Prócz tradycyjnego bożonarodzeniowego maratonu zdecydowałem w grudniu obejrzeć kilka przygodowych klasyków z lat 30. (i jeden z 40.), na które dawno miałem na celowniku:
Czarownica (1935) - nie ten disneyowski badziew z Jolie, ale She z 1935 od Meriana C. Coopera. Odnośnie Walta Disneya, widać że musiał się on inspirować jednym outfitem tytułowej bohaterki przy kreowaniu złej królowej z Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludów. Gahagan ma nawet podobny głos. Ale postać bardziej sympatyczna i można jej współczuć. Tu trochę scenarzystom nie udało sprzedać okrutnej władczyni, bo jedyny akt zła to kolektywne skazanie jaskiniowców na śmierć z racjonalnych jednak pobudek. I traktuje Leo szczerym uczuciem. Ciekawe, iż to była jedyna rola filmowa Gahagan.
Całkiem spoko przygodówka w klimatach King Konga. Dobrym urozmaiceniem jest to, że zaginiony ląd znajduje się na kole podbiegunowym, mimo że stylistyka pseudoegipska i art deco tak zbytnio się nie kojarzą. Jest nawet dbałość o szczegóły, np. główny bohater będąc kilka dni w arktycznej głuszy ma kilkudniowy zarost. Są imponujące efekty specjalne jak rozwalający się lodowiec czy płomień życia. W ogóle filmu nie można odmówić widowiskowości, zważywszy że Cooper musiał się posiłkować gotowymi dekoracjami, a w ostatniej chwili odmówiono mu przydziału na kolorową taśmę. Zwłaszcza ceremonia nadania nieśmiertelności zachwyca rozmachem.
7/10
Lost Horizon (1937) - od lat się zabierałem i zabierałem, aż wreszcie się zabrałem. I dobrze, bo oglądam najnowszą i najkompletniejszą restaurację. Zresztą można dostrzec, jaki materiał został pierwotnie usunięty. I szkoda, że film nie zachował się całości. Zwłaszcza, że robi wrażenie i jest odprężający.
Shangri-La faktycznie idylliczne i od razu chce się w takim miejscu zamieszkać, z daleka od tego trawiącego cywilizację szajsu. I nawet moralnie wątpliwa osoba zmienia nastawienie i postanawia się przydać społeczeństwu. Mnie co zaskoczyło, to że film promuje wartości chrześcijańskie, mimo egzotycznego settingu. Szczególnie, że klasztor ma modernistyczną architekturę, a Chang wspomina, iż nie ma wiodącej religii. Nawet yellowface H.B. Warnera nie przeszkadza, bo w kontekście filmu ma to sens, ponieważ tu są różni ludzie z różnych kultur i mogłoby wystąpić wymieszanie (pewnie jeszcze dzisiaj jest jedna kontrowersja, bo w jednym momencie jest sporo gołych dziecięcych tyłków). A i tak dla wielu może się okazać całkiem progresywny. Główny bohater mimo że ewakuował białych z ogarniętych wojną Chin żałuje, że nie zrobił tego samego z lokalsami, którym też zagrażają rewolucjoniści. I jest tak zrezygnowany, że uważa porwanie przez bandytów za ciekawsze niż objęcie teki ministra. Zresztą świetna jest gra aktorksa Colmana - w jego postaci odczuwa się melancholię i brak sensu życiu. W scenach z Wielkim Lamą, gdzie gra jedynie oczami udaje się przekazać emocje. Podobnie z resztą. Nawet postacie kobiece są dobrze zagrane i się w nie wierzy (i też są dobrze napisane).
Realizacyjnie miodzik. Zdjęcia, szczególnie nieprzyjaznej przyrody (lub imitowanej w studyjnych warunkach), cudowne, zwłaszcza że mamy do czynienia z faktycznym filmowaniem latających samolotów. I kilka kadrów też przywozi klimaty noir. I matte painting w większości niedostrzegalne. Zdecydowanie obowiązkowa pozycja dIa tych co chcą poznać amerykańskie kino i twórczość Capry.
