September 5 - czyli film o akcji z zakładnikami na Igrzyskach w Monachium a konkretnie o pracy ekipy telewizji ABC relacjonującej to co się działo w wiosce olimpijskiej. Polityki nie ma właściwie w ogóle i chyba dobrze, też dla twórców. A skupiają się oni na zrekonstruowaniu tego co się działo głównie w reżyserce telewizyjnej (gdzie toczy się pewnie 80% filmu). Jest to przede wszystkim bardzo bardzo dobrze zmontowane, z wykorzystaniem autentycznych zdjęć archiwalnych, które wplecione są w całość właściwie w niezauważalny sposób - trzeba wiedzieć albo się przez chwilę zastanowić, które ujęcia są archiwalne a które wystylizowane na archiwalne i pokazana na ówczesnym sprzęcie. Bardzo sprawnie jest też pokazane całe techniczne zaplecze, sposób w jaki realizatorzy żonglują różnymi materiałami z różnych źródeł, jak rozmieszczeni są członkowie ekipy i sprzęt. Zagrane jest to też przyzwoicie, postaci nie są pozbawione klisz, ale nic specjalnie nie uwiera. Dialogi też niezłe. Przede wszystkim, mimo, że wiadomo jak się skończy, film trzyma w napięciu, nie ma niepotrzebnych scen. Dobrze, że nie opowiada się po żadnej ze stron. Chociaż w sumie jak teraz o tym myślę to najbardziej bierze stronę Niemców ;) - jedna czy dwie sceny są o tym, że bardzo chcą odkleić od siebie powojenną łatkę a już w ogóle nie chcą pozwolić, żeby na ich ziemi, podczas IO zabito Żydów. No pewnie można to gorzej odebrać niż ja. ;) O ile unikanie polityki wyszło moim zdaniem na dobre, trochę dziwnie film prześlizguje się po moralnym aspekcie transmitowania na żywo takiego wydarzenia. Nawet nie chodzi o to, co można pokazać (jest jeden dialog o tym czy pokazać na żywo zabijanie zakładników), ale o to, że relacja na żywo pomogła terrorystom.
Nic wybitnego, tematyka trochę wyeksploatowana, ale ogląda się znakomicie. 7/10
Decision to leave - tutaj za wiele nie mam do napisania. Ogólnie niezły film. Z jednej strony zaskoczyło mnie mimo wszystko to, że fabularne twisty nie są tu chyba celem samym w sobie. Jeśli nie fabularny to przynajmniej emocjonalny rdzeń opowieści jest w sumie całkiem prosty, ludzki, jak na "koreańczyka". Jest to częściej romans, dramat psychologiczny a rzadziej kryminał czy thriller. No, ale właśnie "częściej", bo mimo wszystko są zagadki kryminalne, jest wodzenie widza za nos, jest trochę tego typowego azjatyckiego kombinowania. Też w warstwie realizacyjnej. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć czy montażowe i narracyjne sztuczki bardziej niepotrzebnie skomplikowały historię czy pomogły ją uczynić ciekawszą do oglądania. Zdjęcia, wiadomo, klasa. Z jednej strony, w środku trochę się nudziłem, z drugiej pod koniec złapałem się na tym, że i chcę poznać rozwiązanie i nawet emocjonalnie jako taki mnie to zaangażowało. Nie jest to najlepszy Park Chan-wook, ale w sumie niezły film. Słabe 7/10
24 hour party people - powtórzyłem po kilkunastu latach i to jest po prostu jeden z moich ulubionych filmów, a muzyczny to chyba ulubiony. Jak piszemy, że takiego kina już się nie robi, zwykle mamy na myśli inne filmy, ale takich też się już nie robi. Takich niepozornych, niemal półamatorskich, małych filmów opartych na prostym, szalonym pomyśle. "Film w filmie o filmie" - coś co w innych rękach mogło wyjść pretensjonalnie, Winterbottom z Cooganem robią tak, że lepiej się chyba nie dało. Ten drugi trzyma to wszystko na swoich barkach - zajebiste jest to jak jego Tony Wilson to jednocześnie trochę Steve Coogan - inteligentny, wyszczekany, trochę buc - ale jednocześnie nie można powiedzieć, że Coogan tutaj nie gra. Idealny casting. Cała reszta też. Muzyka, wiadomo. Z pozoru tylko chaotyczna narracja, sceny na granicy improwizacji i dokumentu. No i chyba moje ulubione łamanie czwartej ściany. Oczywiście idealnie to pasuje do tematyki i czuć, że oddaje znakomicie tamte czasy, miejsce i pewnie też ludzi i atmosferę. No i jest spójne z wartościami tej "sceny". Niemal jakby ekipa filmowa była przedłużeniem tamtego środowiska, które samo o sobie robi film. Nie znam drugiego tak autentycznego filmu opartego na faktach. 9,5/10 i trzy serduszka. Pół oceny odejmuje, bo mogłoby być trochę więcej - wiem, że trochę też o to chodzi, że skaczemy w czasie i prześlizgujemy się po wszystkim, ale o ile Wilsona było wystarczająco dużo a on sam/Coogan mówi, że to nie jest film o nim, to kilkoma dodatkowymi scenami o muzykach bym nie pogardził.
