Klute
Doktor Pakula to fachura co się zowie, od pół wieku skutecznie leczy bezsenność u pacjentów. Przepisane lekarstwo przyjąłem w dwóch dawkach, gdyż wmuszenie całości w trakcie jednego seansu prowadziłoby zapewne do permanentnej narkolepsji. Śpiączka dopada w zasadzie każdego bohatera, a najwyraźniej uwidacznia się w znudzonym, upośledzonym wejrzeniu tytułowego detektywa. Zmarły niedawno Donald uprawia w Klute aktortwo imienia Davida Hemmingsa z Powiększenia - minimum srodków wyrazu, maksimum drewna. Kompletne wyjebongo wypisane na facjacie, jakby gościowi kompletnie na niczym nie zależało. Zagrożenie, śmierć potencjalnego świadka, wydupczenie przez Fondę, wreszcie "konfrontacja" (hehe) ze sprawcą całego zamieszania - bez względu na rangę zdarzenia gość jest ciągle tak samo nieobecny. Serio - wszyscy tutaj wyglądają, jakby chceli spać. Alan przegiął z budowaniem "nastroju", przez co uczucie paranoi, klaustrofobii, nawet jakiegoś tam szczątkowego oniryzmu zastępuje ziewanie i zerkanie na zegarek. Nawet jedyna realnie dobra scena (finałowa konfrontacja złego z Fondą) kończy się absurdalnie (wylot przez okno). Dramatycznie słaba robota, kilka poziomów poniżej PV, Ludzi Prezydenta, Zofii, Pelikana... Kurna, nawet ta głupotka z Klinem i Spaceyem lepsza... 3/10
Guess Who's Coming To Dinner
Dobry, acz nierówny film oraz niezamierzona komedia. Sceny, w których rodzice dowiadują się o niezgodności poziomu melaniny wśród narzeczonych zawierają spory ładunek nieoczywistego humoru. Nie powinienem się z tego śmiać, ale od razu przypomniał mi się Basil Fawlty przerażony czarnym lekarzem i po prostu nie mogłem... W każdy razie podjęty temat jak na "tamte czasy" był całkiem odważny i trochę szkoda, że liźnięto go pobieżnie i sprowadzono do dość płytkich wniosków. Niedomaga finał - Tracy w swojej tyradzie w zasadzie powtarza wcześniejsze spostrzeżenia innych, dodając od siebie łzawy sentymentalizm i przedszkolny "dydaktyzm". Szkoda, bo do tego momentu dialogi trzymały wysoki poziom (jak i aktorstwo, za wyjątkiem przyszłej panny młodej). Monolog działa za to na poziomie wykraczającym poza kamery - jako pożegnanie kochanków (Tracy zmarł niedługo po zakończeniu zdjęć). Magia. Tylko 6/10, aczkolwiek z biegiem lat będę pewnie mniej surowy, bo film jednak zacny. Kramer lepiej odnajdywał się na sali sądowej.
Red Shoes
Realizacyjnie - fajerwerki. Scenariuszowo - dość schematycznie, ale ze świetnymi dialogami (Borys Lermontow wygrywa). Boli nieco nieszczęsny, przedramatyzowany finał ze sztucznie wykreowanym dylematem (głupia baba i podwójnie głupi chłop), no ale chciano chyba spiąć te buciki andersenowską klamrą. Zresztą na co ja narzekam - mnóstwo czarno-białych filmów cierpiało na problemy z konkluzjami, powinienem się już przyzwyczaić i doceniać mocniej liczne zalety. 7-8/10.
Mean Girls
Zaskoczenie. Lubię dla odmiany raz czy dwa razy na rok obejrzeć jakieś potencjalne gówno w stylu filmów Marvela, Gwiezdnych Wojen czy komedii romantycznych. Zerknąłem na plakat i myślałem, ze wszystko już wiem. Wiedziałem niewiele; skrypt Fey nie wychodzi co prawda nadto ponad strefę komfortu amerykańskich filmideł o amerykańskich nastolatkach w amerykańskich szkołach (i, OCZYWIŚCIE, pada na łeb w momencie finałowego monologu, A JAKŻE), ale ujmuje lekkością opowiadania i autentycznie zabawnymi scenami. Laseczki są tu wyjątkowo słodkie, dobrze było sobie przypomnieć uroczą Loszkan sprzed terapii alkoholowo-narkotykowej. Niech będzie (nieco na wyrost) 6/10 (podnoszę ocenę z uwagi na liczbę spódniczek).
A, po drodze było jeszcze Gallipoli. Uwielbiam Weira, co poradzę. Trza w końcu zaliczyć wszystkie pozycje (hehe huhu hihi). Następna stacja: The Last Wave.
