianie (albo bardziej Jakuci, skoro to produkcja radziecka). Czasami są urywki jak wracamy do zwierząt, ale większość mamy aktorów w symbolicznych kostiumach.
Myśliwi tej odsłony Bambiego również nienawidzą, ponieważ obraz natury jest idylliczny, a wszystko psuje On ze strzelbą i swymi psiskami. Szczególnie pomagają tu piękne zdjęcia przyrody. Nawet Bambi, Felinka i Gobo bawią się z wężem (wąż nie jest zbytnio zadowolony) i mamy przyjacielskiego puchacza. Są nawet wilcze urocze szczenięta. A osierocony zajączek zostaje adoptowany przez łabędzia, coś co raczej w naturze nie występuje ;). Ale tu Sowieci mniej cukrzą, ponieważ w filmie jest kwestia drapieżników zjadających ofiary (ale są akceptowane społecznie). I np. inne młode zwierząt boją się małego Bambiego, bo tutejszy Tuptuś ukrywa się przed Bambim, nawet gdy ten mówi że nie zrobi mu krzywdy. Przez 40 lat uaktualniła się wiedza przyrodnicza, bo nowonarodzony Bambi jest pozostawiony w trawie sam i matka przychodzi okazjonalnie, co robią jeleniowate. Są sceny jak u Disneya, m.in. matka każe nie wybiegać na polanę, a patrzeć czy coś nie grasuje.
Ale film też nie jest infantylny, bo film pamięta że drapieżniki są drapieżnikami, a przed śmiercią matki Bambiego ginie samica łabędzia z rąk myśliwego na oczach Bambiego i reszty jelonków. Aha, w przeciwieństwie do Disneya matka Bambiego ginie w kadrze (i jest krew). I film kończy pesymistyczną nutą w postaci krymskiej masakry jeleni. A obraz mocniejszy, bo tu mamy uciekających ludzi i łatwiej można wyobrazić widzowi co muszą czuć zwierzęta podczas myśliwskiej nagonki.
W Polsce powstał dubbing, którego rzecz jasna nigdzie nie ma :P. Ale lepiej będzie mi ocenić obsadę - czuć te relacje rodzinne i przyjaźnie i aktorzy sprzedają tą konwencje. Obsada to też nieco zjazd rodzinny, bo ciotkę Niotłę gra matka reżyserki, a ta do roli Bambiego wzięła swego męża i syna. A sam Siergiej Bondarczuk robi za narratora.
Widać w tym artyzm i poetyckość, która jest czymś rzadkim w kinie dla młodzieży. A momentami to jest mega-artystyczny.
7/10
Junost Biembi - druga odsłona Bambiego od Sowietów. Napisy początkowe mają vibe jakiegoś Tarkowskiego, bo pojawiają się ikony z jeleniowatymi, co udowadnia że Cervus elaphus został pozyskany na trofeum za nasze grzechy. A po chwili wchodzi muza z Segi Megadrive podczas walki Bambiego z Karusem. I muzyka jest bardziej chętna na stosowanie ejtisowych syntezatorów.
Oczywiście znowu zwierzęta grają ludzie w symbolicznych ubiorach, a tym razem wyglądają jak czechosłowackiej baśni filmowej. W ogóle ujęć zwierząt jest mniej niż w jedynce - wytnij ujęcia ze zwierzętami, wymień imiona i masz randomowe fantays w formie baletu. Sądzi człowiek, skoro sequel adaptuje resztę książki Saltena (gdzie Bambi jest dorosły i kumpluje się z ojcem), to znowu będą z kamerą wśród zwierząt. Niet. Fabuła jest ciutkę bardziej liniowa. Książki jeszcze nie czytałem, ale jestem pewien, że nie było tam wątku, iż Bambi i jego stary szukają życiodajnego kwiatu.
Zgodnie sequelową zasadą "więcej", więcej jest powagi i melancholii, a także narzekania na niszczycielski wpływ człowieka. A proprzyrodnicze przesłanie bardziej trafi, bo świat jest mocno antropomorfizowany i szybciej da do myślenia. Pojawia się żubr mówiący, że niegdyś to jego gatunek rządził na dzielni, a potem przyszły ludzie i skończyło się rumakowanie. Zaś Gobo z szokiem odkrywa, że nie wszystkim ludziom nie warto ufać. Potem i ginie żubr przyjmujący kulkę dla Mareny. Mniej familiady, bo padają trupy i depresja łabędzia ze śmierci żony. W ogóle też wisi depresyjna myśl, jeśli chodzi o relacje. W jedynce Karus do małoletnich Bambiego i Feliny odnosi jak spoko wujek. A w dwójce gdy ci dwoje dorastają, Karus chce uwieść Felinkę, a Bambi jest jego arcywrogiem.
Ujęcia Krymu nadal piękne, a dostajemy umiejętne operowanie perspektywą, by aktor grający żubra wzorem swego gatunku wydawał się większy od jeleni. Kilka jest zabiegów artystycznych, jak zmieniająca kolor szarfa Gobo, gdy zostaje postrzelony. I też ciekawy zabieg, że Gobo jest albinosem. Ciekawe czy to dlatego, że na stanie mieli kilka leucystycznych jeleni, które są prezentowane w kadrach. Gdy z białymi sarnami to było ciężko. Swoją drogą, w nadchodzącej w tym roku francuskiej ekranizacji Bambiego bohaterzy też są jeleniami szlachetnymi. To ciekawe, że nawet na Starym Świecie filmowy Bambi też nie jest sarną.
I obserwacja moja - W Disneyu dorosłego Bambiego dubbingował mąż aktorki użyczającej głosu matki Bambiego. I u Bondarczukowej też dorosłego Bambiego gra mąż aktorki grającej matkę Bambiego.
Oba filmy jak Disney są unikatowe, jeśli chodzi o kino familijne. Z artystycznym sznytem i autentyczną powagą. I czuć również autorskość. I jeśli faktycznie wyjdzie ten CGI-remake od Disneya to już wiem, jaki alternatywny live action pokazać rozczarowanym ludziom.
7/10
22-07-2024, 22:57 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08-08-2024, 00:07 przez OGPUEE.)





