Bambi: Opowieść leśna - okazało się, że ten francuski Bambi będzie w polskich kinach, to uznałem że pójdę i przy okazji zabrałem swoją przyszłą chrześnicę i nasze matki. Jeśli mam dać zarobić którejś live action ekranizacji Bambiego, to niech będzie ta z mojego kontynentu. Swoją drogą część moich znajomych była przekonana, że jest to ten CGI-remake Disneya (i mam nadzieję, że nie powstanie). Jedna kumpela brała występującego tam królika za Tuptusia (tutaj ma na imię Kacperek). Nie zdziwię się, że część osób olała film sądząc, że to disnejowski rimejk i się zraziła. Diversity nie uniknęło Bambiego, bo wśród jego ziomeczków jest amerykański szop ;).
Po zwiastunach spodziewałem się większej cukierkowości, a mile się zaskoczyłem. Bardziej idzie to w fabularyzowany dokument, bo zwierzęta nie są zantropomorfizowane, a jedyny głos to narracja z offu (nie, polskiej wersji nie czytała Krystyna Czubówna). Coś jak Saga prastarej puszczy dla młodszych. I sądziłem, że przez 95% część filmu główny bohater będzie tylko dzieckiem, a jednak dostajemy jeleni Boyhood. Przez co jest też trochę też bardziej zgodny naukowo (co robiono zarzut wersji Disneya), bo Bambi zostaje półsierotą w wieku nastoletnim i gdy jest jako tako samodzielny. A głównym przyjacielem jelonka jest czarnowron (ewidentnie nazwany po Saltenie i moim zdaniem, to zwierzę i jego rodzina bardziej pasuje na alegorię prześladowanych mniejszości), więc ta przyjaźń mięsożerca-jarosz nie wybija.
Uaktualnia też względem książki, bo w lesie występują szczytowe drapieżniki - zarówno te lądowe i powietrzne. Technicznie te zagrażają bohaterom, ale robi to uczciwie i nieco na przekór filmowym tropom. Takiego wilka, choć grasującego za Bambim w wiadomym celu, nie przedstawiono jako warczącą bestię z propagandy PZŁ i jest bardziej neutralny. Gdy z kolei orzeł (zwykle okazywany jako nobliwy i srający marmurem) jest tu nadętym kutafonem, który nadużywa swej potęgi. A i wciąż to człowiek jest tu najgroźniejszy i film wprost mówi, że to drapieżniki polują, a ludź to tylko napada i zabija. I względem poprzednich ekranizacji pokazał ludzi jako dziwny wytwór, którego lepiej się jest bać osioł to jakieś monstrum ze strasznym głosem. Ładnie wyjaśnia też, że dlaczego domowy pies jest groźniejszy niż wilk. Przy czym też nie jest to jakaś agitka rodem z PETA, a krytyka działalności ludzkiej też jest naturalna i najwięcej obrywa się kłusownikom (ale pewnie środowiska myśliwskie będą jęczeć, że "reee, zwierzęta nas kochajo, a film nie rozumie gospodarki łowickiej").
Choć jest kierowany dla dzieci i nieco romantyzuje naturę, film ten w przeciwieństwie do obecnego Disneya miał jaja i uśmiercił matkę (jedyny trup w filmie BTW. W sumie ojciec też zdycha, ale z przyczyn naturalnych). Tu miałem kolejne zaskoczenie, bo spodziewałem salwy płaczów, bo trza być szczerym - takie filmy to naturalne tear-jerkery :). O dziwo spokojnie na sali, nawet moja matka to dzielnie zniosła. I chrześnica również obyła się bez łez, mimo że ja i jej matka zastanawiałyśmy czy przetrwa, bo ona wrażliwa (disneyowskiego Bambiego nie widziała). Zresztą podejrzewam, że przez swoją dokumentalną formę i zdystansowanie postaci od widza, takie sceny są bardziej naturalne i akceptowalne. A także jak u Disneya śmierć matki odbywa poza kadrem i wyjaśnia narratorka. Oczywiście były groźne momenty, więcej oznak strachu słyszałem jak Kacperek wpadł w wnyki i za mną jakieś dziewczynki rozpaczały (choć podejrzewam, że pewnie mają uszatego jako zwierzątko domowe). I matka chrześnicy zmroziła się momentem jak Bambi oberwał sidłami.
Piękne zdjęcia i co najważniejsze - zwierzęta grają autentyczne zwierzęta, a nie jakieś kukły. Może w kilku miejscach królik miał CG-dublera. Mnie od razu skojarzyło z Mikrokosmosem i podobnymi filmami. Część faktycznie kręcono w dziczy, a w niektórych scenach to ewidentnie używali tresowanych zwierząt i aranżowali, jak wroniec ląduje na pupie jelenia. Przy czym twórcy mogli być w pełni konsekwentni, bo generalnie dali zgodne gatunkowo zwierzęta (nawet wilki to są te euroazjatyckie), ale królika dali jakiegoś domowca, bo te dzikie wyglądają inaczej. I pierwszy raz w ekranizacji utworu Saltena widać człowieka. Nawet w tej wersji od Natalii Bondarczuk nie pokazali fizycznie myśliwych. Choć nadal nie widać twarzy dwunogów i kręceni są z daleka. Końcówka zrobiona dosyć po łebkach i ostatni rok życia zredukowano do kilku minut. Przydałoby się trochę więcej minut czy ekranizowania jakichś scenek rodzajowych jak np. walka z innymi młodymi jeleniami - Karusem i Ronno.
