Clown in a Cornfield (2025)
Kolejny przedstawiciel współczesnej fali samoświadomych horrorów, których twórcy chcą jakoś zabłysnąć i zamiast próbować nakręcić po prostu dobry film, wymyślają coraz to głupsze fikołki fabularne by przy okazji przyjebać widzowi łopatą w łeb jakimś nośnym komentarzem społecznym. I tak też jest tutaj, bo o ile pierwsza część obrazka (która jasne, jest schematycznym filmem o morderczym klaunie gdzieś na zadupiu) jest jeszcze w miarę znośna tak po niej następuje "niesamowity" twist, po którym jedyne co chciałem to wyłączyć to w pizdu.
Nagle z durnego ale sympatycznego slashera o klaunie robi się... durny ale kompletnie idiotyczny slasher o klaunie. Jest kilka fajnych scen (telefon) i trochę przyzwoicie pomyślanych zgonów, ale wszystko to tonie w drugiej części we wbijanym łopatą do łba komentarzu pana reżysera na temat przemijania, chęci powrotu do dawnego a także trudności zrozumienia i porozumienia się z nowym. W tle oczywiście wszystkie inne obecnie na czasie tematy, których nawet nie chce mi się wymieniać.
Po Elim Craigu, twórcy "Tucker and Dale vs Evil" spodziewałem się jednak czegoś ciekawszego ale totalnie zapomniałem, że to on zrobił też ten gówniany "Little Evil" dla Netflixa wywracający do góry nogami fabułę pt. "mamy syna Antychrysta". I o ile w pierwszym ta cała zabawa gatunkowymi schematami i pożenienie slashera z komedią romantyczną jeszcze się sprawdziła i wyszła nieźle, tak kolejne jego próby na tym polu z ciężkim sercem muszę uznać niestety za kompletne porażki.
Nie potrafię też wybaczyć polskiemu dystrybutorowi za przetłumaczenie tytułu na "Frendo" i zmarnowanie fantastycznej okazji na użycie kultowego w pewnych kręgach zwrotu "(...) we w kukurydzy".
Nie polecam.
Kolejny przedstawiciel współczesnej fali samoświadomych horrorów, których twórcy chcą jakoś zabłysnąć i zamiast próbować nakręcić po prostu dobry film, wymyślają coraz to głupsze fikołki fabularne by przy okazji przyjebać widzowi łopatą w łeb jakimś nośnym komentarzem społecznym. I tak też jest tutaj, bo o ile pierwsza część obrazka (która jasne, jest schematycznym filmem o morderczym klaunie gdzieś na zadupiu) jest jeszcze w miarę znośna tak po niej następuje "niesamowity" twist, po którym jedyne co chciałem to wyłączyć to w pizdu.
Nagle z durnego ale sympatycznego slashera o klaunie robi się... durny ale kompletnie idiotyczny slasher o klaunie. Jest kilka fajnych scen (telefon) i trochę przyzwoicie pomyślanych zgonów, ale wszystko to tonie w drugiej części we wbijanym łopatą do łba komentarzu pana reżysera na temat przemijania, chęci powrotu do dawnego a także trudności zrozumienia i porozumienia się z nowym. W tle oczywiście wszystkie inne obecnie na czasie tematy, których nawet nie chce mi się wymieniać.
Po Elim Craigu, twórcy "Tucker and Dale vs Evil" spodziewałem się jednak czegoś ciekawszego ale totalnie zapomniałem, że to on zrobił też ten gówniany "Little Evil" dla Netflixa wywracający do góry nogami fabułę pt. "mamy syna Antychrysta". I o ile w pierwszym ta cała zabawa gatunkowymi schematami i pożenienie slashera z komedią romantyczną jeszcze się sprawdziła i wyszła nieźle, tak kolejne jego próby na tym polu z ciężkim sercem muszę uznać niestety za kompletne porażki.
Nie potrafię też wybaczyć polskiemu dystrybutorowi za przetłumaczenie tytułu na "Frendo" i zmarnowanie fantastycznej okazji na użycie kultowego w pewnych kręgach zwrotu "(...) we w kukurydzy".
Nie polecam.
The height and weight of the victim can only be estimated from the partial remains. The torso has been severed in mid-thorax; there are no major organs remaining. Right arm has been severed above the elbow with massive tissue loss in the upper musculature... partially denuded bone remaining...
21-08-2025, 17:11 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21-08-2025, 17:29 przez slepy51.)






