Labirynt - kolejna powtóreczka klasyki z lat 80. Swoją drogą, aż dziwne że jak film wchodził do polskich kin, to nie zlecono do niego dubbingu. Leciał bez ograniczeń wiekowych i to jednak film w gruncie familijny. Pewnie ktoś w Partii był fanem Bowiego i rzygał na myśl polskiego dublera (ciekawostka taka - w niemieckim dubbingu wszystkie piosenki zostawiono w angielskim oryginale).
W przeciwieństwie do Ciemnego kryształu przed tym można usadzić dziecko przed ekranem bez żadnego nadzoru. Co prawda, pada kilka ostrzejszych słow, a Sara kilka razy nazywa Hoggle'a "you little shit", ale pewny jestem że już przedszkolaki znają te słowa :). Nie jest taki mroczny jak inne filmy fantasy z lat 80. Powiedziałbym, że całkiem pogodny. Czuć, że robił to twórca Muppetów, gdyż wiele jest ironicznego humoru (jak skały-straszaki i jedna mówi, że ta za to jej płacą) i najstraszniejszym motywem jest fakt, że jak się zanurzy w pierdzącym bagnie, będzie śmierdział do końca życia. Gobliny to nie obleśne kreatury z Legendy, a raczej pocieszne gostki, które nie robią nic złego. Nie będę pierwszy mówiąc, że Toby'emu bardziej opłaca się zostać w świecie goblinów, i lepiej się nim opiekują złole niż jego fochująca siostra-jęczybuła. W ogóle rozwala mnie, że magiczny świat wita nas sikającym gnomem, który zabija środkiem przeciwowadniczym słodkie wróżki (które wrednie dziabią).
Poziom kreatywności i pomysłów oszałamia (nie mówiąc o wykonaniu), więc tym bardziej szkoda, że Henson tak wcześnie odszedł. Jak tak patrzę na Hoggle'a i myślę teraz: kurna, ale Disney zjebał z tymi live action krasnoludkami, bo także Hoggle niczym krasnoludki z Legendy jest "ufantastyczniony". I też Hoggle jest najlepiej napisaną postacią. Niby Gburek, ale w gruncie rzeczy to życiowa niedojda. Sara, choć jest dąsająca się i wrzodem na dupie (macocha, nie będąca źle nastawiona, słusznie zarzuca Sarze, że ta powinna zając się niemowlakiem. I Jareth - główny zły - ma lepsze podejście do dzieci), też przechodzi jakąś drogę, co symbolizuje dość łopatologiczna scena ze złomiarką. Mocno sugeruje, że przygody to jakaś projekcja lęków i ucieczka w marzenia, bo są maskotki postaci i lalka podobna do Jaretha, a on sam może symbolizować jakiś crush dla nastolatek. I ciekawe, bo normalnie to postacie poboczne są tymi irytkami. A te postacie są całkiem sympatyczne. Szczególnie Ludo, który autentycznie jest uroczy, a nie ma tego obliczenia na cuteness.
Bowie jest niesamowicie kultowy i nie ma co się zbędnie rozpisywać. Powiem, że piosenki zajebiste, zwłaszcza pierwszy numer. No, może poza tą tych odrzutów z
Ciemnego kryształu (jak i cały segment można było by wyciąć). No i boleśnie widać widać, że Jennifer Connelly w roli Sary dopiero stawiała pierwsze kroki w aktorstwie.
Ale tak, bawiłem się wybornie.
8/10
W przeciwieństwie do Ciemnego kryształu przed tym można usadzić dziecko przed ekranem bez żadnego nadzoru. Co prawda, pada kilka ostrzejszych słow, a Sara kilka razy nazywa Hoggle'a "you little shit", ale pewny jestem że już przedszkolaki znają te słowa :). Nie jest taki mroczny jak inne filmy fantasy z lat 80. Powiedziałbym, że całkiem pogodny. Czuć, że robił to twórca Muppetów, gdyż wiele jest ironicznego humoru (jak skały-straszaki i jedna mówi, że ta za to jej płacą) i najstraszniejszym motywem jest fakt, że jak się zanurzy w pierdzącym bagnie, będzie śmierdział do końca życia. Gobliny to nie obleśne kreatury z Legendy, a raczej pocieszne gostki, które nie robią nic złego. Nie będę pierwszy mówiąc, że Toby'emu bardziej opłaca się zostać w świecie goblinów, i lepiej się nim opiekują złole niż jego fochująca siostra-jęczybuła. W ogóle rozwala mnie, że magiczny świat wita nas sikającym gnomem, który zabija środkiem przeciwowadniczym słodkie wróżki (które wrednie dziabią).
Poziom kreatywności i pomysłów oszałamia (nie mówiąc o wykonaniu), więc tym bardziej szkoda, że Henson tak wcześnie odszedł. Jak tak patrzę na Hoggle'a i myślę teraz: kurna, ale Disney zjebał z tymi live action krasnoludkami, bo także Hoggle niczym krasnoludki z Legendy jest "ufantastyczniony". I też Hoggle jest najlepiej napisaną postacią. Niby Gburek, ale w gruncie rzeczy to życiowa niedojda. Sara, choć jest dąsająca się i wrzodem na dupie (macocha, nie będąca źle nastawiona, słusznie zarzuca Sarze, że ta powinna zając się niemowlakiem. I Jareth - główny zły - ma lepsze podejście do dzieci), też przechodzi jakąś drogę, co symbolizuje dość łopatologiczna scena ze złomiarką. Mocno sugeruje, że przygody to jakaś projekcja lęków i ucieczka w marzenia, bo są maskotki postaci i lalka podobna do Jaretha, a on sam może symbolizować jakiś crush dla nastolatek. I ciekawe, bo normalnie to postacie poboczne są tymi irytkami. A te postacie są całkiem sympatyczne. Szczególnie Ludo, który autentycznie jest uroczy, a nie ma tego obliczenia na cuteness.
Bowie jest niesamowicie kultowy i nie ma co się zbędnie rozpisywać. Powiem, że piosenki zajebiste, zwłaszcza pierwszy numer. No, może poza tą tych odrzutów z
Ciemnego kryształu (jak i cały segment można było by wyciąć). No i boleśnie widać widać, że Jennifer Connelly w roli Sary dopiero stawiała pierwsze kroki w aktorstwie.
Ale tak, bawiłem się wybornie.
8/10
18-09-2025, 20:56






