Opowieść wigilijna Muppetów - wreszcie się udało mi ujrzeć (raz ściągnąłem z emula i może fragmenty looknąłem). I to w Wigilię (bo z racji, że od jakiegoś czasu jestem u siostry w Austrii i dzisiaj poza pakowaniem prezentów nie było uber przygotowań i cepeliady).
Bardzo ładnie połączyli typowy muppetowy humor (jak Rizzo dziwi się, że zaczyna się to tak mrocznie. I potem pyta Gonza Dickensa czy to dobre dla widowni dziecięcej. Marleyowie szczycą się tym, że wyeksmitowali cały sierociniec i dzieci stały zmarznięte na śniegu :D) z poważną i ciepłą historią, a także Disney na tym etapie jeszcze nie stracił swej magii. I naprawdę udało się w emocje. Przede wszystkim podeszli do ekranizacji poważnie. Pojawia się wiele razy fraza "God". Wierzę w rozpacz pompatycznej Świnki Piggy po śmierci syna. Z kolei duchy świąt nie są tu prezentowane przez znane muppety. Przy czym przywodzą mi na myśl inspiracje innymi franczyzami Hensona; duch przeszłości to Ciemny kryształ, teraźniejszy przypomina Gorgi z Fraglesów, a ten z przyszłości to coś co mogło się znaleźć w Bajarzu. I Scrooge to nadal skąpa menda i to nie w stylu "zrzędliwy dziad", a gnój bez skrupułów; nie muszę mówić, że Michael Caine spisał się na medal (zresztą udowodnił, że potrafi grać antypatyczne osoby jak w Dopaść Cartera). I Scrooge w tej wersji jest subtelny. Gdy zmienia się na lepsze, to nie podskakuje krzycząc MERRY CHRISTMAS! i jest ciutkę milszy. Wpierw zleca wysłanie po indyka i mówi do siebie, że musi zrobić to i to. I wita się z innymi życząc jak każda inna osoba. Zwłaszcza subtelnie i ludzko pokazano postać jak rozkleja przy grze "tak czy nie" u Freda i dociera, że nikt mnie nie lubi. Choć też byłbym kutafonem gdyby cało miasto ułożyło o mnie piosenkę jakim to jestem niedobry i śpiewało tylko po to by mnie podwkurwić.
Właśnie. Piosenki Paula Williamsa są tu dobre - szczególnie pierwszy kawałek, gdy nie widać twarzy Scrooge'a, przewodnia piosenka ducha obecnych świąt czy mój faworyt - rozstanie Belli z Scrooge'em. Swoją drogą nie wiem, który matołek zdecydował, żeby usunąć piosenkę Belli (przez co na Disney+ muszę przerywać seans, by oglądać pokątnie na youtube brakujący fragment) ponieważ płacz Rizza nie ma sensu. Daje ona wielki character development Scrooge'a - gdy śpiewa z nią ostatnie słowa, można czuć że te rozstania siedziało w nim przez lata i żałował, że wolał kasę zamiast miłości.
Podoba mi się też uracjonalnienie niektórych aspektów powieści. Kiedy Scrooge już za młodu przejawia bycie kutwą, by podczas stażu Fozzy'ego zamartwia wydatkami (BTW nieźle dobrali aktora do młodego, bo faktycznie przypomina Caine'a). I np. uwiarygodnili motyw dlaczego Scrooge przejął się losem Tiny Tima, bo od kuśtykania się nie umiera. A tu Tiny Tim ma jakieś przewlekłe zapalenie płuc, które nieleczone może prowadzić do śmierci.
Zdecydowanie czołówka muppetowych filmów.
9/10
A przy okazji, wczoraj wleciał potężny materiał Sabersparka o Muppetach i co spowodowało ich pokrycie kurzem:
Bardzo ładnie połączyli typowy muppetowy humor (jak Rizzo dziwi się, że zaczyna się to tak mrocznie. I potem pyta Gonza Dickensa czy to dobre dla widowni dziecięcej. Marleyowie szczycą się tym, że wyeksmitowali cały sierociniec i dzieci stały zmarznięte na śniegu :D) z poważną i ciepłą historią, a także Disney na tym etapie jeszcze nie stracił swej magii. I naprawdę udało się w emocje. Przede wszystkim podeszli do ekranizacji poważnie. Pojawia się wiele razy fraza "God". Wierzę w rozpacz pompatycznej Świnki Piggy po śmierci syna. Z kolei duchy świąt nie są tu prezentowane przez znane muppety. Przy czym przywodzą mi na myśl inspiracje innymi franczyzami Hensona; duch przeszłości to Ciemny kryształ, teraźniejszy przypomina Gorgi z Fraglesów, a ten z przyszłości to coś co mogło się znaleźć w Bajarzu. I Scrooge to nadal skąpa menda i to nie w stylu "zrzędliwy dziad", a gnój bez skrupułów; nie muszę mówić, że Michael Caine spisał się na medal (zresztą udowodnił, że potrafi grać antypatyczne osoby jak w Dopaść Cartera). I Scrooge w tej wersji jest subtelny. Gdy zmienia się na lepsze, to nie podskakuje krzycząc MERRY CHRISTMAS! i jest ciutkę milszy. Wpierw zleca wysłanie po indyka i mówi do siebie, że musi zrobić to i to. I wita się z innymi życząc jak każda inna osoba. Zwłaszcza subtelnie i ludzko pokazano postać jak rozkleja przy grze "tak czy nie" u Freda i dociera, że nikt mnie nie lubi. Choć też byłbym kutafonem gdyby cało miasto ułożyło o mnie piosenkę jakim to jestem niedobry i śpiewało tylko po to by mnie podwkurwić.
Właśnie. Piosenki Paula Williamsa są tu dobre - szczególnie pierwszy kawałek, gdy nie widać twarzy Scrooge'a, przewodnia piosenka ducha obecnych świąt czy mój faworyt - rozstanie Belli z Scrooge'em. Swoją drogą nie wiem, który matołek zdecydował, żeby usunąć piosenkę Belli (przez co na Disney+ muszę przerywać seans, by oglądać pokątnie na youtube brakujący fragment) ponieważ płacz Rizza nie ma sensu. Daje ona wielki character development Scrooge'a - gdy śpiewa z nią ostatnie słowa, można czuć że te rozstania siedziało w nim przez lata i żałował, że wolał kasę zamiast miłości.
Podoba mi się też uracjonalnienie niektórych aspektów powieści. Kiedy Scrooge już za młodu przejawia bycie kutwą, by podczas stażu Fozzy'ego zamartwia wydatkami (BTW nieźle dobrali aktora do młodego, bo faktycznie przypomina Caine'a). I np. uwiarygodnili motyw dlaczego Scrooge przejął się losem Tiny Tima, bo od kuśtykania się nie umiera. A tu Tiny Tim ma jakieś przewlekłe zapalenie płuc, które nieleczone może prowadzić do śmierci.
Zdecydowanie czołówka muppetowych filmów.
9/10
A przy okazji, wczoraj wleciał potężny materiał Sabersparka o Muppetach i co spowodowało ich pokrycie kurzem:
24-12-2024, 21:47