10/10
Czarownica (1935) - nie ten disneyowski badziew z Jolie, ale She z 1935 od Meriana C. Coopera. Odnośnie Walta Disneya, widać że musiał się on inspirować jednym outfitem tytułowej bohaterki przy kreowaniu złej królowej z Królewny śnieżki i siedmiu krasnoludów. Gahagan ma nawet podobny głos. Ale postać bardziej sympatyczna i można jej współczuć. Tu trochę scenarzystom nie udało sprzedać okrutnej władczyni, bo jedyny akt zła to kolektywne skazanie jaskiniowców na śmierć z racjonalnych jednak pobudek. I traktuje Leo szczerym uczuciem. Ciekawe, iż to była jedyna rola filmowa Gahagan.
Całkiem spoko przygodówka w klimatach King Konga. Dobrym urozmaiceniem jest to, że zaginiony ląd znajduje się na kole podbiegunowym, mimo że stylistyka pseudoegipska i art deco tak zbytnio się nie kojarzą. Jest nawet dbałość o szczegóły, np. główny bohater będąc kilka dni w arktycznej głuszy ma kilkudniowy zarost. Są imponujące efekty specjalne jak rozwalający się lodowiec czy płomień życia. W ogóle filmu nie można odmówić widowiskowości, zważywszy że Cooper musiał się posiłkować gotowymi dekoracjami, a w ostatniej chwili odmówiono mu przydziału na kolorową taśmę. Zwłaszcza ceremonia nadania nieśmiertelności zachwyca rozmachem.
7/10
Lost Horizon (1937) - od lat się zabierałem i zabierałem, aż wreszcie się zabrałem. I dobrze, bo oglądam najnowszą i najkompletniejszą restaurację. Zresztą można dostrzec, jaki materiał został pierwotnie usunięty. I szkoda, że film nie zachował się całości. Zwłaszcza, że robi wrażenie i jest odprężający.
Shangri-La faktycznie idylliczne i od razu chce się w takim miejscu zamieszkać, z daleka od tego trawiącego cywilizację szajsu. I nawet moralnie wątpliwa osoba zmienia nastawienie i postanawia się przydać społeczeństwu. Mnie co zaskoczyło, to że film promuje wartości chrześcijańskie, mimo egzotycznego settingu. Szczególnie, że klasztor ma modernistyczną architekturę, a Chang wspomina, iż nie ma wiodącej religii. Nawet yellowface H.B. Warnera nie przeszkadza, bo w kontekście filmu ma to sens, ponieważ tu są różni ludzie z różnych kultur i mogłoby wystąpić wymieszanie (pewnie jeszcze dzisiaj jest jedna kontrowersja, bo w jednym momencie jest sporo gołych dziecięcych tyłków). A i tak dla wielu może się okazać całkiem progresywny. Główny bohater mimo że ewakuował białych z ogarniętych wojną Chin żałuje, że nie zrobił tego samego z lokalsami, którym też zagrażają rewolucjoniści. I jest tak zrezygnowany, że uważa porwanie przez bandytów za ciekawsze niż objęcie teki ministra. Zresztą świetna jest gra aktorksa Colmana - w jego postaci odczuwa się melancholię i brak sensu życiu. W scenach z Wielkim Lamą, gdzie gra jedynie oczami udaje się przekazać emocje. Podobnie z resztą. Nawet postacie kobiece są dobrze zagrane i się w nie wierzy (i też są dobrze napisane).
Realizacyjnie miodzik. Zdjęcia, szczególnie nieprzyjaznej przyrody (lub imitowanej w studyjnych warunkach), cudowne, zwłaszcza że mamy do czynienia z faktycznym filmowaniem latających samolotów. I kilka kadrów też przywozi klimaty noir. I matte painting w większości niedostrzegalne. Zdecydowanie obowiązkowa pozycja dIa tych co chcą poznać amerykańskie kino i twórczość Capry.
10/10
23-12-2024, 21:44





