Nekromantik - w pełni niemiecki reprezentant Spuktoberfestu. I dopiero przy planszy tytułowej ogarnąłem, że tytuł nie nawiązuje do ożywiania ludzi, a do tego, że to jakiś romans :D.
Rozwala mnie szczerość reżysera, który przyznał że chciał poszokować ludzi i testować cierpliwość niemieckiego odpowiednika MPAA. Cóż, widać, bo fabuły praktycznie nie ma i dopiero jest jakieś zawiązanie akcji, gdy jeden der Cebülak, który z profilu wygląda jak Wipler, omyłkowo zabija kompana z wiatrówki na działce. Dialogów to chyba jest tylko 5 minut na cały film. Jednocześnie widać, że robiono to dla jajec, bo główny hero w refleksji spogląda na gąsieniczkę na łące.
Z tym obrzydlistwem, też trochę pół na pół. W 1987 r. faktycznie można było się zszokować przedstawieniem tematu, np. jak laska kąpie się w wannie wypełnionej na pewno nie nadmanganianem potasu. Teraz, jak się wrażliwość zmieniła, to obrzydzić najwyżej jak kolo odlewa się w jakimś obskurnym pisuarze, a główny bohater mieszka w zapyziałej kamienicy. Faktyczny bardziej drastyczny moment jest, gdy królik jest zabijany na żywca. Bo jak potem eksploatuje nekrofilne motywy, to robi się nudne.
Budżet też wyniósł 2 marki. Nadgniły truposz wygląda jak dekoracja zakupiona na Halloween (BTW ciekawe, czy u Niemców wówczas się przyjęło Halloween czy też było furkanie, że "to nie nasza tradycja"?); kolo ogląda potem najbardziej niemrawy amatorski horror w dziejach. Szczytem jest sztuczne dildo wyrwane z ZF Skurcz. A muzyka jest wzięta z Super NESA. I najwięcej budżetu poszło na fikuśne filtry jak głównie robią trójkącik z truposzem.
Chyba moje pierwsze zetknięcie z jawnym kinem exploitation. I nie bez powodu je unikałem. Nie dlatego, że mnie przeraża, bo ja nie z takich. Po prostu szkoda czasu sztuki dla sztuki.
2/10
Rozwala mnie szczerość reżysera, który przyznał że chciał poszokować ludzi i testować cierpliwość niemieckiego odpowiednika MPAA. Cóż, widać, bo fabuły praktycznie nie ma i dopiero jest jakieś zawiązanie akcji, gdy jeden der Cebülak, który z profilu wygląda jak Wipler, omyłkowo zabija kompana z wiatrówki na działce. Dialogów to chyba jest tylko 5 minut na cały film. Jednocześnie widać, że robiono to dla jajec, bo główny hero w refleksji spogląda na gąsieniczkę na łące.
Z tym obrzydlistwem, też trochę pół na pół. W 1987 r. faktycznie można było się zszokować przedstawieniem tematu, np. jak laska kąpie się w wannie wypełnionej na pewno nie nadmanganianem potasu. Teraz, jak się wrażliwość zmieniła, to obrzydzić najwyżej jak kolo odlewa się w jakimś obskurnym pisuarze, a główny bohater mieszka w zapyziałej kamienicy. Faktyczny bardziej drastyczny moment jest, gdy królik jest zabijany na żywca. Bo jak potem eksploatuje nekrofilne motywy, to robi się nudne.
Budżet też wyniósł 2 marki. Nadgniły truposz wygląda jak dekoracja zakupiona na Halloween (BTW ciekawe, czy u Niemców wówczas się przyjęło Halloween czy też było furkanie, że "to nie nasza tradycja"?); kolo ogląda potem najbardziej niemrawy amatorski horror w dziejach. Szczytem jest sztuczne dildo wyrwane z ZF Skurcz. A muzyka jest wzięta z Super NESA. I najwięcej budżetu poszło na fikuśne filtry jak głównie robią trójkącik z truposzem.
Chyba moje pierwsze zetknięcie z jawnym kinem exploitation. I nie bez powodu je unikałem. Nie dlatego, że mnie przeraża, bo ja nie z takich. Po prostu szkoda czasu sztuki dla sztuki.
2/10
03-10-2025, 21:48






