spojlery
dużo tu zachwytów i żadnej refleksji:) największa wartość the wrestlera polega na tym, że reżyser kręcąc go, pokazał mi, jak nie korzystać z filmowych klisz.
- kiedyś byłem super, ikoną, bożyszczem tłumu, a teraz mieszkam sam w przyczepie i nawet pies z kulawą nogą na mnie nie spojrzy;
- w sumie fajny ze mnie facet - to raczej ludzie są obojętni i dwulicowi;
- mój przełożony to protekcjonalny cham, walący konia do pornoli;
- mam prace, której nienawidzę i upierdliwych klientów, którym muszę usługiwać;
- gdy film zbliża się do końca, efektownie rzucam prace, przy okazji krzycząc na szefa;
- pikawa niedomaga, konował mi mówi, żebym nie walczył, inaczej umrę, przez 50 minut robię, co lekarz zalecił, ale potem w finale wracam na ring;
- mam córkę;
- córka mnie nienawidzi;
- w środku filmu udaje mi się nawiązać z nią kontakt, ale potem zapominam o kolacji i cały wysiłek przepada;
- znam striptizerkę do rany przyłóż, samotnie wychowującą syna (matka mayersa z halloween była lepiej napisana);
- striptizerka ma dobre serce i szuka miłości;
- kiedy oferuje jej swoje uczucia, ona je odrzuca (na chwile - żeby było napięcie oraz żeby reżyser mógł wsadzić jedną obowiązkową scene kłótni - wszak scena ciepłej i wesołej pogawędki przy piwku juz była);
- w końcówce godzimy się i ona wyznaje mi prawdę, że w jej uczuciach nie ma ściemy i że przyjechała tu specjalnie dla mnie;
- jako że film trwa coś około 100 minut, musze się pośpieszyć i odfajkować dwa szybkie rozliczeniowo-rozrachunkowe wyznania: jedno w obecności córki, że niby to moja wina, że byłem złym ojcem i takie tam pierdy, drugie na ringu, kiedy to gadam podnoszące na duchu blubry, wymyślone przez scenarzystę chyba w pijackim widzie;
the wrestler - wybitnie szablonowy, na odwal napisany filmik, zbudowany z miliarda klisz, powtórzonych gestów i przepisanych dialogów, którego od całkowitego popadnięcia w komunał ratują jedynie nagie piersi marisy tomei oraz strapiona posągowa twarz mickeya rourke'a. odnośnie tego ostatniego: zagrał wyśmienicie, bez robienia głupich oskarowych min (choć do kamery musiał się rozpłakać, aby definitywnie potwierdzić, że do oskara kandyduje), lecz na kolana mnie nie powalił. to, że rourke aktorem jest genialnym, wiedziałem od dawna, a to, że krytycy zauważyli to dopiero teraz, to już wina krytyków, którzy do najmądrzejszych osób nigdy nie należeli. rourke zaliczył swego czasu krótki epizod w pennowskim kryminale "obietnica" i choć pojawił się na ekranie dosłownie na 4 minuty, to dał taki popis, że sam jack nicholson przy nim zbladł.
tak se mysle, czy na odchodne nie wsadzić giry w mrowisko i nie popatrzeć, jak mnie mrówki zjadają. chyba to uczynię: the wrestler to skandalicznie denny film, walący po gałach takim schematyzmem, że niewiele brakowało, bym w trakcie oglądania zaczął sporządzać liste scen, które co prawda jeszcze nie nastąpiły, ale za moment nastąpią. widać, nie tylko twórcy slasherów mają patent na skrajną odtwórczość. z tego względu dogłębniejszej analizy ujęć robić nie planuje, bo film do wybitnych się nie zalicza. cały wywołany wokół niego hajp, szum, czy jakkolwiek to sie nazywa, skutkuje tylko tym, że coraz bardziej go nie lubie:) Aronofsky to fajny twórca, nie jakiś super mój ulubiony, ale solidny gościu - teraz przed nim największe wyzwanie w karierze, czyli remake RoboCopa.
dużo tu zachwytów i żadnej refleksji:) największa wartość the wrestlera polega na tym, że reżyser kręcąc go, pokazał mi, jak nie korzystać z filmowych klisz.