Nic wybitnego, tematyka trochę wyeksploatowana, ale ogląda się znakomicie. 7/10
Decision to leave - tutaj za wiele nie mam do napisania. Ogólnie niezły film. Z jednej strony zaskoczyło mnie mimo wszystko to, że fabularne twisty nie są tu chyba celem samym w sobie. Jeśli nie fabularny to przynajmniej emocjonalny rdzeń opowieści jest w sumie całkiem prosty, ludzki, jak na "koreańczyka". Jest to częściej romans, dramat psychologiczny a rzadziej kryminał czy thriller. No, ale właśnie "częściej", bo mimo wszystko są zagadki kryminalne, jest wodzenie widza za nos, jest trochę tego typowego azjatyckiego kombinowania. Też w warstwie realizacyjnej. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć czy montażowe i narracyjne sztuczki bardziej niepotrzebnie skomplikowały historię czy pomogły ją uczynić ciekawszą do oglądania. Zdjęcia, wiadomo, klasa. Z jednej strony, w środku trochę się nudziłem, z drugiej pod koniec złapałem się na tym, że i chcę poznać rozwiązanie i nawet emocjonalnie jako taki mnie to zaangażowało. Nie jest to najlepszy Park Chan-wook, ale w sumie niezły film. Słabe 7/10
24 hour party people - powtórzyłem po kilkunastu latach i to jest po prostu jeden z moich ulubionych filmów, a muzyczny to chyba ulubiony. Jak piszemy, że takiego kina już się nie robi, zwykle mamy na myśli inne filmy, ale takich też się już nie robi. Takich niepozornych, niemal półamatorskich, małych filmów opartych na prostym, szalonym pomyśle. "Film w filmie o filmie" - coś co w innych rękach mogło wyjść pretensjonalnie, Winterbottom z Cooganem robią tak, że lepiej się chyba nie dało. Ten drugi trzyma to wszystko na swoich barkach - zajebiste jest to jak jego Tony Wilson to jednocześnie trochę Steve Coogan - inteligentny, wyszczekany, trochę buc - ale jednocześnie nie można powiedzieć, że Coogan tutaj nie gra. Idealny casting. Cała reszta też. Muzyka, wiadomo. Z pozoru tylko chaotyczna narracja, sceny na granicy improwizacji i dokumentu. No i chyba moje ulubione łamanie czwartej ściany. Oczywiście idealnie to pasuje do tematyki i czuć, że oddaje znakomicie tamte czasy, miejsce i pewnie też ludzi i atmosferę. No i jest spójne z wartościami tej "sceny". Niemal jakby ekipa filmowa była przedłużeniem tamtego środowiska, które samo o sobie robi film. Nie znam drugiego tak autentycznego filmu opartego na faktach. 9,5/10 i trzy serduszka. Pół oceny odejmuje, bo mogłoby być trochę więcej - wiem, że trochę też o to chodzi, że skaczemy w czasie i prześlizgujemy się po wszystkim, ale o ile Wilsona było wystarczająco dużo a on sam/Coogan mówi, że to nie jest film o nim, to kilkoma dodatkowymi scenami o muzykach bym nie pogardził.
21-11-2024, 11:41





