W 80 dni dookoła świata (1956)
Utwierdzam się w przekonaniu, że nie powstała żadna dobra ekranizacja tej książki Verne'a. Co trochę uwiera, bo to moja ulubiona z całej jego twórczości. Niestety wszystkie ekranizacje są tylko bladym cieniem. Wróć, trudno nawet użyć określenia "ekranizacje", bo te filmy zwykle mają wspólny punkt wyjściowy, a potem wymyślają Foggowi zupełnie nowe przygody, których nie ma w literackim oryginale.
Liczyłem, że może ta wersja będzie lepsza, bo to lata 50-te, a wtedy umieli robić fajne filmy, no i pięć Oscarów, w tym za najlepszy film, więc chyba warto się będzie z tym zapoznać.
Ale nie. Spory zawód. Film trwa trzy godziny, z których pierwsza jest w większości zmarnowana na takie elementy jak:
- długi prolog, w którym jakiś zgred robi wykład o twórczości Verne'a i o tym, w jakim kierunku zmierza ludzkość. W czasie tego prologu puszczane są fragmenty "Podróży na Księżyc" z 1902, czyli filmu, który nie ma zupełnie nic wspólnego z "W 80 dni dookoła świata", a i ogólnie z twórczością Verne'a też niewiele, jeśli mamy być szczerzy;
- lot balonem, którego nie ma w książce - ale dobra, są ładne widoczki, więc określanie tego, jako marnowanie czasu, jest może zbyt surowe z mojej strony;
- pobyt w Hiszpanii, którego też nie ma w książce - najpierw oglądamy przeciągnięte hiszpańskie tańce, które absolutnie niczego nie wnoszą do fabuły, a potem jeszcze bardziej przeciągniętą korridę, która także niczego nie wnosi i jest w cholerę nudna.
Ale dobra, kolejne dwie godziny już bardziej trzymają się fabuły książki, ale efekt jest taki sobie.
Największą zaletą jak dla mnie są ładne, egzotyczne widoczki i ogólnie inscenizacja. Film mi się najlepiej oglądało w tych częściach, gdy po prostu bohaterowie jadą pociągiem przez Indie czy Dziki Zachód i można podziwiać pejzaże.
Sama fabuła jednak jest prowadzona w sposób dość letni. Część wydarzeń z książki w ogóle nie jest pokazana, a po prostu dowiadujemy się o nich z dialogów, tak jakby zabrakło czasu na ich pełnoprawne przedstawienie (bo zmarnowano ten czas wcześniej na różne bzdury), natomiast te wydarzenia, które rzeczywiście oglądamy na ekranie, mają słabszy wydźwięk niż w powieści.
Film stara się być lekki i przyjemny, stąd dużo humoru, ale w większości jest on niestety słaby i marnuje czas.
Nawciskano tu też różnych znanych gwiazd, których gościnne występy również ciągną ten film w dół. Większość z tych cameo jest niepotrzebna, nieśmieszna i zaburza płynność filmu, który za każdym razem musi się zatrzymać, żeby jakiś celebryta mógł zrobić coś nieistotnego dla fabuły, niemal mrugając okiem do widza, że to on, znany człowiek. Stąd na przykład zbliżenie na twarz pianisty w barze, który nie gra żadnej roli w fabule, ale to Frank Sinatra, więc trzeba go pokazać. Stąd jakieś scenki, w których jakiś dorożkarz dostaje czkawki, albo jakiś gostek jest wyrzucany z baru, albo jakieś dwie baby toczą dialog przy stoliku, albo... No, rozumiecie - jest pełno scen poświęconych postaciom, które nie robią nic ważnego i już się potem nigdy nie pojawią, a to tylko po to, żeby mieć gościnne występy gwiazd. Dla mnie, który nie jestem wielkim znawcą historii kina, część tych celebrytów z lat 50-tych była zresztą nierozpoznawalna, ale zawsze, kiedy film przystawał, żeby zaserwować nieistotną skeczową scenkę z jakąś epizodyczną, błaznującą postacią, mogłem się domyślić, że ktoś znany musi grać tę nieważną postać.
Więc ogólnie słabe, nie polecam.
