@Melvin
Deadly Affair to jedna ze słabszych prób Sidneya, niemniej podobała mi się postać Andrewsa z tym jego zwierzyńcem. W razie czego możesz dodać do listy mniej oczywisty tytuł od Lumeta, mianowicie Prince of the City. Gdyby główną rolę w tymże zagrał ktoś bardziej rozpoznawalny niż Treat Williams (dał radę), to film może i byłby wymieniany w jednym rzędzie z największymi dziełami mistrza. A, Fail-Safe pewnie widziałeś, co?
True Crime
Dobrze napisani bohaterowie zmarnowani w fabułce rodem z literackiej "pulpy". Przebieg akcji możnaby zamknąć w dwóch kwadransach, bo całe "śledztwo" sprowadza się do kilku minut węszenia napędzanego dziennikarskim przeczuciem (uzasadnionym trochę na słowo honoru), szczęśłiwego zbiegu okoliczności, nagłego olśnienia i, oczywiście, finałowego wyścigu z czasem. Tak, intryga kwiczy; na szczęście po obu stronach kamery stanął wielki Clint, który wywindował nieco poziom charyzmą i kilkoma świetnymi dialogami (zwłaszcza z Woodsem). Wychodzi też ciut poza standardowe emploi i jako pismak-kobieciarz nie emanuje aż tak mocno twardzielstwem (jak to zwykle czyni), za co mały plusik. Ogólnie średniacha, ale dzięki obecności Eastwooda obejrzałem bez bólu.
The Friends of Eddie Coyle (na forum chyba wisi temat)
Kino chłodnej kalkulacji z gangsterką w przyziemnym ujęciu. Bohaterowie, miast pławienia się w luksusach niczym Chłopcy z Ferajny, dogadują szczegóły przestępczych przedsięwzięć w obskurnych szynkach. Snują się bez uśmiechu, próbując utrzymać się na pochylni, ale stopniowo spychani są poza planszę. Zero tu gloryfikowania zbrodni czy radości z dobrze wykonanej fuchy; obserwujemy za to kilka figur bostońskiego półswiatka zamkniętych w pętli akcji: od napadu do napadu, od ogarnięcia broni do opchnięcia tejże i tak dalej. Kiedyś dokonali wyboru i teraz, czy tego chcą czy nie, trwają w tym przestępczym kieracie bez przyszłości. Przyjrzyjmy się tytułowemu Edkowi - facet to niby stary wyga i ogarnięty gracz, jednak szybko okazuje się, że jaja ściska mu imadło wymiaru sprawiedliwości, przez co miota się między lojalnością wzgłedem wspólników a możliwością wyłgania się od odsiadki. Ostatecznie nie dorasta do miana "prawdziwego" protagonisty, okazując się ledwie mało znaczącym pionkiem w rękach silniejszych. I może nawet godzi się z tym w finale. Nie byłem zachwycony po seansie, bo "surowa" stylistyka z czasem nieco mi zbrzydła, niemniej seans udany (głównie dzięki dialogom, Mitchumowi i paserowi). W każdym razie bardziej doceniam niż lubię. A, z tych "metodycznych" scen rabunku czerpał zapewne i Affleck (maski z The Town), jak i betonowy Zahler.
Deadly Affair to jedna ze słabszych prób Sidneya, niemniej podobała mi się postać Andrewsa z tym jego zwierzyńcem. W razie czego możesz dodać do listy mniej oczywisty tytuł od Lumeta, mianowicie Prince of the City. Gdyby główną rolę w tymże zagrał ktoś bardziej rozpoznawalny niż Treat Williams (dał radę), to film może i byłby wymieniany w jednym rzędzie z największymi dziełami mistrza. A, Fail-Safe pewnie widziałeś, co?
True Crime
Dobrze napisani bohaterowie zmarnowani w fabułce rodem z literackiej "pulpy". Przebieg akcji możnaby zamknąć w dwóch kwadransach, bo całe "śledztwo" sprowadza się do kilku minut węszenia napędzanego dziennikarskim przeczuciem (uzasadnionym trochę na słowo honoru), szczęśłiwego zbiegu okoliczności, nagłego olśnienia i, oczywiście, finałowego wyścigu z czasem. Tak, intryga kwiczy; na szczęście po obu stronach kamery stanął wielki Clint, który wywindował nieco poziom charyzmą i kilkoma świetnymi dialogami (zwłaszcza z Woodsem). Wychodzi też ciut poza standardowe emploi i jako pismak-kobieciarz nie emanuje aż tak mocno twardzielstwem (jak to zwykle czyni), za co mały plusik. Ogólnie średniacha, ale dzięki obecności Eastwooda obejrzałem bez bólu.
The Friends of Eddie Coyle (na forum chyba wisi temat)
Kino chłodnej kalkulacji z gangsterką w przyziemnym ujęciu. Bohaterowie, miast pławienia się w luksusach niczym Chłopcy z Ferajny, dogadują szczegóły przestępczych przedsięwzięć w obskurnych szynkach. Snują się bez uśmiechu, próbując utrzymać się na pochylni, ale stopniowo spychani są poza planszę. Zero tu gloryfikowania zbrodni czy radości z dobrze wykonanej fuchy; obserwujemy za to kilka figur bostońskiego półswiatka zamkniętych w pętli akcji: od napadu do napadu, od ogarnięcia broni do opchnięcia tejże i tak dalej. Kiedyś dokonali wyboru i teraz, czy tego chcą czy nie, trwają w tym przestępczym kieracie bez przyszłości. Przyjrzyjmy się tytułowemu Edkowi - facet to niby stary wyga i ogarnięty gracz, jednak szybko okazuje się, że jaja ściska mu imadło wymiaru sprawiedliwości, przez co miota się między lojalnością wzgłedem wspólników a możliwością wyłgania się od odsiadki. Ostatecznie nie dorasta do miana "prawdziwego" protagonisty, okazując się ledwie mało znaczącym pionkiem w rękach silniejszych. I może nawet godzi się z tym w finale. Nie byłem zachwycony po seansie, bo "surowa" stylistyka z czasem nieco mi zbrzydła, niemniej seans udany (głównie dzięki dialogom, Mitchumowi i paserowi). W każdym razie bardziej doceniam niż lubię. A, z tych "metodycznych" scen rabunku czerpał zapewne i Affleck (maski z The Town), jak i betonowy Zahler.
26-02-2025, 22:37





