Ta krótka piłka okazała się koniarska:
Ostatni jednorożec - zmieniam zdanie. TO jest najlepsze co widziałem od Rankin/Bass.
Zgaduję, że to było flopem i przez to Rankin/Bass na dobre utkwiło w tych poklatkowych telewizyjnych animkach (no dobra, Thundercats było rysunkowe). Ponieważ tak jak w przypadku Hobbita/Powrotu króla (i innych animacji z tych lat) mamy do czynienia z poważnym i mało dziecinnym filmem, co już jest za wiele dla przeciętnego ignoranckiego hamburgera.
Fabuła spokojnie odnalazłaby się w live action. Bardziej melancholijna atmosfera, głębokie treści jak kryzys tożsamości, utrata radości życia, nieodwzajemniona miłość. I zero tu humoru - taki motyl wyglądający jak ze Smerfów występuje na moment, gdy w innym filmie byłby najbardziej prominentny i robił za comic reliefa (irytującego rzecz jasna). Także postacie nie są płaskie - jednorożcowi nie jest żal, że czarownica została zabita (co innego magik), nawet antagonista ma głębię i nie jest klasycznym villainem robiącym złe rzeczy dla robienia złych rzeczy. Nie ma też ugrzeczniania pod gówniaki - fakt, sceny śmierci są G jak najbardziej się da, ale z drugiej strony harpia ma trzy cyce z konkretnymi sutami, a potem Schmendrik zmienia drzewo w niewyżytą kuzynkę Babci Wierzby. I głównej bohaterce widać ciągle zad, także jak jest w ludzkiej postaci. Dzisiaj byłaby wyższa kategoria.
Animacja choć uboższa niż inne pełnometrażówki z tego okresu i czuć niższy budżet (smok chiński ma głos Godzilli), to nadal jest dobrej jakości. Nawiązanie do sztuki średniowiecznej mocniejsze niż w disneyowskiej Śpiącej królewnie. Tła i co niektóre projekty postaci wprost wyglądają jak z arrasów. Gdyby nie piosenki zespołu America, po których słychać, że są współczesnymi balladami to byłaby idealna emulacja średniowiecznej stylistyki (pod tym względem LOTRowskie animacje Rankin/Bassu lepiej to zrobiły). Co do piosenek, to mimo wszystko nie wybijają z klimatu. I całkiem pasują do melancholijnego nastroju, szczególnie ta czołówkowa. Też postacie nie są doskonałe - Molly ma rozwichrzone włosy, Schmendrick też nie wyrywał lasek. W zasadzie to jedynie lady Almathea i Lír są przystojni. Ciekawym zabiegiem jest, że część ludzi myśli, że ma do czynienia z koniem i wtedy panna jednorożcowa jest pokazana bez rogu.
Ktoś w Polsce zlitował się i dał dubbing zamiast okrasić lektorem. Mimo, że robiła to ekipa od telewizyjnych Pokemonów i Yu-Gi-Oh, całkiem dobrze to wyszło. Dziwi, że nie zdubbingowali partii wokalnych Jednorożca i księcia. Że piosenki Americi zostawili to rozumiem, bo to tło. Ale partie wokalne bohaterów wyrażających uczucia, zwłaszcza że był wydany u nas jako film familijny. Choć mym zdaniem to produkcja, wbrew pozorom, dla starszej widowni.
8,5/10
Mustang z Dzikiej Doliny - kolejny film w ramach kina pod chmurką (dziś deszczową). Wcześniej widziałem tylko ¾ drugiej połowy, która leciała przypadkiem w telewizji. I pewnie nie tylko ja jedyny byłem w szoku, że zwierzęta w tym filmie nie mówią i mamy tylko narrację z offu. To jest naprawdę ryzykowny ruch, jeśli chodzi o animację dla dzieci, bo zwierzęta to ZAWSZE mówią, nawet jeśli nie dotyka ich antropomorfizacja i dla filmowych ludzi tylko szczekają/gdakają/miauczą/itd.
Powtórzę po raz kolejny - wielka strata, że Dreamworks zaprzestał animacji 2D. Jak i poważniejszych treści w stronę dorosłego widza. Gdyby nie to, to ogólnie zachodnia animacja byłaby w innym miejscu. Wielu myślało, że to produkcja Disneya, co tylko świadczy o ignorancji tych osób. Oczywiście, że to nie Disneya, bo oni tam by się zesrali przy pomyśle niegadających zwierzątek, a Dreamworks jednak nie bał się eksperymentować. Chociażby ogier ma zaznaczone miejsce z którego wychodzi prącie. Co do fabuły to fajne jest to, że nie ma comic reliefa!
