Frankenstein Unbound - ostatni film reżyserowany przez Cormana (i pewnie obiektywnie jego najdroższy). Zdziwiłem się, że to adaptacja innej powieści z udziałem Frank (dokładnie wariacji).
Na pewno najjaśniejszym punktem jest tu John Hurt w roli głównej. Odgrywany przez niego dr Buchanan wzbudza sympatię i przynajmniej ma świadomość, że jego wynalazek może przynieść niepożądane konsekwencje. Facet ma kodeks moralny i poczucie sprawiedliwości i wiele czasu poświęca, by nie została zabita niewinna osoba. Co też stoi w kontraście z Frankensteinem będącym skurwysynem w stylu Cushinga z filmów Hammera - np. czułem, że sprawa doręczenia listu o uniewinnieniu Justine śmierdzi na kilometr.
Ma film posmak telewizyjnej produkcji. A dokładnie telewizyjnej ekranizacji Frankensteina z Randym Quaidem. Idzie nieco w świadomy kicz jak potwór ma nawet oczy pozszywane z różnych gałek (i dodatkowe paluchy), i wygląda jak Blanka z aktorskiego Street Fightera. Film jest z lat 90., a wyobrażana przyszłość jest jak z lat 60. - srebrne drelichy, wielgachne kąkutery i mrygające milionem lampek i odgłosami artuditu. Ale to również film z czasów, gdy przeszłość nie filtrowano przez nasze czasy - XIX-wieczna Szwajcaria i sami biali, a Mary Shelley, mimo frywolności, oburza się, że ktoś może nie wierzyć w Boga. To też jeden z tych filmów o podróży w czasie, gdzie człowiek zastanawia czy główny bohater nie namiesza przypadkiem zbyt dużą wiedzą o przyszłości (nawet bohater Hurta ma ten sam dylemat). I gdy Buchanan zdaje z sprawy, że wylądował w XIX wieku, to sprawia odpowiednią garderobę, by nie wyróżniać się z tłumu.
Też nie wiedział czy też ma być zgrywa czy jednak poważniejsza wariacja, a i finał dość mało angażujący. Choć nie wiem, na ile jest to kwestia materiału źródłowego. Czuć tę szkołę Cormana i zrobienie czegoś od serca (np. do głównej roli wzięli faceta w średnim wieku zamiast modnego młokosa). Ogólnie dużo tu ciepła i nadziei jak na pastisz filmów z Frankensteinem.
6/10
Na pewno najjaśniejszym punktem jest tu John Hurt w roli głównej. Odgrywany przez niego dr Buchanan wzbudza sympatię i przynajmniej ma świadomość, że jego wynalazek może przynieść niepożądane konsekwencje. Facet ma kodeks moralny i poczucie sprawiedliwości i wiele czasu poświęca, by nie została zabita niewinna osoba. Co też stoi w kontraście z Frankensteinem będącym skurwysynem w stylu Cushinga z filmów Hammera - np. czułem, że sprawa doręczenia listu o uniewinnieniu Justine śmierdzi na kilometr.
Ma film posmak telewizyjnej produkcji. A dokładnie telewizyjnej ekranizacji Frankensteina z Randym Quaidem. Idzie nieco w świadomy kicz jak potwór ma nawet oczy pozszywane z różnych gałek (i dodatkowe paluchy), i wygląda jak Blanka z aktorskiego Street Fightera. Film jest z lat 90., a wyobrażana przyszłość jest jak z lat 60. - srebrne drelichy, wielgachne kąkutery i mrygające milionem lampek i odgłosami artuditu. Ale to również film z czasów, gdy przeszłość nie filtrowano przez nasze czasy - XIX-wieczna Szwajcaria i sami biali, a Mary Shelley, mimo frywolności, oburza się, że ktoś może nie wierzyć w Boga. To też jeden z tych filmów o podróży w czasie, gdzie człowiek zastanawia czy główny bohater nie namiesza przypadkiem zbyt dużą wiedzą o przyszłości (nawet bohater Hurta ma ten sam dylemat). I gdy Buchanan zdaje z sprawy, że wylądował w XIX wieku, to sprawia odpowiednią garderobę, by nie wyróżniać się z tłumu.
Też nie wiedział czy też ma być zgrywa czy jednak poważniejsza wariacja, a i finał dość mało angażujący. Choć nie wiem, na ile jest to kwestia materiału źródłowego. Czuć tę szkołę Cormana i zrobienie czegoś od serca (np. do głównej roli wzięli faceta w średnim wieku zamiast modnego młokosa). Ogólnie dużo tu ciepła i nadziei jak na pastisz filmów z Frankensteinem.
6/10
18-10-2025, 21:55





