W "Breaking Bad"
Tam też to momentami sprawia wrażenie jakieś odrealnione i nie do końca poważne, ale moim zdaniem lepiej balansuje na granicy. Wiadomo, że Gilligan miał w tym względzie łatwiej, bo jednak nie wprowadzał żadnych wątków mistycznych/horrorowych i finalnie jest to historia osadzona w realnym świecie. Niemniej uważam, że w "Twin Peaks" momentami za bardzo widać szwy, inscenizacja wychodzi zbyt mocno na pierwszy plan, co powoduje, że nie widzę w pierwszej kolejności zdarza mi się widzieć tam rewelacyjną koncepcję samą w sobie, a nie faktycznie świat przedstawiony i się w niego wgłębiać.
Mógłbym powiedzieć, że "Twin Peaks" - a może i w ogóle całą twórczość Lyncha - bardziej podziwiam i szanuję, niż faktycznie lubię. Bo chyba nie umiem się w to wszystko zaangażować i dać wchłonąć.
Akurat powtarzam serial, bo uznałem, że poza zobaczyć ten cały powrót, ale lepiej zrobić podbudowę w postaci przypomnienia sobie oryginału. Jestem na podobym etapie co Simek i chyba nawet mamy zbliżone tempo.
Też mnie niezbyt angażuje intryga. Tym bardziej, że ona chyba też nie była priorytetem dla Lyncha i Frosta, a bardziej pretekstem. Mnie to wręcz odbija ten motyw, że Cooper bazuje na swoich snach, wizjach (które w sumie nie są tylko wizjami, ale skrótowo gadam). Wolałbym, żeby te wszystkie cyrki działy się jednak może subtelniej, jakoś bardziej obok. Żeby ta dziwność była właśnie dziwnością, anomalią, a nie fundamentem.
Przy powtórce to wręcz byłem zdziwiony, że tak szybko wjeżdżają te wszystkie odjazdy. Miałem - błędnie - w pamięci jakiś obraz, że to wszystko wkracza w tę opowieść bardziej stopniowo. I dzięki temu uważałem to za lepsze - oczywiście lepsze dla mnie, bo to nie jest krytyka jako taka.
Tam też to momentami sprawia wrażenie jakieś odrealnione i nie do końca poważne, ale moim zdaniem lepiej balansuje na granicy. Wiadomo, że Gilligan miał w tym względzie łatwiej, bo jednak nie wprowadzał żadnych wątków mistycznych/horrorowych i finalnie jest to historia osadzona w realnym świecie. Niemniej uważam, że w "Twin Peaks" momentami za bardzo widać szwy, inscenizacja wychodzi zbyt mocno na pierwszy plan, co powoduje, że nie widzę w pierwszej kolejności zdarza mi się widzieć tam rewelacyjną koncepcję samą w sobie, a nie faktycznie świat przedstawiony i się w niego wgłębiać.
Mógłbym powiedzieć, że "Twin Peaks" - a może i w ogóle całą twórczość Lyncha - bardziej podziwiam i szanuję, niż faktycznie lubię. Bo chyba nie umiem się w to wszystko zaangażować i dać wchłonąć.
Akurat powtarzam serial, bo uznałem, że poza zobaczyć ten cały powrót, ale lepiej zrobić podbudowę w postaci przypomnienia sobie oryginału. Jestem na podobym etapie co Simek i chyba nawet mamy zbliżone tempo.
Też mnie niezbyt angażuje intryga. Tym bardziej, że ona chyba też nie była priorytetem dla Lyncha i Frosta, a bardziej pretekstem. Mnie to wręcz odbija ten motyw, że Cooper bazuje na swoich snach, wizjach (które w sumie nie są tylko wizjami, ale skrótowo gadam). Wolałbym, żeby te wszystkie cyrki działy się jednak może subtelniej, jakoś bardziej obok. Żeby ta dziwność była właśnie dziwnością, anomalią, a nie fundamentem.
Przy powtórce to wręcz byłem zdziwiony, że tak szybko wjeżdżają te wszystkie odjazdy. Miałem - błędnie - w pamięci jakiś obraz, że to wszystko wkracza w tę opowieść bardziej stopniowo. I dzięki temu uważałem to za lepsze - oczywiście lepsze dla mnie, bo to nie jest krytyka jako taka.
.
26-01-2025, 12:04