W ogóle ten film bardzo naturalistyczny; w animacjach o zwierzętach panuje zwykle jakieś zawieszenie niewiary, a tu wiernie zrobiony behawior koni. Jedynie dali im ludzką ekspresję. Niby Duch kumpluje się z bielikiem, ale bardzo to takie symboliczne niż przyjaźń międzygatunkowa jak dajmy np. Królu Lwie. I ciekawe było to, że Duch to nie żaden nieopierzony omega, a wódz stada i gigachad. Pewien jestem, że te źrebaki że stada to są jego.
Los nie szczędzi Ducha i nie bez powodu robiąca u nas dubbing Ewa Złotowska chciała zrezygnować z reżyserii, bo nie mogła patrzeć na cierpienia kunia. Jednocześnie ludzie nawet w najgorszych momentach to nie chodzące monstra (i kilka białych traktuje konie życzliwie) I miło, że Indianom główny bohater nie daje taryfy ulgowej, bo oni też go niewolą i w jego opinii ich konie to zdrajcy jacyś :). Ogólnie wymowa jest całkiem libertariańska.
Animacja 2D nadal trzyma mimo tych 20 lat, choć te modele 3D troszkę trącą myszką. Trochę jest humoru pod dzieci, ale uchodzi. I jestem na 101% pewien, że oryginalnie miał być bez narracji Damona i był opowiadany obrazem. Ale ktoś w Dreamworksie uznał, że nie i wymuszamy narrację, bo dzieci som gópie i nie wytrzymajom bez tesktu. Mimo, że akcja jest bardzo czytelna, a i w tym filmie są dialogi w wykonaniu ludzi. Jakby nie wystarczyły piosenki Bryana Adamsa*. I jestem pewien, że
Jak można się domyśleć, leciało to z dubbingiem. I fakt, że Maciej Balcar nie tylko dubbinguje głównego bohatera, to wykonuje piosenki ma sens, bo podmiot liryczny piosenek jest w pierwszej osobie i można zakładać, że Duch je śpiewa.
Świetne kino i żal za tamtym okresem Dreamworks. Szczególnie, że potem i do tego jednostrzałowca narobili jakichś dziwacznych spin-offów i sequelo-rebootów.
8/10
* byłem zaskoczony, że Here I Am Bryana Adamsa pochodzi z tego filmu, bo brzmi jak przypadkowy utwór. Nawet teledysk do tej piosenki nie zawierał klipów z animacji, jak to było w przypadku innych musicalowych animek:
Ostatni jednorożec - zmieniam zdanie. TO jest najlepsze co widziałem od Rankin/Bass.
Zgaduję, że to było flopem i przez to Rankin/Bass na dobre utkwiło w tych poklatkowych telewizyjnych animkach (no dobra, Thundercats było rysunkowe). Ponieważ tak jak w przypadku Hobbita/Powrotu króla (i innych animacji z tych lat) mamy do czynienia z poważnym i mało dziecinnym filmem, co już jest za wiele dla przeciętnego ignoranckiego hamburgera.
Fabuła spokojnie odnalazłaby się w live action. Bardziej melancholijna atmosfera, głębokie treści jak kryzys tożsamości, utrata radości życia, nieodwzajemniona miłość. I zero tu humoru - taki motyl wyglądający jak ze Smerfów występuje na moment, gdy w innym filmie byłby najbardziej prominentny i robił za comic reliefa (irytującego rzecz jasna). Także postacie nie są płaskie - jednorożcowi nie jest żal, że czarownica została zabita (co innego magik), nawet antagonista ma głębię i nie jest klasycznym villainem robiącym złe rzeczy dla robienia złych rzeczy. Nie ma też ugrzeczniania pod gówniaki - fakt, sceny śmierci są G jak najbardziej się da, ale z drugiej strony harpia ma trzy cyce z konkretnymi sutami, a potem Schmendrik zmienia drzewo w niewyżytą kuzynkę Babci Wierzby. I głównej bohaterce widać ciągle zad, także jak jest w ludzkiej postaci. Dzisiaj byłaby wyższa kategoria.
Animacja choć uboższa niż inne pełnometrażówki z tego okresu i czuć niższy budżet (smok chiński ma głos Godzilli), to nadal jest dobrej jakości. Nawiązanie do sztuki średniowiecznej mocniejsze niż w disneyowskiej Śpiącej królewnie. Tła i co niektóre projekty postaci wprost wyglądają jak z arrasów. Gdyby nie piosenki zespołu America, po których słychać, że są współczesnymi balladami to byłaby idealna emulacja średniowiecznej stylistyki (pod tym względem LOTRowskie animacje Rankin/Bassu lepiej to zrobiły). Co do piosenek, to mimo wszystko nie wybijają z klimatu. I całkiem pasują do melancholijnego nastroju, szczególnie ta czołówkowa. Też postacie nie są doskonałe - Molly ma rozwichrzone włosy, Schmendrick też nie wyrywał lasek. W zasadzie to jedynie lady Almathea i Lír są przystojni. Ciekawym zabiegiem jest, że część ludzi myśli, że ma do czynienia z koniem i wtedy panna jednorożcowa jest pokazana bez rogu.
