- A Complete Unknown (2024)
Mangold to sprawny rzemieślnik, więc za bardzo nie mogę się do niczego przyczepić, jeśli chodzi o realizację, nawet nie nudziłem się mimo długiego czasu seansu, ale do najlepszych filmów reżysera Spaceru na linie jest daleko, to już nowy Indiana Jones jest dużo lepszym filmem. A nie przypadkowo wymieniam akurat film z Joaquinem Phoenixem w roli Johhny Casha, bo Kompletnie Nieznanego można nazwać spinoffem albo kontynuacją tamtego świetnego filmu, gdyż w filmie z Chalametem też pojawia się Cash, choć grany przez innego aktora. Jest to typowy biopic, z kliszami tego gatunku, o Bobby'ym Dylanie, który jest pokazany jako dupek. Pytanie - czy jest jakiś biograficzny film o artyście muzycznym w którym nie przedstawiono gwiazdę muzyki w nie najlepszym świetle? Czy każdy znany artysta w filmach to dupek?
Muszę pochwalić Chalameta bo widać ile serca włożył do tej roli, nauczył się śpiewać i grać na gitarze, i to jedna z tych ról w których nie przypominał mi Chalameta. Fajnie że Mangold z niebytu wyciągnął Edwarda Nortona, który też śpiewa. I też daje radę, ogólne wszystkie aktorki i aktorzy którzy graja muzyków i śpiewają w tym filmie to wszyscy dobrze wypadają na scenie. Z całego filmu najbardziej podobał mi się wątek konfliktu Dylana, a raczej minięcia się artysty z tym czego od niego oczekują producenci i fani, gdy chce iść w nową stronę ze swoją muzyką, odejść od folku, i kończy się ten wątek koncertem na którym się postawił. Ocena: 6/10.
- A Different Man (2024)
Jest to produkcja, która przeszła całkowicie niezauważona, mimo nominacji do Oscara (za charakteryzację słusznie dostał), a jest to intrygujący film, i na pewno ciekawszy od niesławnej Emilii Perez, więc szkoda byłoby gdyby ta produkcja była zapomniana. Początkowo kojarzył mi się z Człowiekiem słoniem Lyncha, ale to zupełnie inna produkcja. A od razu ostrzegam - lepiej nie jeść na tym filmie, szczególnie w pierwszej godzinie jest kilka scen jak z body horroru, choć to nie jest kino grozy. A czym dłużej film trwał to miałem skojarzenia z Dream Scenario z Nicolasem Cagem.
Jest to historia Edwarda, który pragnie zostać aktorem, ale ma zniekształconą twarz, więc za bardzo nie dostaje ról. Jego sąsiadką jest pisarka Ingrid, z którą się zaprzyjaźnia. Edward poddaje się zabiegowi, dzięki czemu zostaje uleczony i wygląda jak Sebastian Stan. Wmawia wszystkim że Edward umarł, odnosi sukces w biznesie, a po jakimś czasie odkrywa, że Ingrid prowadzi przesłuchania do spektaklu będącego zapisem ich relacji, więc postanawia iść na casting do sztuki o swoim życiu. Więcej nie zdradzę, tylko powiem, że losy Edwarda mocno się komplikują, szczególnie w momencie gdy w teatrze pojawia się jeszcze jedna ważna dla historii postać, która robi furorę, wszyscy Oswalda bo tak się nazywa, uwielbiają.
Jest to dramat z elementami czarnego humoru (doceniam cameo Michaela Shannona, który gra samego siebie i jego odpowiedź na pytanie - czy zagra w charakteryzacji) i z niepokojącym klimatem, który ogląda się tak dobrze dzięki kolejnej w ostatnim czasie dobrej roli Sebastiana Stana. To jeden z niewielu (a może jedyny?) aktor z filmów Marvela (nie liczę aktorek bo one dużo lepiej łączą romans z MCU i inne filmy), który ma pomysł na swoją karierę, między blockbusterami gra w ciekawych, niszowych i intrygujących filmach i jeszcze pokazuje, że jest dobrym aktorem nie bojącym się wyznań. Równie dobra jest Renate Reinsve w roli Igrid, ale cały film kradnie Adam Pearson (to nie jest charakteryzacja, on tak naprawdę wygląda). Ocena: 7/10.
