Jonathan Livingston Seagull - o mewie, która chce coś więcej od życia i doskonali sztukę latania. Ale innym nie podoba się takie lewactwo. Ceni się odwagę Bartletta. Gdyż wtedy łatwiej byłoby zrobić adaptację w wersji rysunkowej. A tu nakręcili prawdziwe mewy i dorobili dialogi zamiast dać pokracznego narratora. Oczywiście to są czasy sprzed CGI czy bardziej zaawansowanej animatroniki, więc nie można nie było w postprodukcji synchronizować ruchu gęb, stąd mowa jest jak w pierwszym animowanym Garfieldzie.
Ale i tak poziom realizacji robi wrażenie, zwłaszcza zdjęcia - o kurwasku, zdjęcia są zjawiskowe. Praktycznie 80% kadrów nadaje się do oprawienia w ramkę i czuje się, że lata się z tymi mewami. A też niekiedy robią tripperskie. Tym większa szkoda, że ze statuetki obrabowało jakieś nudziarstwo od Bergmana. Dzisiaj to połowa to byłaby zrobiona w kompie, łącznie z ptaszorami, a niektóre sceny oprotestowaliby animalsi (np. mewę atakuje autentyczny jastrząb, plus w scenach śniegu widać, że jej zimno, bo ogon cały jej się trzęsie).
A jak treściowo? Widać, że Bartlett starał się być ambitny i ponadczasowy. Wybrzmiewa to w partyturze Neila Diamonda. Nie ma w ogóle ludzi jak w Królu Lwie i prócz foki i jastrzębia są same mewy. Ładne są analogie do chrześcijaństwa i przekazywania swej pasji, na przekór innym. Co mogę zarzucić, to że metraż jest przeciągnięty. I ironiczne, że w momencie premiery sporo spadło niezasłużonej krytyki, że bełkotliwe i nadęte. I skutecznie złamało karierę reżysera. Cóż, tak jak tytułowy bohater film znalazł swoich wyznawców po czasie.
8/10
Ale i tak poziom realizacji robi wrażenie, zwłaszcza zdjęcia - o kurwasku, zdjęcia są zjawiskowe. Praktycznie 80% kadrów nadaje się do oprawienia w ramkę i czuje się, że lata się z tymi mewami. A też niekiedy robią tripperskie. Tym większa szkoda, że ze statuetki obrabowało jakieś nudziarstwo od Bergmana. Dzisiaj to połowa to byłaby zrobiona w kompie, łącznie z ptaszorami, a niektóre sceny oprotestowaliby animalsi (np. mewę atakuje autentyczny jastrząb, plus w scenach śniegu widać, że jej zimno, bo ogon cały jej się trzęsie).
A jak treściowo? Widać, że Bartlett starał się być ambitny i ponadczasowy. Wybrzmiewa to w partyturze Neila Diamonda. Nie ma w ogóle ludzi jak w Królu Lwie i prócz foki i jastrzębia są same mewy. Ładne są analogie do chrześcijaństwa i przekazywania swej pasji, na przekór innym. Co mogę zarzucić, to że metraż jest przeciągnięty. I ironiczne, że w momencie premiery sporo spadło niezasłużonej krytyki, że bełkotliwe i nadęte. I skutecznie złamało karierę reżysera. Cóż, tak jak tytułowy bohater film znalazł swoich wyznawców po czasie.
8/10
18-05-2025, 18:58