Salten nie musi się przewracać w gromie, bo choć każda z kinowych adaptacji była kierowana do młodszej widowni (gdy oryginał był dla dorosłych), to każda jest udana i co też ważne, każda ma swoją tożsamość i własne podejście. A ta sprawdza się jako przystępny film przyrodniczy, który spodoba się targetowi i zaciekawi, a też komentarz proekologiczny jest całkiem zgrabny.
7,5/10
Po zwiastunach spodziewałem się większej cukierkowości, a mile się zaskoczyłem. Bardziej idzie to w fabularyzowany dokument, bo zwierzęta nie są zantropomorfizowane, a jedyny głos to narracja z offu (nie, polskiej wersji nie czytała Krystyna Czubówna). Coś jak Saga prastarej puszczy dla młodszych. I sądziłem, że przez 95% część filmu główny bohater będzie tylko dzieckiem, a jednak dostajemy jeleni Boyhood. Przez co jest też trochę też bardziej zgodny naukowo (co robiono zarzut wersji Disneya), bo Bambi zostaje półsierotą w wieku nastoletnim i gdy jest jako tako samodzielny. A głównym przyjacielem jelonka jest czarnowron (ewidentnie nazwany po Saltenie i moim zdaniem, to zwierzę i jego rodzina bardziej pasuje na alegorię prześladowanych mniejszości), więc ta przyjaźń mięsożerca-jarosz nie wybija.
Uaktualnia też względem książki, bo w lesie występują szczytowe drapieżniki - zarówno te lądowe i powietrzne. Technicznie te zagrażają bohaterom, ale robi to uczciwie i nieco na przekór filmowym tropom. Takiego wilka, choć grasującego za Bambim w wiadomym celu, nie przedstawiono jako warczącą bestię z propagandy PZŁ i jest bardziej neutralny. Gdy z kolei orzeł (zwykle okazywany jako nobliwy i srający marmurem) jest tu nadętym kutafonem, który nadużywa swej potęgi. A i wciąż to człowiek jest tu najgroźniejszy i film wprost mówi, że to drapieżniki polują, a ludź to tylko napada i zabija. I względem poprzednich ekranizacji pokazał ludzi jako dziwny wytwór, którego lepiej się jest bać osioł to jakieś monstrum ze strasznym głosem. Ładnie wyjaśnia też, że dlaczego domowy pies jest groźniejszy niż wilk. Przy czym też nie jest to jakaś agitka rodem z PETA, a krytyka działalności ludzkiej też jest naturalna i najwięcej obrywa się kłusownikom (ale pewnie środowiska myśliwskie będą jęczeć, że "reee, zwierzęta nas kochajo, a film nie rozumie gospodarki łowickiej").
Choć jest kierowany dla dzieci i nieco romantyzuje naturę, film ten w przeciwieństwie do obecnego Disneya miał jaja i uśmiercił matkę (jedyny trup w filmie BTW. W sumie ojciec też zdycha, ale z przyczyn naturalnych). Tu miałem kolejne zaskoczenie, bo spodziewałem salwy płaczów, bo trza być szczerym - takie filmy to naturalne tear-jerkery :). O dziwo spokojnie na sali, nawet moja matka to dzielnie zniosła. I chrześnica również obyła się bez łez, mimo że ja i jej matka zastanawiałyśmy czy przetrwa, bo ona wrażliwa (disneyowskiego Bambiego nie widziała). Zresztą podejrzewam, że przez swoją dokumentalną formę i zdystansowanie postaci od widza, takie sceny są bardziej naturalne i akceptowalne. A także jak u Disneya śmierć matki odbywa poza kadrem i wyjaśnia narratorka. Oczywiście były groźne momenty, więcej oznak strachu słyszałem jak Kacperek wpadł w wnyki i za mną jakieś dziewczynki rozpaczały (choć podejrzewam, że pewnie mają uszatego jako zwierzątko domowe). I matka chrześnicy zmroziła się momentem jak Bambi oberwał sidłami.
Piękne zdjęcia i co najważniejsze - zwierzęta grają autentyczne zwierzęta, a nie jakieś kukły. Może w kilku miejscach królik miał CG-dublera. Mnie od razu skojarzyło z Mikrokosmosem i podobnymi filmami. Część faktycznie kręcono w dziczy, a w niektórych scenach to ewidentnie używali tresowanych zwierząt i aranżowali, jak wroniec ląduje na pupie jelenia. Przy czym twórcy mogli być w pełni konsekwentni, bo generalnie dali zgodne gatunkowo zwierzęta (nawet wilki to są te euroazjatyckie), ale królika dali jakiegoś domowca, bo te dzikie wyglądają inaczej. I pierwszy raz w ekranizacji utworu Saltena widać człowieka. Nawet w tej wersji od Natalii Bondarczuk nie pokazali fizycznie myśliwych. Choć nadal nie widać twarzy dwunogów i kręceni są z daleka. Końcówka zrobiona dosyć po łebkach i ostatni rok życia zredukowano do kilku minut. Przydałoby się trochę więcej minut czy ekranizowania jakichś scenek rodzajowych jak np. walka z innymi młodymi jeleniami - Karusem i Ronno.
Salten nie musi się przewracać w gromie, bo choć każda z kinowych adaptacji była kierowana do młodszej widowni (gdy oryginał był dla dorosłych), to każda jest udana i co też ważne, każda ma swoją tożsamość i własne podejście. A ta sprawdza się jako przystępny film przyrodniczy, który spodoba się targetowi i zaciekawi, a też komentarz proekologiczny jest całkiem zgrabny.
7,5/10
14-02-2025, 17:14 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14-02-2025, 17:20 przez OGPUEE.)