- Flow (2024)
Wspaniała produkcja, słusznie nagrodzona Oscarem, a przyznaję że nie jestem kociarzem, wolę psy (a dość dużą rolę ma w animacji pies), ale od początku polubiłem głównego bohatera i paczkę zwierzaków, które spotyka na swojej drodze (trzeba przyznać że udało się twórcom dość wiarygodnie przedstawić zachowania zwierząt, nie są uczłowieczone). Twórcy z Łotwy stworzyli produkcję która bije zeszłoroczne animacje DreamWorks i Pixara. Jest to prosta historia o przyjaźni, sile jedności w grupie i naturze, która jest opowiedziana w zachwycający sposób. Bardzo podobała mi się praca kamery, to jak za kotem kamera chodziła. Świetna jest animacja, cudowna jest muzyka. Przez godzinę bardzo mi się film podobał, ale ostatnie 30 minut (plus scena po napisach, która budzi pole do interpretacji co się właściwie w końcówce wydarzyło), od sekwencji z brakiem grawitacji, to miałem wrażenie, że oglądam monumentalne i filozoficzne dzieło Terrence Malicka, który postanowił zrobić film o zwierzakach, w którym brakowało tylko głosu sir Davida Attenborougha albo Krystyny Czubówny. Cudowne kino dla wszystkich. Ocena: 9/10.
- Smile 2 (2024)
Jedynka to była produkcja, która mnie zawiodła jako horror. W ogóle nie ruszały mnie sceny z uśmiechem. Nasłuchałem się tyle dobrego o Smile, a okazał się przyzwoitym horrorem, zainspirowanym takimi produkcjami jak Coś za mną chodzi czy azjatyckimi horrorami o różnych klątwach, więc nic oryginalnego. Ale film bronił się rolą główną Sosie Bacon, której bohaterkę polubiłem od początku, wiec jej kibicowałem do końca. No i podobał mi się wygląd kreatury. No i mogłoby się wydawać że dwójka będzie na podobnym poziomie a film od pierwszej sceny kupił mnie całkowicie. Choć podobnie jak w Smile sceny z uśmiechniętymi w ogóle na mnie nie działały, widocznie już taki stary dziadek ze mnie że tak proste zagrana w kinie grozy na mnie nie działają. Więc nie do końca dla mnie Smile 2 działał jako horror, tylko że ma jeden duży plus, przez który uważam dwójkę za lepszą produkcję od jedynki.
Rola Naomi Scott, którą kojarzę głównie z Aladyna to jest jeszcze lepszy występ, niż Bacon w jedynce. Scott gra gwiazdę muzyki po przejściach, która postanawia odbudować swoją karierę po wypadku do jakiego doszło rok wcześniej. Dziewczyna jest tak cudowna w swojej roli, że chciałem żeby skończyło się dla niej happy endem, tak samo było z postacią grana przez Bacon w jedynce. Chyba dziadzieję na starość i robię się za miękki, bo mam dość filmów, w których bohaterowie horrorów przegrywają ze złem. A nie przeszkadza mi że film nie działa do końca jako horror, a przynajmniej dla mnie, tylko podoba mi się to, że Parker Finn postanowił stworzyć bardziej dramat o gwieździe z problemami, która próbuje się odbudować, być lepszym człowiekiem. Wątek gwiazdy po przejściach i relacji między nią a jej przyjaciółką bardziej mi się podobał, budził większe emocje niż horrorowe elementy. Oprócz piosenek podobał mi się też oryginalny soundtrack.
Dwójkę ogląda się jak jakiś zaginiony biopic o piosenkarce, co jest spowodowane też tym, że fragmenty koncertów Skye Riley są zrealizowane bardzo profesjonalnie, nie są odbębnione, a wstawek horrorowych jest mało. Naomie Scott potrafi tańczyć i śpiewać więc może się wykazać. Doceniam że w taką stronę twórca tej franczyzy poszedł. Rola Scott jest aż za dobra na tą prostą historię z kina grozy; którą widzieliśmy w wielu innych filmach. Za rolę aktorki postawię o jeden punkt więcej dwójce niż jedynce czyli na 7/10. Po Smile za bardzo nie czekałem na kontynuację, ale po Smile 2 chętnie zobaczę co Parker Finn wymyśli w trójce.