Utwierdzam się w przekonaniu, że nie powstała żadna dobra ekranizacja tej książki Verne'a. Co trochę uwiera, bo to moja ulubiona z całej jego twórczości. Niestety wszystkie ekranizacje są tylko bladym cieniem. Wróć, trudno nawet użyć określenia "ekranizacje", bo te filmy zwykle mają wspólny punkt wyjściowy, a potem wymyślają Foggowi zupełnie nowe przygody, których nie ma w literackim oryginale.
Liczyłem, że może ta wersja będzie lepsza, bo to lata 50-te, a wtedy umieli robić fajne filmy, no i pięć Oscarów, w tym za najlepszy film, więc chyba warto się będzie z tym zapoznać.
Ale nie. Spory zawód. Film trwa trzy godziny, z których pierwsza jest w większości zmarnowana na takie elementy jak:
- długi prolog, w którym jakiś zgred robi wykład o twórczości Verne'a i o tym, w jakim kierunku zmierza ludzkość. W czasie tego prologu puszczane są fragmenty "Podróży na Księżyc" z 1902, czyli filmu, który nie ma zupełnie nic wspólnego z "W 80 dni dookoła świata", a i ogólnie z twórczością Verne'a też niewiele, jeśli mamy być szczerzy;
- lot balonem, którego nie ma w książce - ale dobra, są ładne widoczki, więc określanie tego, jako marnowanie czasu, jest może zbyt surowe z mojej strony;
- pobyt w Hiszpanii, którego też nie ma w książce - najpierw oglądamy przeciągnięte hiszpańskie tańce, które absolutnie niczego nie wnoszą do fabuły, a potem jeszcze bardziej przeciągniętą korridę, która także niczego nie wnosi i jest w cholerę nudna.
Ale dobra, kolejne dwie godziny już bardziej trzymają się fabuły książki, ale efekt jest taki sobie.
Największą zaletą jak dla mnie są ładne, egzotyczne widoczki i ogólnie inscenizacja. Film mi się najlepiej oglądało w tych częściach, gdy po prostu bohaterowie jadą pociągiem przez Indie czy Dziki Zachód i można podziwiać pejzaże.
Sama fabuła jednak jest prowadzona w sposób dość letni. Część wydarzeń z książki w ogóle nie jest pokazana, a po prostu dowiadujemy się o nich z dialogów, tak jakby zabrakło czasu na ich pełnoprawne przedstawienie (bo zmarnowano ten czas wcześniej na różne bzdury), natomiast te wydarzenia, które rzeczywiście oglądamy na ekranie, mają słabszy wydźwięk niż w powieści.
Film stara się być lekki i przyjemny, stąd dużo humoru, ale w większości jest on niestety słaby i marnuje czas.
Nawciskano tu też różnych znanych gwiazd, których gościnne występy również ciągną ten film w dół. Większość z tych cameo jest niepotrzebna, nieśmieszna i zaburza płynność filmu, który za każdym razem musi się zatrzymać, żeby jakiś celebryta mógł zrobić coś nieistotnego dla fabuły, niemal mrugając okiem do widza, że to on, znany człowiek. Stąd na przykład zbliżenie na twarz pianisty w barze, który nie gra żadnej roli w fabule, ale to Frank Sinatra, więc trzeba go pokazać. Stąd jakieś scenki, w których jakiś dorożkarz dostaje czkawki, albo jakiś gostek jest wyrzucany z baru, albo jakieś dwie baby toczą dialog przy stoliku, albo... No, rozumiecie - jest pełno scen poświęconych postaciom, które nie robią nic ważnego i już się potem nigdy nie pojawią, a to tylko po to, żeby mieć gościnne występy gwiazd. Dla mnie, który nie jestem wielkim znawcą historii kina, część tych celebrytów z lat 50-tych była zresztą nierozpoznawalna, ale zawsze, kiedy film przystawał, żeby zaserwować nieistotną skeczową scenkę z jakąś epizodyczną, błaznującą postacią, mogłem się domyślić, że ktoś znany musi grać tę nieważną postać.
Więc ogólnie słabe, nie polecam.
30-03-2025, 13:01 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 30-03-2025, 13:05 przez al_jarid.)