- kiedyś byłem super, ikoną, bożyszczem tłumu, a teraz mieszkam sam w przyczepie i nawet pies z kulawą nogą na mnie nie spojrzy;
- w sumie fajny ze mnie facet - to raczej ludzie są obojętni i dwulicowi;
- mój przełożony to protekcjonalny cham, walący konia do pornoli;
- mam prace, której nienawidzę i upierdliwych klientów, którym muszę usługiwać;
- gdy film zbliża się do końca, efektownie rzucam prace, przy okazji krzycząc na szefa;
- pikawa niedomaga, konował mi mówi, żebym nie walczył, inaczej umrę, przez 50 minut robię, co lekarz zalecił, ale potem w finale wracam na ring;
- mam córkę;
- córka mnie nienawidzi;
- w środku filmu udaje mi się nawiązać z nią kontakt, ale potem zapominam o kolacji i cały wysiłek przepada;
- znam striptizerkę do rany przyłóż, samotnie wychowującą syna (matka mayersa z halloween była lepiej napisana);
- striptizerka ma dobre serce i szuka miłości;
- kiedy oferuje jej swoje uczucia, ona je odrzuca (na chwile - żeby było napięcie oraz żeby reżyser mógł wsadzić jedną obowiązkową scene kłótni - wszak scena ciepłej i wesołej pogawędki przy piwku juz była);
- w końcówce godzimy się i ona wyznaje mi prawdę, że w jej uczuciach nie ma ściemy i że przyjechała tu specjalnie dla mnie;
- jako że film trwa coś około 100 minut, musze się pośpieszyć i odfajkować dwa szybkie rozliczeniowo-rozrachunkowe wyznania: jedno w obecności córki, że niby to moja wina, że byłem złym ojcem i takie tam pierdy, drugie na ringu, kiedy to gadam podnoszące na duchu blubry, wymyślone przez scenarzystę chyba w pijackim widzie;
the wrestler - wybitnie szablonowy, na odwal napisany filmik, zbudowany z miliarda klisz, powtórzonych gestów i przepisanych dialogów, którego od całkowitego popadnięcia w komunał ratują jedynie nagie piersi marisy tomei oraz strapiona posągowa twarz mickeya rourke'a. odnośnie tego ostatniego: zagrał wyśmienicie, bez robienia głupich oskarowych min (choć do kamery musiał się rozpłakać, aby definitywnie potwierdzić, że do oskara kandyduje), lecz na kolana mnie nie powalił. to, że rourke aktorem jest genialnym, wiedziałem od dawna, a to, że krytycy zauważyli to dopiero teraz, to już wina krytyków, którzy do najmądrzejszych osób nigdy nie należeli. rourke zaliczył swego czasu krótki epizod w pennowskim kryminale "obietnica" i choć pojawił się na ekranie dosłownie na 4 minuty, to dał taki popis, że sam jack nicholson przy nim zbladł.
tak se mysle, czy na odchodne nie wsadzić giry w mrowisko i nie popatrzeć, jak mnie mrówki zjadają. chyba to uczynię: the wrestler to skandalicznie denny film, walący po gałach takim schematyzmem, że niewiele brakowało, bym w trakcie oglądania zaczął sporządzać liste scen, które co prawda jeszcze nie nastąpiły, ale za moment nastąpią. widać, nie tylko twórcy slasherów mają patent na skrajną odtwórczość. z tego względu dogłębniejszej analizy ujęć robić nie planuje, bo film do wybitnych się nie zalicza. cały wywołany wokół niego hajp, szum, czy jakkolwiek to sie nazywa, skutkuje tylko tym, że coraz bardziej go nie lubie:) Aronofsky to fajny twórca, nie jakiś super mój ulubiony, ale solidny gościu - teraz przed nim największe wyzwanie w karierze, czyli remake RoboCopa.
17-01-2009, 12:32






