Relikt (1997) - w moim straszdzierniku debiutuje monster movie. Zwykle takich nie było, bo większość obejrzałem i to są sajfaje, a w październiku z reguły unikam sajfajów i wolę skupić na naturalnej grozie. I choć pojawia się mutant, to powstaje metodami naturalnymi i w zgodzie z Matką Naturą.
W sumie jak tak się zastanowić, to po film z SyFy Channel tyle że wysokobudżetowy i z porządnymi efektami specjalnymi i aktorami. Pretekstowe postacie, niektóre będące kliszami (jak ten jeden dupek, który obligatoryjnie ginie) oraz nieciekawe monstrum, które jednak podbija wartość swoją obecnością. I film korzysta z R-ki w dość zdawkowy sposób. Chłopaczków-wagarowiczów monstrum oszczędziło, ale już jednego z piesków uwaliło. I film cytuje Amerykańskiego wilkołaka w Londynie, bo gdy na jakiejś gali objawia się potwór, to podczas ewakuacji więcej ludzi robi sobie krzywdy niż gdyby spotkali potwora :).
Co bardziej zapamiętam to znaki czasu i epoki. Gdy laska mówi, że przesądy w muzeum to jak tancerki topless w balecie, to jej stary mentor mówi, że wtedy to by chodził na balet :). A największym dupkiem i moralnym zgnilakiem jest Azjata (dziś byłby to biały). Też fajnie, że z głównej bohaterki nie robią na siłę stronk woman i to zwykła biolożka, taka average Jane, która histerycznie reaguje na trupa. I podczas finałowego starcia cały się czas obawia potwora. I Bogu dzięki nie ma wciśniętych na siłę prób romansu biolożki z owym policjantem (gdy w podobnym obrazku z lat 50. by wystąpiło). I dobrze, bo byłoby to dla mnie nielogicznie, gdyż owy policjant jest po burzliwym rozwodzie, w którym jego była przywłaszczyła ich psa (suka jedna).
Efekty jak pisałem porządne, zresztą nadzorował je sam Stan Winston. Choć to rok 1997 rok, gdy komputery wchodziły triumfalnie, to tytułowy potwór został wykonany po bożemu. Czyli aktor w kostiumie wspomagany animatroniką. I jedyne CGI tylko tam, gdzie to faktycznie konieczne (i to one najgorzej się zestarzało).
Średniaczek, ale przyzwoity.
Uczciwe 6/10
W sumie jak tak się zastanowić, to po film z SyFy Channel tyle że wysokobudżetowy i z porządnymi efektami specjalnymi i aktorami. Pretekstowe postacie, niektóre będące kliszami (jak ten jeden dupek, który obligatoryjnie ginie) oraz nieciekawe monstrum, które jednak podbija wartość swoją obecnością. I film korzysta z R-ki w dość zdawkowy sposób. Chłopaczków-wagarowiczów monstrum oszczędziło, ale już jednego z piesków uwaliło. I film cytuje Amerykańskiego wilkołaka w Londynie, bo gdy na jakiejś gali objawia się potwór, to podczas ewakuacji więcej ludzi robi sobie krzywdy niż gdyby spotkali potwora :).
Co bardziej zapamiętam to znaki czasu i epoki. Gdy laska mówi, że przesądy w muzeum to jak tancerki topless w balecie, to jej stary mentor mówi, że wtedy to by chodził na balet :). A największym dupkiem i moralnym zgnilakiem jest Azjata (dziś byłby to biały). Też fajnie, że z głównej bohaterki nie robią na siłę stronk woman i to zwykła biolożka, taka average Jane, która histerycznie reaguje na trupa. I podczas finałowego starcia cały się czas obawia potwora. I Bogu dzięki nie ma wciśniętych na siłę prób romansu biolożki z owym policjantem (gdy w podobnym obrazku z lat 50. by wystąpiło). I dobrze, bo byłoby to dla mnie nielogicznie, gdyż owy policjant jest po burzliwym rozwodzie, w którym jego była przywłaszczyła ich psa (suka jedna).
Efekty jak pisałem porządne, zresztą nadzorował je sam Stan Winston. Choć to rok 1997 rok, gdy komputery wchodziły triumfalnie, to tytułowy potwór został wykonany po bożemu. Czyli aktor w kostiumie wspomagany animatroniką. I jedyne CGI tylko tam, gdzie to faktycznie konieczne (i to one najgorzej się zestarzało).
Średniaczek, ale przyzwoity.
Uczciwe 6/10
30-10-2024, 17:17





