Kilka dobrych filmów ostatnio widziałem, w zasadzie same mocne siódemeczki łamane na chude ósemki (gdzieniegdzie drobne spoilery).
Kiss Me Deadly zaczyna się niczym klasyczny noir z gruboskórnym szpiclem oraz damulką w opałach i poprzez kilka płytkich dołków fabularnych i nieco nużący drugi akt dociera do zaskakującego finału. Kompletnie nie spodziewałem się kierunku, w jakim podąży historia i przedmiotu-powodu całej intrygi. Przebieg zdarzeń można zawrzeć w angielskim porzekadle "ciekawość zabiła kota". Główny bohater wchodzi w sam środek gry rozgrywającej się kilka poziomów ponad jego ograniczonym światkiem i ostatecznie uświadamia sobie, że był tylko nieistotnym pionkiem, a pewnych spraw lepiej nie tykać. Jeśli nawet w finale udaje mu się umnąć kostusze, to jest to zaledwie pyrrusowe zwycięstwo w obliczu strat personalnych i zerowych zysków. Dodatkowy smaczek: KMD wyraźnie zainspirował zarówno Tarantino (Pulp Fiction), jak i Spielberga (Raiders of the Lost Ark).
Southern Comfort aka Dziewięciu Murzynków na bagnach Luizjany (chyba nawet mamy stosowny temat na forum). Nie podobało mi się kilka durnych decyzji poniektórych wojaków i pozostawienie przy życiu oczywistej dwójki. No, Hill mógłby może mometami jeszcze bardziej przykręcić śrubę i pogłębić uczucie osaczenia towarzyszące biednym żołnierzykom, ale dośc już narzekania, bo wszystko inne cacy. Tęskno mi do takich ekranowych twardzieli z tym ich bezkompromisowym sposobem bycia i szorstkim podejściem do towarzyszy (kiedyś to było, częśc 26324); duet Carradine - Boothe wymiata, Brion James zalicza świetny epizod, a dobre wrażenia podbija odmierzany w spazmatycznym tempie wieśniackiego muzykowania finał.
Heavenly Creatures to zło w dziewczęcych łaszkach. W pewnym momencie poczułem przesyt Czwartym Światem i całym tym "sennym", nieco wykoślawionym ujęciem rzeczywistości, ale po wejściu napisów końcówych z uznaniem pokiwałem łbem. Dzięki zmyślnemu operowaniu kontrastami finał wali w głowę (przepraszam, naprawdę) jeszcze mocniej; straszniejszy niż większość nowych horrorów. Przerażacze są spoko (ale bez przesady), w Martwicy Mózgu mamy tylko jedną dobrą scenę, więc Niebiańskie Istoty z miejsca zostają moim ulubionym filmem Jacksona wychodzącego poza Śródziemie.
Z nieco mniejszym entuzjazmem polecam Gaslight. Sprawnie budowany nastrój i świetna Bergman bledną nieco w obliczu nieznośnie przedłużanego metrażu i oczywistego, widocznego od początku motywu fabularnego.
Kiss Me Deadly zaczyna się niczym klasyczny noir z gruboskórnym szpiclem oraz damulką w opałach i poprzez kilka płytkich dołków fabularnych i nieco nużący drugi akt dociera do zaskakującego finału. Kompletnie nie spodziewałem się kierunku, w jakim podąży historia i przedmiotu-powodu całej intrygi. Przebieg zdarzeń można zawrzeć w angielskim porzekadle "ciekawość zabiła kota". Główny bohater wchodzi w sam środek gry rozgrywającej się kilka poziomów ponad jego ograniczonym światkiem i ostatecznie uświadamia sobie, że był tylko nieistotnym pionkiem, a pewnych spraw lepiej nie tykać. Jeśli nawet w finale udaje mu się umnąć kostusze, to jest to zaledwie pyrrusowe zwycięstwo w obliczu strat personalnych i zerowych zysków. Dodatkowy smaczek: KMD wyraźnie zainspirował zarówno Tarantino (Pulp Fiction), jak i Spielberga (Raiders of the Lost Ark).
Southern Comfort aka Dziewięciu Murzynków na bagnach Luizjany (chyba nawet mamy stosowny temat na forum). Nie podobało mi się kilka durnych decyzji poniektórych wojaków i pozostawienie przy życiu oczywistej dwójki. No, Hill mógłby może mometami jeszcze bardziej przykręcić śrubę i pogłębić uczucie osaczenia towarzyszące biednym żołnierzykom, ale dośc już narzekania, bo wszystko inne cacy. Tęskno mi do takich ekranowych twardzieli z tym ich bezkompromisowym sposobem bycia i szorstkim podejściem do towarzyszy (kiedyś to było, częśc 26324); duet Carradine - Boothe wymiata, Brion James zalicza świetny epizod, a dobre wrażenia podbija odmierzany w spazmatycznym tempie wieśniackiego muzykowania finał.
Heavenly Creatures to zło w dziewczęcych łaszkach. W pewnym momencie poczułem przesyt Czwartym Światem i całym tym "sennym", nieco wykoślawionym ujęciem rzeczywistości, ale po wejściu napisów końcówych z uznaniem pokiwałem łbem. Dzięki zmyślnemu operowaniu kontrastami finał wali w głowę (przepraszam, naprawdę) jeszcze mocniej; straszniejszy niż większość nowych horrorów. Przerażacze są spoko (ale bez przesady), w Martwicy Mózgu mamy tylko jedną dobrą scenę, więc Niebiańskie Istoty z miejsca zostają moim ulubionym filmem Jacksona wychodzącego poza Śródziemie.
Z nieco mniejszym entuzjazmem polecam Gaslight. Sprawnie budowany nastrój i świetna Bergman bledną nieco w obliczu nieznośnie przedłużanego metrażu i oczywistego, widocznego od początku motywu fabularnego.
04-12-2024, 15:38