Doktor Pakula to fachura co się zowie, od pół wieku skutecznie leczy bezsenność u pacjentów. Przepisane lekarstwo przyjąłem w dwóch dawkach, gdyż wmuszenie całości w trakcie jednego seansu prowadziłoby zapewne do permanentnej narkolepsji. Śpiączka dopada w zasadzie każdego bohatera, a najwyraźniej uwidacznia się w znudzonym, upośledzonym wejrzeniu tytułowego detektywa. Zmarły niedawno Donald uprawia w Klute aktortwo imienia Davida Hemmingsa z Powiększenia - minimum srodków wyrazu, maksimum drewna. Kompletne wyjebongo wypisane na facjacie, jakby gościowi kompletnie na niczym nie zależało. Zagrożenie, śmierć potencjalnego świadka, wydupczenie przez Fondę, wreszcie "konfrontacja" (hehe) ze sprawcą całego zamieszania - bez względu na rangę zdarzenia gość jest ciągle tak samo nieobecny. Serio - wszyscy tutaj wyglądają, jakby chceli spać. Alan przegiął z budowaniem "nastroju", przez co uczucie paranoi, klaustrofobii, nawet jakiegoś tam szczątkowego oniryzmu zastępuje ziewanie i zerkanie na zegarek. Nawet jedyna realnie dobra scena (finałowa konfrontacja złego z Fondą) kończy się absurdalnie (wylot przez okno). Dramatycznie słaba robota, kilka poziomów poniżej PV, Ludzi Prezydenta, Zofii, Pelikana... Kurna, nawet ta głupotka z Klinem i Spaceyem lepsza... 3/10
Guess Who's Coming To Dinner
Dobry, acz nierówny film oraz niezamierzona komedia. Sceny, w których rodzice dowiadują się o niezgodności poziomu melaniny wśród narzeczonych zawierają spory ładunek nieoczywistego humoru. Nie powinienem się z tego śmiać, ale od razu przypomniał mi się Basil Fawlty przerażony czarnym lekarzem i po prostu nie mogłem... W każdy razie podjęty temat jak na "tamte czasy" był całkiem odważny i trochę szkoda, że liźnięto go pobieżnie i sprowadzono do dość płytkich wniosków. Niedomaga finał - Tracy w swojej tyradzie w zasadzie powtarza wcześniejsze spostrzeżenia innych, dodając od siebie łzawy sentymentalizm i przedszkolny "dydaktyzm". Szkoda, bo do tego momentu dialogi trzymały wysoki poziom (jak i aktorstwo, za wyjątkiem przyszłej panny młodej). Monolog działa za to na poziomie wykraczającym poza kamery - jako pożegnanie kochanków (Tracy zmarł niedługo po zakończeniu zdjęć). Magia. Tylko 6/10, aczkolwiek z biegiem lat będę pewnie mniej surowy, bo film jednak zacny. Kramer lepiej odnajdywał się na sali sądowej.
Red Shoes
Realizacyjnie - fajerwerki. Scenariuszowo - dość schematycznie, ale ze świetnymi dialogami (Borys Lermontow wygrywa). Boli nieco nieszczęsny, przedramatyzowany finał ze sztucznie wykreowanym dylematem (głupia baba i podwójnie głupi chłop), no ale chciano chyba spiąć te buciki andersenowską klamrą. Zresztą na co ja narzekam - mnóstwo czarno-białych filmów cierpiało na problemy z konkluzjami, powinienem się już przyzwyczaić i doceniać mocniej liczne zalety. 7-8/10.
Mean Girls
Zaskoczenie. Lubię dla odmiany raz czy dwa razy na rok obejrzeć jakieś potencjalne gówno w stylu filmów Marvela, Gwiezdnych Wojen czy komedii romantycznych. Zerknąłem na plakat i myślałem, ze wszystko już wiem. Wiedziałem niewiele; skrypt Fey nie wychodzi co prawda nadto ponad strefę komfortu amerykańskich filmideł o amerykańskich nastolatkach w amerykańskich szkołach (i, OCZYWIŚCIE, pada na łeb w momencie finałowego monologu, A JAKŻE), ale ujmuje lekkością opowiadania i autentycznie zabawnymi scenami. Laseczki są tu wyjątkowo słodkie, dobrze było sobie przypomnieć uroczą Loszkan sprzed terapii alkoholowo-narkotykowej. Niech będzie (nieco na wyrost) 6/10 (podnoszę ocenę z uwagi na liczbę spódniczek).
A, po drodze było jeszcze Gallipoli. Uwielbiam Weira, co poradzę. Trza w końcu zaliczyć wszystkie pozycje (hehe huhu hihi). Następna stacja: The Last Wave.
30-09-2024, 17:21





