Widzę, że drugi kruk i założyciel forumowego straszdziernika kontynuuje swą tradycję.
Vampyr (1932) - jak się powiedziało "a", trzeba powiedzieć "b". Straszdziernik się zaczyna, a przy okazji się kończy Oktoberfest i dlatego na początek niemiecko-francuski klasyczek od Duńczyka. Odczuwa się tą europejską surowość i naturalizm, nieobecne w Hollywood jeszcze nieskalanym Haysem. Ekspresjonistyczne zdjęcia i zabawy cieniami też przywodzą wiadomy kierunek z poprzedniej dekady, że aż zaskoczony jestem że Dreyer wcześniej nie majstrował przy jakimś horrorowym Niemcu. Puszczona też jest w ruch kamera, z czym kino lat 30. nie jest kojarzone. Moje ulubione ujęcie to jak Gray mija jezioro w tle i tafli odbija jakaś tańcząca sylwetka. Zaskakująco pojawiają się efekty specjalne, kiedy główny bohater opuszcza fizyczną powłokę i cały czas widać przezroczyste ciało.
Stoi to ogólnie głównie klimatem. Kiedy bohater dociera do dworu, gdzie widzi ożywione cienie, a potem gabinet z zdeformowanymi szkieletami, skojarzyło mi się to z hasowskim Sanatorium pod klepsydrą. Obsada składa się z samych naturszczyków, lecz reżyser na tyle ich dobrze prowadzi, że wypadają wiarygodnie. Szczególnie starsza ze córek będąca wypada creepy. I pomaga w tym, że w filmie nie ma za wiele dialogów, a głównie mamy opowiadanie obrazem. Inaczej przebiegło rozwiązanie z wąpierzem. Mniej rumuńskiego arystokraty, a pójście w ludowe tradycje, zapomniane przez szmat czasu i nasiąknięcie współczesną popkulturą.
To dobry film, ale znowu spodziewałem się większych fajerwerków.
7/10
Vampyr (1932) - jak się powiedziało "a", trzeba powiedzieć "b". Straszdziernik się zaczyna, a przy okazji się kończy Oktoberfest i dlatego na początek niemiecko-francuski klasyczek od Duńczyka. Odczuwa się tą europejską surowość i naturalizm, nieobecne w Hollywood jeszcze nieskalanym Haysem. Ekspresjonistyczne zdjęcia i zabawy cieniami też przywodzą wiadomy kierunek z poprzedniej dekady, że aż zaskoczony jestem że Dreyer wcześniej nie majstrował przy jakimś horrorowym Niemcu. Puszczona też jest w ruch kamera, z czym kino lat 30. nie jest kojarzone. Moje ulubione ujęcie to jak Gray mija jezioro w tle i tafli odbija jakaś tańcząca sylwetka. Zaskakująco pojawiają się efekty specjalne, kiedy główny bohater opuszcza fizyczną powłokę i cały czas widać przezroczyste ciało.
Stoi to ogólnie głównie klimatem. Kiedy bohater dociera do dworu, gdzie widzi ożywione cienie, a potem gabinet z zdeformowanymi szkieletami, skojarzyło mi się to z hasowskim Sanatorium pod klepsydrą. Obsada składa się z samych naturszczyków, lecz reżyser na tyle ich dobrze prowadzi, że wypadają wiarygodnie. Szczególnie starsza ze córek będąca wypada creepy. I pomaga w tym, że w filmie nie ma za wiele dialogów, a głównie mamy opowiadanie obrazem. Inaczej przebiegło rozwiązanie z wąpierzem. Mniej rumuńskiego arystokraty, a pójście w ludowe tradycje, zapomniane przez szmat czasu i nasiąknięcie współczesną popkulturą.
To dobry film, ale znowu spodziewałem się większych fajerwerków.
7/10
01-10-2025, 17:56 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01-10-2025, 18:15 przez OGPUEE.)





