(05-10-2024, 14:28)Bucho napisał(a): Oryginal jest specyficzny, jakis taki na pograniczu jawy i snu, do tego jest dziwnie epizodyczny, gdzie jest napchane masa fajnych pomyslow, ale one nie do konca do siebie pasuja, lub nie sa dobrze rozwiniete.
Czytałem, że Mordercze kuleczki oryginalnie trwały 3 godziny, ale widownia testowa zdecydowała o cięciach. I ów cut sporo wyjaśniał/rozwijał (m.in. ksywa bad guya - Tall Man pojawiała się wcześniej, a w gotowym filmie pojawia się tylko w końcówce).
Warlock (1989) - to właśnie ten drugi film, który najbardziej obejrzeć w spooktoberze. Jak tytułowy czarnoksiężnik przeniósł się do czasów współczesnych i zaczął kminić, gdzie go wywlokło, to od razu skojarzył się mi Władca zwierząt 2 (tak nawiasem, też musiałbym sobie przypomnieć). Pierwsza reakcja naszego złola to szczere zdziwienie że znalazł się w odległej przyszłości. I choć przybysze z przeszłości są zaskoczeni nowymi czasami (a nawet używają archaizmów), całkiem się nieźle adaptują do czasów współczesnych, m.in. łowca czarownic domyśla się jak działa auto i wie, że w radiu nie siedzą małe ludziki. I jedynie się dyga, gdy widzi coś co byłoby tabu/oskarżeniem o czarostwo w jego czasach. Nawet jest w chwilowej komitywie ze starym mennonitą.
Generalnie bardziej to fantasy niż horror, ale fajnie się je ogląda. To jedna z lepszych filmowych historii typu fish out of water, przynajmniej w tym czasie. Też dobrze, że nie próbują robić nacisku na komedię. Julian Sands jest tu pamiętny, choć momentami jego głos brzmi nieprzekonująco. Za to Richard E. Grant faktycznie zachowuje się jak osoba z XVII wieku. Czuć tu również dobrą chemię między aktorami. Fajne jest to, że tytułowy bohater mimo bycia najgorszym sukinsynem jest zły, gdy jest tylko taka potrzeba. Np. jak jest przyjęty przez główną bohaterkę nic jej nie robi. A z kolei do chłopca (którego potem zabija) odnosi się przyjaźnie i nawet gra w nim jakąś gierkę.
Efekty specjalne są nieco koślawe, a też mogli się postarać z charakteryzacją postarzonej Kassandry. Za to muzyka dość spoko. I zaskoczyłem się, że robił ją Jerry Goldsmith, bo jednak to raczej B-klasowiec (mimo premiery na Cannes). Zdecydowanie warty obejrzenia i status kultowca zasłużony.
8/10
06-10-2024, 22:15





