Kilka popieprzonych tytułów:
Wake in Fright to ponury, brudny i odpychający fresk przedstawiający zezwierzęcone twory człowiekopodobne gdzieś na zapomnianym przez Boga skrawku antypodów. Nuda, wszechobecny syf i żar lejący się z nieba ("taka spiekota w mieście to piekło") przyśpieszają wywlekanie na wierzch najgorszych ludzkich cech. Bohaterowie nie tyle żyją, co wegetują, a hektolitry wyżłopanego piwska pozwalają przejąć kontrolę prymitywnym instynktom. Nie śledzi się ich z przyjemnością, a raczej z pewnego rodzaju perwersyjnym zaciekawieniem... przynajmniej przez chwilę. Scena polowania na kangury to obrzydliwość i czyste zło. Film na plus, ale nigdy do niego nie wrócę. A, osobny fragment ku pamięci Donalda Pleasence'a. Niedowidzący, poczciwy więzień. Wytworny, nieco pretensjonalny koneser win. "Przerysowany" szef przestępczej organizacji. Programista-dziwak. Porwany prezydent. Nięustępliwy psychiatra. Wreszczie - zapijaczony doktor na australijskiej pipidówie. Kompletnie różne role i za każdym razem świetne aktorstwo. Niedoceniany(chyba).
Heathers to mniej więcej "moja" planeta. Czasem gubi gdzieś piłeczkę w żonglerce gatunkowej, niemniej występ kończy z gracją. Do sensu podchodziłem bez oczekiwań i znajomości fabuły, będąc świadomym jedynie kultowego statusu, nie byłem więc przygotowany na chore jazdy. Jako czarna komedia i zniekształcone odbicie (w gabinecie luster) klasyków kina młodzieżowego wymiata, kilka scen i tekstów to mistrzostwo mrocznego humoru (pogrzeb, o rany :)). Dołuje nieco nastomiast, gdy decyduje się na sardoniczne komentowanie rzeczywistości; traci wtedy trochę polotu przyciężkawymi dygresjami. To niewielki zarzut, całość jest super, spokojnie ósemeczka. Opinia poboczna: Ryder i Slater to w najlepszym razie przeciętni aktorzy, ale do konwencji proponowanej w Heathers pasują jak ulał.
The Coffee Table zaczyna się całkiem udanie i bawi ping-pongiem ciętych dialogów, niestety traci impet (paradoksalnie) w momencie największego uderzenia (hehe). Przez godzinę obserwujemy Atak Paniki: De Muwi, emocjonalne porno z protagonistą w środku koszmaru. Chyba bardziej doceniłbym pójście w makabreskę/chamską komedię, bo sześcdziesiąt minut hiszpańskiej traumy na ekranie kompletnie mnie wynudziło (znowu paradoksalnie). Bezcelowe toto.
A, tak na marginesie: nadrobiłem w końcu Fantomasa. Do bani, nudne to i nieśmieszne. Od kompletnej wtopy ratuje całość jedynie De Funes.
@Melvin
O The Offence chyba tu kiedyś gadaliśmy. Niezły, acz trudny film. Jeśli chcesz coś lepszego w związku z głównym trio (Lumet, Connery, Bannen), to sięgnij po The Hill.
Wake in Fright to ponury, brudny i odpychający fresk przedstawiający zezwierzęcone twory człowiekopodobne gdzieś na zapomnianym przez Boga skrawku antypodów. Nuda, wszechobecny syf i żar lejący się z nieba ("taka spiekota w mieście to piekło") przyśpieszają wywlekanie na wierzch najgorszych ludzkich cech. Bohaterowie nie tyle żyją, co wegetują, a hektolitry wyżłopanego piwska pozwalają przejąć kontrolę prymitywnym instynktom. Nie śledzi się ich z przyjemnością, a raczej z pewnego rodzaju perwersyjnym zaciekawieniem... przynajmniej przez chwilę. Scena polowania na kangury to obrzydliwość i czyste zło. Film na plus, ale nigdy do niego nie wrócę. A, osobny fragment ku pamięci Donalda Pleasence'a. Niedowidzący, poczciwy więzień. Wytworny, nieco pretensjonalny koneser win. "Przerysowany" szef przestępczej organizacji. Programista-dziwak. Porwany prezydent. Nięustępliwy psychiatra. Wreszczie - zapijaczony doktor na australijskiej pipidówie. Kompletnie różne role i za każdym razem świetne aktorstwo. Niedoceniany(chyba).
Heathers to mniej więcej "moja" planeta. Czasem gubi gdzieś piłeczkę w żonglerce gatunkowej, niemniej występ kończy z gracją. Do sensu podchodziłem bez oczekiwań i znajomości fabuły, będąc świadomym jedynie kultowego statusu, nie byłem więc przygotowany na chore jazdy. Jako czarna komedia i zniekształcone odbicie (w gabinecie luster) klasyków kina młodzieżowego wymiata, kilka scen i tekstów to mistrzostwo mrocznego humoru (pogrzeb, o rany :)). Dołuje nieco nastomiast, gdy decyduje się na sardoniczne komentowanie rzeczywistości; traci wtedy trochę polotu przyciężkawymi dygresjami. To niewielki zarzut, całość jest super, spokojnie ósemeczka. Opinia poboczna: Ryder i Slater to w najlepszym razie przeciętni aktorzy, ale do konwencji proponowanej w Heathers pasują jak ulał.
The Coffee Table zaczyna się całkiem udanie i bawi ping-pongiem ciętych dialogów, niestety traci impet (paradoksalnie) w momencie największego uderzenia (hehe). Przez godzinę obserwujemy Atak Paniki: De Muwi, emocjonalne porno z protagonistą w środku koszmaru. Chyba bardziej doceniłbym pójście w makabreskę/chamską komedię, bo sześcdziesiąt minut hiszpańskiej traumy na ekranie kompletnie mnie wynudziło (znowu paradoksalnie). Bezcelowe toto.
A, tak na marginesie: nadrobiłem w końcu Fantomasa. Do bani, nudne to i nieśmieszne. Od kompletnej wtopy ratuje całość jedynie De Funes.
@Melvin
O The Offence chyba tu kiedyś gadaliśmy. Niezły, acz trudny film. Jeśli chcesz coś lepszego w związku z głównym trio (Lumet, Connery, Bannen), to sięgnij po The Hill.
20-01-2025, 21:25





