Saint, w reżyserii Philipa Noyce'a, z rolku 1997
Val Kilmer w roli złodzieja o stu twarzach. W tle mocarstwowość Rossji, wybrzmiewają echa zimnej wojny, zmiksowane z przebudzeniem mocy strasznego niegdyś mocarstwa. Film jest też adaptacją serialu, albo remakiem tegoż. W każdym razie jest ikoniczny, bo jak niemal każdy film z tamtych lat, tej nowej fali, cierpi na te same bolączki. Powstawały w tamtym czasie dzieła wybitne, a Saint takim nie jest, właśnie z powodu zachłystnięcia się nową falą. Mamy więc taki zestaw: durny scenariusz, czerwonych jako wrogów, szybki montaż, tanie efekciarstwo, skróty scenariuszowe i marne wykonanie. Te złe rzeczy po prostu rozwaliły mnie na łopatki i choć kiedyś naprawdę lubiłem ten film, tak po powtórce po prostu wzruszyłem ramionami, bo to nawet nie jest takie "meh", tylko przewracałem oczami podczas seansu. Oczywiście, obejrzałem ze względu na Vala Kilmera, by odświeżyć sobie jego role, i tak, był genialnym aktorem, a jego występ w Saint jest tego dowodem i aż szkoda że rozmienił swoją karierę oraz talent na dobre, ale w Saint dał mocny popis i był jedynym solidnym filarem tej produkcji. Pani Shue, która swoją karierę spuściła w toalecie gra naukowca i jest tak samo nieprzekonywująca jak u Verhoevena, ale była na topie, to ją wzięli, tylko cała obsada po prostu blednie przy wyczynach Vala. Popis charakteryzatorów jest równie godny podziwu. Niestety, pomysł skończył się właśnie na tej ekipie i Kilmerze. Daję 4/10 z powodu nostalgii, bo Saint jest taką laurką dla złotych lat 90tych w kinie, tylko - niestety - nieudaną.
Val Kilmer w roli złodzieja o stu twarzach. W tle mocarstwowość Rossji, wybrzmiewają echa zimnej wojny, zmiksowane z przebudzeniem mocy strasznego niegdyś mocarstwa. Film jest też adaptacją serialu, albo remakiem tegoż. W każdym razie jest ikoniczny, bo jak niemal każdy film z tamtych lat, tej nowej fali, cierpi na te same bolączki. Powstawały w tamtym czasie dzieła wybitne, a Saint takim nie jest, właśnie z powodu zachłystnięcia się nową falą. Mamy więc taki zestaw: durny scenariusz, czerwonych jako wrogów, szybki montaż, tanie efekciarstwo, skróty scenariuszowe i marne wykonanie. Te złe rzeczy po prostu rozwaliły mnie na łopatki i choć kiedyś naprawdę lubiłem ten film, tak po powtórce po prostu wzruszyłem ramionami, bo to nawet nie jest takie "meh", tylko przewracałem oczami podczas seansu. Oczywiście, obejrzałem ze względu na Vala Kilmera, by odświeżyć sobie jego role, i tak, był genialnym aktorem, a jego występ w Saint jest tego dowodem i aż szkoda że rozmienił swoją karierę oraz talent na dobre, ale w Saint dał mocny popis i był jedynym solidnym filarem tej produkcji. Pani Shue, która swoją karierę spuściła w toalecie gra naukowca i jest tak samo nieprzekonywująca jak u Verhoevena, ale była na topie, to ją wzięli, tylko cała obsada po prostu blednie przy wyczynach Vala. Popis charakteryzatorów jest równie godny podziwu. Niestety, pomysł skończył się właśnie na tej ekipie i Kilmerze. Daję 4/10 z powodu nostalgii, bo Saint jest taką laurką dla złotych lat 90tych w kinie, tylko - niestety - nieudaną.
“A man holds sacred only 3 things. His home, his children, and his mother. He who dares to harm any of these, whomever god he serve, pray to them for mercy. You will receive none from the man.”
16-04-2025, 08:52