Mangold to sprawny rzemieślnik, więc za bardzo nie mogę się do niczego przyczepić, jeśli chodzi o realizację, nawet nie nudziłem się mimo długiego czasu seansu, ale do najlepszych filmów reżysera Spaceru na linie jest daleko, to już nowy Indiana Jones jest dużo lepszym filmem. A nie przypadkowo wymieniam akurat film z Joaquinem Phoenixem w roli Johhny Casha, bo Kompletnie Nieznanego można nazwać spinoffem albo kontynuacją tamtego świetnego filmu, gdyż w filmie z Chalametem też pojawia się Cash, choć grany przez innego aktora. Jest to typowy biopic, z kliszami tego gatunku, o Bobby'ym Dylanie, który jest pokazany jako dupek. Pytanie - czy jest jakiś biograficzny film o artyście muzycznym w którym nie przedstawiono gwiazdę muzyki w nie najlepszym świetle? Czy każdy znany artysta w filmach to dupek?
Muszę pochwalić Chalameta bo widać ile serca włożył do tej roli, nauczył się śpiewać i grać na gitarze, i to jedna z tych ról w których nie przypominał mi Chalameta. Fajnie że Mangold z niebytu wyciągnął Edwarda Nortona, który też śpiewa. I też daje radę, ogólne wszystkie aktorki i aktorzy którzy graja muzyków i śpiewają w tym filmie to wszyscy dobrze wypadają na scenie. Z całego filmu najbardziej podobał mi się wątek konfliktu Dylana, a raczej minięcia się artysty z tym czego od niego oczekują producenci i fani, gdy chce iść w nową stronę ze swoją muzyką, odejść od folku, i kończy się ten wątek koncertem na którym się postawił. Ocena: 6/10.
- A Different Man (2024)
Jest to produkcja, która przeszła całkowicie niezauważona, mimo nominacji do Oscara (za charakteryzację słusznie dostał), a jest to intrygujący film, i na pewno ciekawszy od niesławnej Emilii Perez, więc szkoda byłoby gdyby ta produkcja była zapomniana. Początkowo kojarzył mi się z Człowiekiem słoniem Lyncha, ale to zupełnie inna produkcja. A od razu ostrzegam - lepiej nie jeść na tym filmie, szczególnie w pierwszej godzinie jest kilka scen jak z body horroru, choć to nie jest kino grozy. A czym dłużej film trwał to miałem skojarzenia z Dream Scenario z Nicolasem Cagem.
Jest to historia Edwarda, który pragnie zostać aktorem, ale ma zniekształconą twarz, więc za bardzo nie dostaje ról. Jego sąsiadką jest pisarka Ingrid, z którą się zaprzyjaźnia. Edward poddaje się zabiegowi, dzięki czemu zostaje uleczony i wygląda jak Sebastian Stan. Wmawia wszystkim że Edward umarł, odnosi sukces w biznesie, a po jakimś czasie odkrywa, że Ingrid prowadzi przesłuchania do spektaklu będącego zapisem ich relacji, więc postanawia iść na casting do sztuki o swoim życiu. Więcej nie zdradzę, tylko powiem, że losy Edwarda mocno się komplikują, szczególnie w momencie gdy w teatrze pojawia się jeszcze jedna ważna dla historii postać, która robi furorę, wszyscy Oswalda bo tak się nazywa, uwielbiają.
Jest to dramat z elementami czarnego humoru (doceniam cameo Michaela Shannona, który gra samego siebie i jego odpowiedź na pytanie - czy zagra w charakteryzacji) i z niepokojącym klimatem, który ogląda się tak dobrze dzięki kolejnej w ostatnim czasie dobrej roli Sebastiana Stana. To jeden z niewielu (a może jedyny?) aktor z filmów Marvela (nie liczę aktorek bo one dużo lepiej łączą romans z MCU i inne filmy), który ma pomysł na swoją karierę, między blockbusterami gra w ciekawych, niszowych i intrygujących filmach i jeszcze pokazuje, że jest dobrym aktorem nie bojącym się wyznań. Równie dobra jest Renate Reinsve w roli Igrid, ale cały film kradnie Adam Pearson (to nie jest charakteryzacja, on tak naprawdę wygląda). Ocena: 7/10.
