^
W The Man Who Would Be King najbardziej podoba mi się Connery wyrywający się nieco ze szponów swego emploi. Sam film oczywiście spoko, no ale to przecież Huston.
The Night House
Ostatecznie niedosyt, ale wynikający z egoizmu; po prostu rozczarował mnie kierunek, w którym podążyła fabuła. Motyw depresji/żalu po stracie bliskiego w horrorze stracił świezość gdzieś tak na wysokokości końcówki ubiegłej dekady. Nadprzyrodzona nadbudowa niby robi z Nocnego Domu coś więcej niżli psychologiczny dramat z traumą w tle, ale nie oferuje zbyt wiele w dziedzinie straszenia i niewiele z niej wynika. "Obiektywnie" jest to film solidny, ze zmyślnymi sztuczkami z obrazem i dźwiękiem oraz kapitalną Rebeką Hall, ale z repertuaru Brucknera wyżej cenię bardziej konwencjonalny Rytuał. Pół dziesiątki.
Yellow Submarine
Zupełnie nie wiem, dlaczego obejrzałem dopiero "teraz", bo przecież uwielbiam Fab Four. Może odrzuciła mnie wizja filmu opartego o muzykę z najgorszej płyty Bitli (chociaż to nieco durne tłumaczenie, bo nie traktuję YS jako pełnoprawnego albumu, a i sam w sobie jest całkiem niezły). Nic to, absolutnie miodne przeżycie, piękna jazda i nawet trochę żałuję braku wspomagaczy. Fabularnie jest to oczywiście głupotka, ale nie dla historii ogląda się "stonerskie" filmiki. Humor przestrzelony tylko w kilku wypadkach, bo ogólnie to się uśmiałem (najbardziej rozwaliła mnie "Argentyna" jako nawiązanie do sanktuarium nazistów); dowcipkowanie mocno w stylu Groucho Marxa, bon mot bon mota pogania. Druga połowa ciut słabsza, gonitwa w Pieprzolandzie nieco mniej ciekawa od dryfowania po narkotykowych morzach, jednakowoż poziom wciąż wysoki. Osiem na dziesięć w skali zjarania.
The Last Detail
Była łódź, są marynarze. Kino Ashby'ego zdaje się być idealne skrojone pode mnie - okruchy życia podane z luzem, a jednocześnie ujmujące szczerością i bezpretensjonalnym rozprawianiem o człowieczeństwie. W każdym z trzech "głównych" filmów Hala (Harold and Maude, The Last Detail i Being There) zakończenia są DOKŁADNIE takie, jakie być powinny. Czasem tak łatwo zrujnować wszystko niepotrzebnym słodzeniem. Uwaga poboczna - przyglądam się filmografii aktorskich gigantów, obejmując siódmą dekadę ubiegłego wieku i biorąć pod uwagę Jacka, Ala i Roberta. No i za cholerę nie wiem, który z nich miał najlepszą serię, za cholerę...
W The Man Who Would Be King najbardziej podoba mi się Connery wyrywający się nieco ze szponów swego emploi. Sam film oczywiście spoko, no ale to przecież Huston.
The Night House
Ostatecznie niedosyt, ale wynikający z egoizmu; po prostu rozczarował mnie kierunek, w którym podążyła fabuła. Motyw depresji/żalu po stracie bliskiego w horrorze stracił świezość gdzieś tak na wysokokości końcówki ubiegłej dekady. Nadprzyrodzona nadbudowa niby robi z Nocnego Domu coś więcej niżli psychologiczny dramat z traumą w tle, ale nie oferuje zbyt wiele w dziedzinie straszenia i niewiele z niej wynika. "Obiektywnie" jest to film solidny, ze zmyślnymi sztuczkami z obrazem i dźwiękiem oraz kapitalną Rebeką Hall, ale z repertuaru Brucknera wyżej cenię bardziej konwencjonalny Rytuał. Pół dziesiątki.
Yellow Submarine
Zupełnie nie wiem, dlaczego obejrzałem dopiero "teraz", bo przecież uwielbiam Fab Four. Może odrzuciła mnie wizja filmu opartego o muzykę z najgorszej płyty Bitli (chociaż to nieco durne tłumaczenie, bo nie traktuję YS jako pełnoprawnego albumu, a i sam w sobie jest całkiem niezły). Nic to, absolutnie miodne przeżycie, piękna jazda i nawet trochę żałuję braku wspomagaczy. Fabularnie jest to oczywiście głupotka, ale nie dla historii ogląda się "stonerskie" filmiki. Humor przestrzelony tylko w kilku wypadkach, bo ogólnie to się uśmiałem (najbardziej rozwaliła mnie "Argentyna" jako nawiązanie do sanktuarium nazistów); dowcipkowanie mocno w stylu Groucho Marxa, bon mot bon mota pogania. Druga połowa ciut słabsza, gonitwa w Pieprzolandzie nieco mniej ciekawa od dryfowania po narkotykowych morzach, jednakowoż poziom wciąż wysoki. Osiem na dziesięć w skali zjarania.
The Last Detail
Była łódź, są marynarze. Kino Ashby'ego zdaje się być idealne skrojone pode mnie - okruchy życia podane z luzem, a jednocześnie ujmujące szczerością i bezpretensjonalnym rozprawianiem o człowieczeństwie. W każdym z trzech "głównych" filmów Hala (Harold and Maude, The Last Detail i Being There) zakończenia są DOKŁADNIE takie, jakie być powinny. Czasem tak łatwo zrujnować wszystko niepotrzebnym słodzeniem. Uwaga poboczna - przyglądam się filmografii aktorskich gigantów, obejmując siódmą dekadę ubiegłego wieku i biorąć pod uwagę Jacka, Ala i Roberta. No i za cholerę nie wiem, który z nich miał najlepszą serię, za cholerę...
12-08-2024, 21:27