Ktoś w Polsce zlitował się i dał dubbing zamiast okrasić lektorem. Mimo, że robiła to ekipa od telewizyjnych Pokemonów i Yu-Gi-Oh, całkiem dobrze to wyszło. Dziwi, że nie zdubbingowali partii wokalnych Jednorożca i księcia. Że piosenki Americi zostawili to rozumiem, bo to tło. Ale partie wokalne bohaterów wyrażających uczucia, zwłaszcza że był wydany u nas jako film familijny. Choć mym zdaniem to produkcja, wbrew pozorom, dla starszej widowni.
8,5/10
Mustang z Dzikiej Doliny - kolejny film w ramach kina pod chmurką (dziś deszczową). Wcześniej widziałem tylko ¾ drugiej połowy, która leciała przypadkiem w telewizji. I pewnie nie tylko ja jedyny byłem w szoku, że zwierzęta w tym filmie nie mówią i mamy tylko narrację z offu. To jest naprawdę ryzykowny ruch, jeśli chodzi o animację dla dzieci, bo zwierzęta to ZAWSZE mówią, nawet jeśli nie dotyka ich antropomorfizacja i dla filmowych ludzi tylko szczekają/gdakają/miauczą/itd.
Powtórzę po raz kolejny - wielka strata, że Dreamworks zaprzestał animacji 2D. Jak i poważniejszych treści w stronę dorosłego widza. Gdyby nie to, to ogólnie zachodnia animacja byłaby w innym miejscu. Wielu myślało, że to produkcja Disneya, co tylko świadczy o ignorancji tych osób. Oczywiście, że to nie Disneya, bo oni tam by się zesrali przy pomyśle niegadających zwierzątek, a Dreamworks jednak nie bał się eksperymentować. Chociażby ogier ma zaznaczone miejsce z którego wychodzi prącie. Co do fabuły to fajne jest to, że nie ma comic reliefa!
W ogóle ten film bardzo naturalistyczny; w animacjach o zwierzętach panuje zwykle jakieś zawieszenie niewiary, a tu wiernie zrobiony behawior koni. Jedynie dali im ludzką ekspresję. Niby Duch kumpluje się z bielikiem, ale bardzo to takie symboliczne niż przyjaźń międzygatunkowa jak dajmy np. Królu Lwie. I ciekawe było to, że Duch to nie żaden nieopierzony omega, a wódz stada i gigachad. Pewien jestem, że te źrebaki że stada to są jego.
Los nie szczędzi Ducha i nie bez powodu robiąca u nas dubbing Ewa Złotowska chciała zrezygnować z reżyserii, bo nie mogła patrzeć na cierpienia kunia. Jednocześnie ludzie nawet w najgorszych momentach to nie chodzące monstra (i kilka białych traktuje konie życzliwie) I miło, że Indianom główny bohater nie daje taryfy ulgowej, bo oni też go niewolą i w jego opinii ich konie to zdrajcy jacyś :). Ogólnie wymowa jest całkiem libertariańska.
Animacja 2D nadal trzyma mimo tych 20 lat, choć te modele 3D troszkę trącą myszką. Trochę jest humoru pod dzieci, ale uchodzi. I jestem na 101% pewien, że oryginalnie miał być bez narracji Damona i był opowiadany obrazem. Ale ktoś w Dreamworksie uznał, że nie i wymuszamy narrację, bo dzieci som gópie i nie wytrzymajom bez tesktu. Mimo, że akcja jest bardzo czytelna, a i w tym filmie są dialogi w wykonaniu ludzi. Jakby nie wystarczyły piosenki Bryana Adamsa*. I jestem pewien, że
Jak można się domyśleć, leciało to z dubbingiem. I fakt, że Maciej Balcar nie tylko dubbinguje głównego bohatera, to wykonuje piosenki ma sens, bo podmiot liryczny piosenek jest w pierwszej osobie i można zakładać, że Duch je śpiewa.
Świetne kino i żal za tamtym okresem Dreamworks. Szczególnie, że potem i do tego jednostrzałowca narobili jakichś dziwacznych spin-offów i sequelo-rebootów.
8/10
* byłem zaskoczony, że Here I Am Bryana Adamsa pochodzi z tego filmu, bo brzmi jak przypadkowy utwór. Nawet teledysk do tej piosenki nie zawierał klipów z animacji, jak to było w przypadku innych musicalowych animek:
15-07-2025, 23:58 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15-07-2025, 23:58 przez OGPUEE.)
Spoiler