- Flow (2024)
Wspaniała produkcja, słusznie nagrodzona Oscarem, a przyznaję że nie jestem kociarzem, wolę psy (a dość dużą rolę ma w animacji pies), ale od początku polubiłem głównego bohatera i paczkę zwierzaków, które spotyka na swojej drodze (trzeba przyznać że udało się twórcom dość wiarygodnie przedstawić zachowania zwierząt, nie są uczłowieczone). Twórcy z Łotwy stworzyli produkcję która bije zeszłoroczne animacje DreamWorks i Pixara. Jest to prosta historia o przyjaźni, sile jedności w grupie i naturze, która jest opowiedziana w zachwycający sposób. Bardzo podobała mi się praca kamery, to jak za kotem kamera chodziła. Świetna jest animacja, cudowna jest muzyka. Przez godzinę bardzo mi się film podobał, ale ostatnie 30 minut (plus scena po napisach, która budzi pole do interpretacji co się właściwie w końcówce wydarzyło), od sekwencji z brakiem grawitacji, to miałem wrażenie, że oglądam monumentalne i filozoficzne dzieło Terrence Malicka, który postanowił zrobić film o zwierzakach, w którym brakowało tylko głosu sir Davida Attenborougha albo Krystyny Czubówny. Cudowne kino dla wszystkich. Ocena: 9/10.
- Smile 2 (2024)
Jedynka to była produkcja, która mnie zawiodła jako horror. W ogóle nie ruszały mnie sceny z uśmiechem. Nasłuchałem się tyle dobrego o Smile, a okazał się przyzwoitym horrorem, zainspirowanym takimi produkcjami jak Coś za mną chodzi czy azjatyckimi horrorami o różnych klątwach, więc nic oryginalnego. Ale film bronił się rolą główną Sosie Bacon, której bohaterkę polubiłem od początku, wiec jej kibicowałem do końca. No i podobał mi się wygląd kreatury. No i mogłoby się wydawać że dwójka będzie na podobnym poziomie a film od pierwszej sceny kupił mnie całkowicie. Choć podobnie jak w Smile sceny z uśmiechniętymi w ogóle na mnie nie działały, widocznie już taki stary dziadek ze mnie że tak proste zagrana w kinie grozy na mnie nie działają. Więc nie do końca dla mnie Smile 2 działał jako horror, tylko że ma jeden duży plus, przez który uważam dwójkę za lepszą produkcję od jedynki.
Rola Naomi Scott, którą kojarzę głównie z Aladyna to jest jeszcze lepszy występ, niż Bacon w jedynce. Scott gra gwiazdę muzyki po przejściach, która postanawia odbudować swoją karierę po wypadku do jakiego doszło rok wcześniej. Dziewczyna jest tak cudowna w swojej roli, że chciałem żeby skończyło się dla niej happy endem, tak samo było z postacią grana przez Bacon w jedynce. Chyba dziadzieję na starość i robię się za miękki, bo mam dość filmów, w których bohaterowie horrorów przegrywają ze złem. A nie przeszkadza mi że film nie działa do końca jako horror, a przynajmniej dla mnie, tylko podoba mi się to, że Parker Finn postanowił stworzyć bardziej dramat o gwieździe z problemami, która próbuje się odbudować, być lepszym człowiekiem. Wątek gwiazdy po przejściach i relacji między nią a jej przyjaciółką bardziej mi się podobał, budził większe emocje niż horrorowe elementy. Oprócz piosenek podobał mi się też oryginalny soundtrack.
Dwójkę ogląda się jak jakiś zaginiony biopic o piosenkarce, co jest spowodowane też tym, że fragmenty koncertów Skye Riley są zrealizowane bardzo profesjonalnie, nie są odbębnione, a wstawek horrorowych jest mało. Naomie Scott potrafi tańczyć i śpiewać więc może się wykazać. Doceniam że w taką stronę twórca tej franczyzy poszedł. Rola Scott jest aż za dobra na tą prostą historię z kina grozy; którą widzieliśmy w wielu innych filmach. Za rolę aktorki postawię o jeden punkt więcej dwójce niż jedynce czyli na 7/10. Po Smile za bardzo nie czekałem na kontynuację, ale po Smile 2 chętnie zobaczę co Parker Finn wymyśli w trójce.
07-04-2025, 16:31 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07-04-2025, 16:36 przez michax.)





