The Thin Man
Z literackiego pierwowzoru Dashiella Hammetta zapewne pozostało niewiele, bo próżno szukać w Chudzielcu dekadenckiego czarnowidztwa rodem z Sokoła Maltańskiego. Zamiast czarnego kryminału dostajemy lekkiego (momentami tylko nieco bardziej mrocznego) whodunita z kapitalnym duetem Powell-Loy. Wszelakie interakcje między małżonkami: docinki, żarty, "przepychanki", w zasadzie cała, suto skropiona alkoholem, szorstka miłość stanowi(ą) serce historyjki. Zagadka zbrodni długimi fragmentami traktowana jest po macoszemu i jest li tylko apéritifem do wesołej relacji głównej parki. Nie jest to w żadnym wypadku wadą, bo sam film (podobnie jak i bohaterowie) nie "traktuje" się serio. Świetna zabawa, zapewne z czasem obejrzę kontynuacje (takowych powstało pięć). 7-8/10.
Le Corbeau aka Kruk
"Życzliwy" anonim o pseudonimie Kruk rozsyła wśród mieszkańców miasteczka skąpane w jadzie listy z oszczerstwami. Społeczność stopniowo ogarnia szaleństwo - nieufnośc prędko przeradza się pulsującą nienawiść, skrywane urazy i uprzedzenia eskalują w akty przemocy, na wierzch wypełzają najgorsze ludzkie instynkty. To krytyka i przestroga przed stadnymi zachowaniami, samoosądem itepe, celna i przez "aktualność" wybrzmiewająca jeszcze mocniej w dzisiejszych czasach; pararele z nowotworową tkanką cywilizacyjną zwaną cancel culture nasuwają się same. Dialog o odcieniach moralności i rozkołysana żarówka = coś wspaniałego. Clouzot to chyba mój ulubiony francuski reżyser; ci wszyscy Goddardzi, Renuary i inni nudziarze mogą mu czyścić buty w grobie. 8/10.
Tom Jones
Angielskie słówko "swashbuckler" najlepiej oddaje istotę dzieła Richardsona. To lekka, całkiem przyjemna, niekiedy prześmieszna łotrzykowska opowiastka ze zmyślnym (i świeżym naówczas) łamaniem czwartej ściany oraz wybitnym zagarniającym dla siebie każdą scenę Hugonem Griffithem. Powszechne, niecelne porównywanie z Barry Lyndonem wyrządza Tomowi sporą szkodę; to film o znacznie mniejszym "ciężarze" i mniejszej ambicji, takoż na tle monumentu Kubricka wypada blado (w zasadzie co nie wydaje się liche przy takim zestawieniu?). Niemniej "jak na swój gatunek" (cytując popularnego drzewiej filmwebowego spamera) "robi robotę" (przytaczając słowa kolejnego złotoustego). Nie wiem, czy te wszystkie Oscary zasłużone (z tamtego roku wyżej stawiam Huda), ale siódemeczka od Nortona - jak najbardziej.
One Cut of the Dead
Nie chcę nikomu psuć (ewentualnej) zabawy, zdradzając choćby drobne szczególiki fabularne, napiszę więc tylko, że dawno nie bawiłem się tak dobrze (i nie miałem takiego banana na ryju). OCOTD zmienił Shaun of The Dead na szczycie listy ulubionych filmów o zombiakach, a Romero ściga się z Pociągiem do Busan o najniższe miejsce na pudle. Osiemnadziesięć.
Z literackiego pierwowzoru Dashiella Hammetta zapewne pozostało niewiele, bo próżno szukać w Chudzielcu dekadenckiego czarnowidztwa rodem z Sokoła Maltańskiego. Zamiast czarnego kryminału dostajemy lekkiego (momentami tylko nieco bardziej mrocznego) whodunita z kapitalnym duetem Powell-Loy. Wszelakie interakcje między małżonkami: docinki, żarty, "przepychanki", w zasadzie cała, suto skropiona alkoholem, szorstka miłość stanowi(ą) serce historyjki. Zagadka zbrodni długimi fragmentami traktowana jest po macoszemu i jest li tylko apéritifem do wesołej relacji głównej parki. Nie jest to w żadnym wypadku wadą, bo sam film (podobnie jak i bohaterowie) nie "traktuje" się serio. Świetna zabawa, zapewne z czasem obejrzę kontynuacje (takowych powstało pięć). 7-8/10.
Le Corbeau aka Kruk
"Życzliwy" anonim o pseudonimie Kruk rozsyła wśród mieszkańców miasteczka skąpane w jadzie listy z oszczerstwami. Społeczność stopniowo ogarnia szaleństwo - nieufnośc prędko przeradza się pulsującą nienawiść, skrywane urazy i uprzedzenia eskalują w akty przemocy, na wierzch wypełzają najgorsze ludzkie instynkty. To krytyka i przestroga przed stadnymi zachowaniami, samoosądem itepe, celna i przez "aktualność" wybrzmiewająca jeszcze mocniej w dzisiejszych czasach; pararele z nowotworową tkanką cywilizacyjną zwaną cancel culture nasuwają się same. Dialog o odcieniach moralności i rozkołysana żarówka = coś wspaniałego. Clouzot to chyba mój ulubiony francuski reżyser; ci wszyscy Goddardzi, Renuary i inni nudziarze mogą mu czyścić buty w grobie. 8/10.
Tom Jones
Angielskie słówko "swashbuckler" najlepiej oddaje istotę dzieła Richardsona. To lekka, całkiem przyjemna, niekiedy prześmieszna łotrzykowska opowiastka ze zmyślnym (i świeżym naówczas) łamaniem czwartej ściany oraz wybitnym zagarniającym dla siebie każdą scenę Hugonem Griffithem. Powszechne, niecelne porównywanie z Barry Lyndonem wyrządza Tomowi sporą szkodę; to film o znacznie mniejszym "ciężarze" i mniejszej ambicji, takoż na tle monumentu Kubricka wypada blado (w zasadzie co nie wydaje się liche przy takim zestawieniu?). Niemniej "jak na swój gatunek" (cytując popularnego drzewiej filmwebowego spamera) "robi robotę" (przytaczając słowa kolejnego złotoustego). Nie wiem, czy te wszystkie Oscary zasłużone (z tamtego roku wyżej stawiam Huda), ale siódemeczka od Nortona - jak najbardziej.
One Cut of the Dead
Nie chcę nikomu psuć (ewentualnej) zabawy, zdradzając choćby drobne szczególiki fabularne, napiszę więc tylko, że dawno nie bawiłem się tak dobrze (i nie miałem takiego banana na ryju). OCOTD zmienił Shaun of The Dead na szczycie listy ulubionych filmów o zombiakach, a Romero ściga się z Pociągiem do Busan o najniższe miejsce na pudle. Osiemnadziesięć.
24-07-2024, 19:31





